Yeasayer – Fragrant World

Wakacyjna propozycja od Yeasayer.

Yeasayer to jedna z tych grup, której każde nowe wydawnictwo budzi wiele sprzecznych odczuć. Wszystko za sprawą genialnego, debiutanckiego albumu „All Hour Cymbals” do którego siłą rzeczy porównuje się każdą nową płytę nowojorskiego bandu. Amerykanie nie lubią stać w miejscu i często eksperymentują ze swoją muzyką. Dla ortodoksyjnych fanów debiutu Yeasayer często te eksperymenty są gorzką pigułką do przełknięcia.

Na najnowszym albumie „Fregrant World” nie jest inaczej. W porównaniu do swoich poprzedniczek płyta ta wydaje się być dojrzalsza. Utwory na niej są bardziej odważne przy jednoczesnym nie odchodzeniu od typowo popowego brzmienia. W zasadzie pop, który serwuje na zespół z Brooklynu śmiało można nazwać „plemiennym popem”. To muzyka miejskiej dżungli jakim jest Nowy Jork. Całkowicie inny punkt widzenia. Podziwiam ich za to. Yeasayer na trzech swoich dotychczasowych krążkach wypracował swój, własny niepodrabialny styl. A trzeba przyznać, że obecnie jest to nie lada sztuka przy zalewie całej masy przeciętnych melodii i wtórnych pomysłów.

Mocną stroną grupy jest umiejętność nagrywania świetnych singli. Słuchając „Fregrant World” od razu słychać, które utwory będą tymi promującymi płytę. Jednak nie oznacza to, że reszta piosenek jest gorsza. Wręcz przeciwnie. Reszta jest po prostu taj jakby „mniej radiowa”. Jednak  czego bym nie napisał o tej płycie to i tak znajdzie się spora część czytelników, która będzie kręcić nosem. Dlatego odsyłam każdego do przesłuchania „Fregrant World” i wypracowania swojej własnej opinii. Od siebie dodam tylko tyle, że jak dla mnie ta płyta jest na prawdę dobra i z całkowitą pewnością będzie mi towarzyszyć aż do coraz szybciej nadchodzącej jesieni. Ocena: 8/10.

 

Passion Pit – Gossamer

Wakacji ciąg dalszy.

Pora na kolejną płytę z serii tych wakacyjnych. Drugą najczęściej przeze mnie katowaną płytą na urlopie po albumie Franka Oceana było najnowsze dzieło Passion Pit „Gossamer”. Dla amerykańskiej grupy indie-popowej z Cambridge jest to drugi krążek w dorobku, jednak dopiero teraz udało się podbić listy przebojów.

Przepis na sukces okazał się bardzo prosty. Wystarczyło zgromadzić na „Gossamer” kawałki electro-pop’owe spod znaku MGMT z chwytliwymi, melodyjnymi refrenami. I mimo, że wydaje się to być prymitywne to w pewien sposób zmusili mnie do powrotu do naiwnych czasów kiedy na wakacyjnych imprezach słuchało się tanecznych hitów od Klaxons. Jednak dla tych kilku chwil bezrefleksyjnego odpoczynku jestem w stanie im to wybaczyć. Poza tym dobrze się tego słucha, zanim się obejrzymy cała płyta jest już przesłuchana. I trzeba ją włączać od początku.

Słuchając takich kawałków jak „I’ll Be Alright”, „Take a Walk” czy też „Hideaway” aż czuje się cukier w uszach. Kolorowe synthowe melodie, falsetowy wokal, rozbudowana perkusja dodaje wakacyjnego klimatu. I mimo, że za kilka miesięcy nie będziemy pamiętać o tych piosenkach to na chwilę obecną do radia samochodowego czy też słuchawek pasuje to jak ulał. Poza tym jak puścimy na jakiejś imprezie to przy odrobinie słodkich drinków będzie można się do tego „pobawić”. Słuchając tych utworów nie ma obciachowej nędzy bo jakąś minimalną wartość estetyczną ta płyta prezentuje. Może i nie jest to elektronika tych wymiarów co kawałki robione z nudów przez Thoma Yorke’a, ale przecież mowa o albumie, który z definicji musi być lekki i łatwy do strawienia. Bawcie się, odpoczywajcie, relaksujcie i słuchajcie Passion Pit. Ocena: 7/10.

