Plum – Emergence

Najnowsza płyta poznańskiego zespołu Plum „Emergence potwierdza pewne stare, dobre powiedzenie: „polak potrafi”.

Lekcje zostały odrobione. Słuchając „Emergence” łatwo można wyłapać wpływy prawie wszystkich najważniejszych zespołów niezal rockowych przełomu lat 80 i 90. Przykładowo taki „Crawl” przypomina nam lata świetności Sonic Youth, „Down The Ground” przywołuje na myśl Polvo a „Who is Mad?” nie może kojarzyć się z nikim innym jak Modest Mouse. A to nie wszystko. Takich smaczków jest znacznie więcej. Nie będę jednak psuł wam zabawy w „jaki zespół zagrał to wcześniej”.

Pisząc na wstępie o wpływach tych wszystkich genialnych zespołów nie mam namyśli tego, że album Plum to wyłącznie sentymentalna podróż w przeszłość. „Emergence” to energiczny album, który co prawda czerpie pełnym garściami z dorobku starszych kolegów, ale robi to w sposób świeży i nowoczesny. Wszystko jest zrobione na mocno przyzwoitym poziomie. Szkoda tylko, że ten krążek jest cholernie nie równy. Są momenty, które potrafiły mnie zadziwić, wybić z równowagi. Coś w stylu „hej to brzmi prawie jak „Inches” Les Savy Fav! A może to faktycznie Les Savy Fav?”. I to było jak najbardziej pozytywne.Jednak zdarza się tutaj sporo dłużyzn, nierówności i pewnego rodzaju nijakości. Poza tym te multum nawiązać powodują, że album staje się chwilami przewidywalny. A szkoda bo mogłaby to być jedna z lepszych polskich płyt tego roku.

Jednak końcowa ocena jak najbardziej będzie pozytywna (w końcu wrześniowe recenzje mają przedstawiać tylko dobrą muzykę) i nie ma w tym żadnej taryfy ulgowej tylko i wyłącznie ze względu, że to polski band. Osobiście nie wstydziłbym puścić się naszym zachodnim sąsiadom tej płyty. Język angielski, którym posługuje się wokalista stoi na bardzo dobrym poziomie, muzycznie także jest dobrze. Mimo, że te stare stereotypy Polaka mieszkającego w szałasie i pijącego spirytus własnej roboty dzięki nowym technologiom zanikają to wciąż niektórym należałoby pokazać, że tutaj nad Wisłą znamy Sonic Youth, Gang of Four czy też Pavement. Ocena: 6/10.

posłuchaj

Jessie Ware – Devotion

Zaczyna się wrzesień, zmora wszystkich uczniów. Jednak pod pewnymi względami jest to mój ulubiony miesiąc, jest to także dobry okres dla muzyki. Dlatego też w tym miesiącu będziecie mogli znaleźć tutaj dużo dobrej muzyki. Na start Jessie Ware.

Jessie Ware to tegoroczne odkrycie muzyki pop. Ta 27-letnia Brytyjka swoją drogę muzyczną rozpoczynała już w 2010 roku udzielając się wokalnie na utworach SBTRKT. Jednak dopiero teraz zrobiło się o niej głośno za sprawą debiutanckiego albumu „Devotion”. I to właśnie o tej płycie chciałbym troszkę opowiedzieć.

Lubicie pop? Ten album to odpowiedź na odwieczne pytanie „jaka muzyka powinna lecieć w radiu?”, by zadowolić bardziej wymagające ucho (oczywiście) i te drugie, mniej wymagające. Po przesłuchaniu „Devotion” jest to już oczywiste. I wcale nie zostało to osiągnięte w nie wiadomo jaki sposób. Prostota. Utwory na „Devotion” mają pewnego rodzaju urok, momentami są takie nieśmiałe, ale potrafią pokazać pazur. Dodatkowo pozytywnie na nasze odczucia oddziałuje wybitnie miły dla ucha i jednocześnie specyficzny wokal samej Jessie Ware. Po przesłuchaniu takich rewelacyjnych piosenek jak „Wildest Moment” czy też „Running” nie można być nie ZACHWYCONYM. W takich chwilach marzy się o jakimś wybyciu gdzieś, tam, w TE nasze miejsca. Chyba żadna płyta w tym roku tak mocno mnie nie rozmarzyła jak te piosenki.

Pomimo tego, że jest to debiutancka płyta Jessie Ware to jest ona bardzo dojrzała. Poza wyżej wspomnianymi singlami dużą rolę na „Devotion” odgrywają także takie utwory jak: „110%”, „Night Light” oraz „No to Love”. Natomiast sam opener, którego niektórzy się czepiają uważam za klimatyczną zapowiedź nadchodzących fajnych melodii. Polecam każdemu. Dosłownie każdemu powinien się spodobać ten krążek. Ocena: 8/10.

P.S. W listopadzie odbędą się dwa koncerty Jessie Ware w Polsce. Myślę, że warto tam być.

The XX – Coexist

Dobrze znane nam trio z Londynu, które w 2009 zauroczyło wszystkich albumem „XX” wraca z nowym materiałem.

Doskonale pamiętam tamte wrześniowo-październikowe dni. To był dobry czas. Rok 2009 był wyjątkowo dobrym rokiem również pod względem muzyki. The XX także do tego się przyczynili dorzucając od siebie swoją własną cegiełkę. Ba, potężną cegłę. Do tej pory mam pewnego rodzaju sentyment do tej płyty. Była ona taka… słodko-gorzka. Z jednej strony fajna, melodyjna a z drugiej smutna i depresyjna. Lubię do niej wracać.

Jednak ostatnio trochę mniej bo Londyńczycy wypuścili nową płytę zatytułowaną „Coexist”. Pierwsze co zauważyłem słuchając tego albumu to fakt, że grupa nie odeszła zbyt daleko od tego co zaprezentowała na debiucie. Po raz kolejny zastosowała sprawdzone wcześniej motywy. Wciąż jest depresyjnie, wciąż jest o miłości, ale tej nieszczęśliwej. Bo jak inaczej interpretować takie fragmenty tekstów piosenek jak: „and now there’s no hope for you and me” czy też „Why would you just leave us alone/ when we have been close, close”? Poza tym dalej uroku ich piosenkom dodaje wokal damsko-męski w wykonaniu Romy Madley Croft i Olivera Sima. Może brakuje tutaj typowych singli i „przebojów” na miarę „Islands” bądź „Crystalised”, ale „Coexist” nadrabia tym, że jest bardziej równym albumem. Wydaje się także być lepszy na płaszczyźnie podkładów, które momentami wędrują w taneczne rejony.

Słuchając utworów z tej płyty czuć pewnego rodzaju smutek, wrażliwość. To bardzo osobiste kompozycje. The XX wciąż potrafią wpłynąć na odbiorcę.  Dlatego warto sprawdzić ich najnowszą płytę. Mimo, że album ten nie odbiega zbytnio od debiutanckiego to jest to dobra pozycja na najbliższe jesienne wieczory. Ocena: 7/10.