Kumka Olik – Jedynka

gumka katolikW telewizji wielkie muzyczne show. Hit Generator z takimi gwiazdami jak Zakopower i młodziakami typu KID A. Kumka Olik wschodząca gwiazda polskiej muzyki rozrywkowej. Michał Wiraszko też gdzieś tam obok. Zacząłem więc słuchać tego wielkiego objawienia indie rocka w Polsce i jakoś nie potrafiłem dotrwać do końca płyty. Pisać mi się też o nich nie chce bo już wszystko w zasadzie zostało powiedziane:

Gość: menotme [5 maja 2009] zagraj leszczu jak młodziaki, a potem wpadaj w pseudomentorskie tony, yle chcesz. nie jest to dobra muza, ale co innego dzieciaki moga ci zaoferowac? niewiele przeciez widzieli, dajmy im czas

Gość: pszemcio [5 maja 2009] LOL!

Gość: niunia [5 maja 2009] a dla mnie „zaspane” to jednak przede wszystkim the la’s „there she goes”

Gość: joł [5 maja 2009] moim zdaniem to oni reprezentują zupelne NIC.
o tekstach to az boje sie wspomnieć bo zaraz zaatakują mnie dzikie hordyy rozowych gimnazjalistek

Gość: pocketcalculator [5 maja 2009] „there she goes”
zgadzam się. rytm w refrenie i charakterystyczny riff przypominają również wczesny Cast, hah. dużo bardziej niż Strokes. ale to nie jest jakiś zarzut. merseybeat jest dość ok.

Gość: 48latek [5 maja 2009] Nie wiem, z czego to wynika, ale screenagersi mają duży „problem” z ta płytą. Zaglądam do Was już od kilku lat, pod większością rzeczy się podpisuję natomiast zdecydowanie cieplej oceniam ten zespół i ich debiut. Od wielu lat (zaczynałem jeszcze w latach 70-siatych) słucham gitarowej pozytywnej zakręconej muzyki i zassysanie jest dla mnie czymś oczywistym.

Gość: mgshm8 [5 maja 2009] ktos musial zaczac prawdziwy indirok w polsce ale jezeli chodzi o moje zdanie im to srednio wychodzi

Gość: Brzuch [5 maja 2009] Ale oni mają plecy.

Gość: joł [5 maja 2009] sory, do hammonda to brakuje im tyle i jeszcze troche.

Gość: sir_FoX [6 maja 2009] Tak na moje, to bardziej reprezentatywna dla polskiego Indie była już płyta Lili Marlene z Rossmana, niż to. Kumka Olik jest po prostu złe.

Gość: M [6 maja 2009] Ludzie to jest koszmar już OOT jest lepsze…

Gość: Kamień [6 maja 2009] Jak dla mnie ta płyta obiecuje tylko zażenowanie.
W każdym wywiadzie z nimi pada CKOD i zastanawiam się właściwie czemu.Co ma piernik do wiatraka.Nie ta klasa raczej.
Jest mnóstwo nieznanych kapel w tym kraju ,które grają na tym samym poziomie lub wyższym więc nie wiem czemu promują ich.Raczej słaba odpowiedź na trendy zachodnie,jeśli już wielka wytwórnia musi odpowiadać na te trendy to mogliby znaleźć kogoś lepszego do „odpimpowania”

Gość: elli [6 maja 2009] ale za to przystojni są. i pochodzenie odpowiednie (tata w Malarzach i Żołnierzach czy czymś)

Gość: mgshm8 [7 maja 2009] ale itak wiec ze sa chujowi prawda|?

Gość: Mak [7 maja 2009] I tak wiadomo że te komentarze to robią muzycy z niezrealizowanych składów. Nikt wam nie obiecał że będzie lekko. Tylko nielicznym się udaje.

A nazwa płyty sponsorowana przez naszą rodzimą telewizję publiczną czy o co kaman? Ocena: 2\10.

Yeah Yeah Yeahs – It’s Blitz!

its-blitzNowojorczycy bombardują moje uszy. Yeah, Yeah, Yeah, Yeah, Yeah, Yeah, Yeah… Yes, Yes, Yes!!!

Yeah Yeah Yeahs tak jak wiele innych indie rockowych kapel powstałych na początku tego milenium bawi się z elektroniką, zmieniają rockowe klimaty na te bardziej taneczne. Realizują swoje hasła typu „Dance until you’re dead”. Jest to troszeczkę niebezpieczne nagrywać na wysokości trzeciej płyty utwory z wszechobecnymi syntezatorami jeśli wcześniej obcowało się wyłącznie z siłą przesterowanej gitary i napierdalającej perkusji. Za to jakie to modne i trendy w ogóle jest! Różnie to bywało u innych. Bloc Party trochę zajebał sprawę, Franz Ferdinand natomiast dał radę.