Frank Ocean – channel ORANGE

OFF festival już się skończył, ale wakacje wciąż trwają. A co robić lepszego w upalne dni niż słuchać dobrej, wakacyjnej muzyki?

O Franku Oceanie od jakiegoś czasu jest dość głośno. Pojawiał się na płytach takich artystów jak Kanye West, Jay-Z czy też Tyler, The Creator. I raczej były to dobre featuringi. Poza tym sam wydał całkiem ciekawy mixtape „nostalgia, ULTRA”. Ostatnio zrobiło się jeszcze głośniej kiedy tuż przed premierą debiutanckiej płyty przyznał się co do swojej orientacji seksualnej. Do tej pory nie wiadomo czy był to zwykły chwyt marketingowy, czy prawda będąca jednocześnie świetnym sposobem na zwrócenie na sobie uwagi. Jedno jest pewne, tegoroczna płyta Pana Oceana to nie przelewki.

Hype na „channel ORANGE” jest całkowicie słuszny. Nowa świeżość jaka się przetoczyła przez amerykański pop jest zdumiewająca. Mnoga ilość zdolnych i młodych tylko cieszy. Wszyscy socjolodzy, kulturoznawcy i filozofowie tego świata powinni temu zjawisku bacznie sie przyglądać. Wróćmy jednak do samego Franka Oceana, znanego również jako Christopher Breaux.

„channel ORANGE” to album idealnie sprawdzający się w wakacje. Wiem to dobrze, gdyż sam mój nadmorski urlop poświęciłem na wałkowanie tych kawałków do upadłego. Nie dziwi więc data premiery (10 lipiec), która przypadła tak na prawdę na okres ogórkowy w muzyce. Jednak to nie jest to rodzaj muzyki z kategorii coco jambo. Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem. 17 utworów przeplatanych fajnymi skitami nie nudzi a pobudza naszą wyobraźnie. Mimo, że sam Frank Ocean nie zachwyca jakoś wybitnie wokalnie to jego lekki głos w połączeniu z dobrą, melodyjną muzyką tworzy przyjemną całość.

Cały czas porównuje ten album do ostatnich dzieł Kanye Westa. Takie małe zboczenie, ale idąc tym tropem Frankowi Oceanowi trzeba przyznać, że potrafił wszystko lepiej wyważyć. Nie jest pompatycznie, ale też nie jest to całkowicie surowy materiał. Ilość osób, które udzielają się tutaj wokalnie także nie jest za duża. Ostatnio panuje moda zakrywania niedoskonałości i braku pomysłów mnoga ilością gościnnych występów. Tutaj tego nie ma, a osoby, które się pojawiają wiele wnoszą do całości. Wystarczy posłuchać „Pink Matter”, gdzie możemy usłyszeć Andre 3000 z Outkast czy też „Golden Girl” z raperem Tyler, The Creator by się o tym przekonać.

Oczywiście nie ubóstwiam tej płyty. Widzę (a raczej słyszę) tutaj parę niedociągnięć, które nie pozwalają mi dać temu albumowi zaszczytnej dziesiątki. Mimo to uważam, że „channel ORANGE” to póki co najlepsza płyta popowa jaką słyszałem w tym roku. Frank Ocean trafił w moje gusta takimi kawałkami jak „Lost”, „Pyramids” czy też wcześniej wspomnianym „Pink Matter”. Bardzo dobrze się tego słucha, sprawdźcie sami. Ocena: 9/10.