Grupie trzech Y raczej bliżej do szkotów. Dali radę. Nie są jacyś zajebiście oryginalni w swoich rozwiązaniach, ale muza da radę jako tło na imprezce jak i domowym obiedzie. Opener zapowiada płytę na dobrym poziomie. Singiel Zero, który porywa do tupania nogą jest jednym z mocniejszych punktów płyty. Przechodzimy do Heads Will Roll a zabawa się nie kończy. Tempo lekko spada przy Soft Shock i Skeletons jednak podczas słuchania Dull Life znowu zaczyna się imprezka przy fruwającej gitarze. Są też i spokojniejsze utwory. Runway taki na przykład przy akompaniamencie pianinka i urzekającego głosu Karen. Karen jest spoko, ale Debbie Harry nigdy nie przebije!

Generalnie jest melodyjnie, rytmicznie, tanecznie, kojąco, czasami zaskakująco czasami bez zaskoczeń. I tak można się zachwycać w nieskończoność jacy to oni są zajebiści w wersji electro-indie-popu. W tym miejscu trzeba przyznać, że mimo dziarskości tej płyty to przy pojawieniu się debiutu Tigercity odsuniemy ten album na odległy brzeg półki. Z tego powodu nie mogą dostać lepszej oceny niż siódemeczka, ale póki co bawmy się przy dźwiękach It’s Blitz! Ocena:7/10.

P.S. Okładka miażdży…jaja. Łapcie Zero.

Psychocukier – Mikołów, 22.04.2009

dsc00232Mikołów to miasto piękne, ale jeżeli chodzi o ciekawe wydarzenia kulturalne związane z nim to ponadprzeciętnie nudne. Koncertów godnych uwagi policzyć można na palcach jednej ręki. Także ucieszyła mnie wiadomość, że kapela Psychocukier będąca ostatnimi czasy na fali zagości na moim podwórku.

W zasadzie nie interesowałem się dokonaniami grupy do czasu aż dowiedziałem się o tym gigu. Przed koncertem zapoznałem się z pierwszą płytą Małpy Morskie oraz kilkoma piosenkami z najnowszej płyty No More Work. Może nie są tak odkrywczy jak o sobie sami piszą, ale są popularni dzięki interesującemu wizerunkowi disco wąsaczy z lat 70 oraz blogaskowi na którym jadą po wszystkich, którzy osiągnęli sukces (obojętnie jaki) od Much po Out of Tune.

Fraktal to Klub Studencki, który przyciąga ostatnio nie tylko indie młodzież, wszelkiego rodzaju brudasów i punków a także i kolesi w luźnych gaciach. Można było się spodziewać, że tłoków raczej nie będzie. Koncert w środku tygodnia mimo wszystko nie przyciągnie tłumów nawet gdy wjazd jest free. Może gdyby całą akcje lepiej rozreklamować? Jednak wąskie grono słuchaczy ma swoje zalety. Lepsza relacja na Lini artysta – doznający.

Heartsgarage to zespół z Bytomia, który supportował Psychocukier. Kilka moich przemyśleń na temat tego zespołu. Technicznie całkiem nieźli. Basista dawał radę, gitara ok a perkusista to najmocniejsze ogniwo zespołu. Koleś miał nawet swoją solówkę i mógłby rywalizować z najlepszymi. Jeżeli chodzi o wokal i lirykę. No właśnie… Największa bolączka młodych zespołów grających nie tylko hardcore. Teksty o niczym i o jabolu plus wokal gorszy nawet od Ostrowskiego. Cieniutko, cieniutko. Bez większych emocji jeżeli chodzi o tych młokosów.

Psychocukier. Gdy już dzieciaki z Bytomia posprzątali swój sprzęt weszli „gwiazdorzy” z Łodzi. Po stworzeniu atomsferu kiczu poprzes dodatkowe podświetlenie perkusji i założenie kolorowych ciuszków i ciemnych okularów zaczęli bez pardonu do napierdalnia na swój, własny indie sposób. Przedstawili się jako Placebo, ale chyba nikt tego nie kupił. Swoją drogą, czemu wszyscy chcą być Placebo albo Interpolem? Nieważne. W przerwach między utworami próbowali sobie dowcipkować. To podawać przepis na kapuśniak a to innym razem cieszyć się z przyjazdu do Sokołowa. Większość  60 minutowego występu to utwory z No More Work, ale znalazło się też miejsce i na utwory z debiutu (Harry J!!!). Zabrakło mi Orbisona. Gdy zapytałem menadżera grupy czemu nie ma tego cukorwego klasyka? Ten mnie spłoszył hasłem, że i tak miałem koncert za darmo. Basista Deuce dorzucił, żeby wpaść na jutrzejszy koncert do Katowic, ale bilet bedzie kosztował 200 złotych bo przed nimi będzie jeszcze 6 kapel, które próbuja się dostać na Maj Festiwal na Muchowcu. Pośmiewne chłopaki.