Off’owe propozcyje część druga

off2013Kolejny zestaw z którym warto się zapoznać zanim się wybierzemy do Doliny Trzech Stawów.

molesta skandalMolesta – Skandal (1998). „Skandal” to klasyczna płyta bez wątpienia. Artur Rojek w całej swojej wspaniałości zaserwuje nam specjalny koncert warszawskiej grupy Molesta , który wykona w całości debiutancki longplay. To zdecydowanie dobra nowina dla mnie, gdyż ostatni czas spędzam na nieumiarkowanym spożywaniu rapsów polskich i zagranicznych. Ok, „Skandal” to płyta ciekawa z kilku powodów. Dla człowieka urodzonego w późnych latach 80 i wczesnych latach 90, czyli takiego, który spędzał tą wspaniałą dekadę jako radosny analfabeta będzie to ciekawa podróż do czasów mafii z Pruszkowa, prezydentury Lecha Wałęsy i Backstreet Boys. Na osiedlach chłopcy w luźnych spodniach powoli wypierali przepitych punków a ci bardziej utalentowani swoje frustracje przelewali na papier. Mimo, że płyta dosyć konkretnie odstaje produkcyjnie od dzisiejszych rapalbumów a sami jej autorzy czyli: Vienio, Pele, Włodi, Kacza i Wilku są dziś lepszymi raperami pod względem flow i ogólnych umiejętności to ma ona bardzo ważną zaletę, którą jest SZCZEROŚĆ. Czuć, że to prawdziwy hip-hop nieskażony tym całym syfem „young money, cash money” i innym nagminnym badziewiem ukazującym się na rodzimych krążkach. Można oczywiście wiele czasu spędzić na zagłębienie się w inne aspekty społeczno-polityczno-kulturalne, które były podłożem dla „Skandalu”. Tylko po pierwsze primo, niektórzy już próbowali i nie przekonali mnie a po drugie primo nasuwa się pytanie czy warto? Z pewnością jedyne co w tym momencie warto to posłuchać tej płyty i samemu wyrobić sobie zdanie. Aha i na koniec „Skandal” to istna kopalnia pomysłów, które były później wykorzystane na solowych albumach Włodiego, Vienia czy też Hemp Gru.

posłuchaj

deerhunter-monomaniaDeerhunter – Monomonia (2013). To, że Bradford Cox jest nietuzinkową postacią wiedzą wszyscy, którzy chociaż raz zetknęli się z twórczością tego artysty. Udowodnił to na „Halycon Digest” czy też „Microcastle„. Dał popis również na solowych „Logos” oraz „Parallax”. Twórczy, płodny w pomysły i co najważniejsze nieugięty. Pomimo ułomności fizycznej pokazuje to co ma najlepsze w sercu i głowie. Taki jest Bradford Cox i taka jest muzyka na kolejnej, najnowszej płycie „Monomania”. Skupienie się wokół jednej idei, w ten sposób można by przetłumaczyć tytuł nowego krążka. W zasadzie Deerhunter nie daje nam nic nowego, ale na pewien sposób ta płyta trafia do nas nieźle skonstruowanymi piosenkami. Dobrze się tego słucha. Wałkuje tą płytę już kilka dni, jak nie tygodni i jeszcze mi się nie znudziła. To plus. Kompozycje na „Monomania” brzmią momentami garażowo, ale to żadna nowość dla kogoś kto słuchał ostatnią płytę Atlas Sound. Takie piosenki jak „Dream Captain”, tytułowa „Monomania” , „Blue Agent” czy też „Sleepwalking” pokazują kapitalną umiejętność pisania piosenek melodyjnych i z tym CZYMŚ co ma w sobie tylko Deerhunter a w zasadzie Bradford Cox. Niezmiernie miło będzie usłyszeć tą płytę live, nie mogę się już doczekać.

posłuchaj

Woods-Bend-BeyondWoods – Bend Beyond (2012). Dobry Indie-Folk zawsze w cenie, zwłaszcza jeż wszelkie proporcje są dobrze wymierzone. W Przypadku muzyków z Brooklynu możemy śmiało powiedzieć, że wszelkie normy zostały zachowane. Woods istnieją od 2005 roku i do tej pory zgromadzili na swoim koncie 6 albumów. Niestety czas nie pozwolił mi sprawdzić całej twórczości, ale słuchając najnowszej płyty „Bend Beyond” mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wszelkie dobre oceny jakie otrzymał ten krążek są w pełni uzasadnione. Mimo, że za pierwszym razem wydawało mi się, że Woods to kolejne pitu-pitu z regionów Black Keys i innych amerykańskich nudziarzy to po kilku dokładniejszych przesłuchaniach zeszłorocznego albumu amerykanów zmieniłem zdanie. Zmiana ta oczywiście nie była aż tak wielka by się nad nimi rozczulać, jednak na tyle istotna by napomknąć o tym bandzie odnośnie zbliżającego się offa. Ok tyle tytułem wstępu. Co dokładnie serwuje nam Woods na „Bend Beyond”? 12 indie-folowych utworów toczących się w takim samym tempie jak życie w Alabamie. Wokalnie album ten nie wyróżnia się od miliona innych, jednak warto docenić gitarowe wstawki, które ratują płytę przed nudą, która momentami mocno wali w drzwi. Początek i sama końcówka „Bend Beyond” to fajny materiał na deszczowe, leniwe dni, jednak gdzieś w środku robi się nijak. A szkoda bo potencjał słychać, tylko jakby brak momentami pomysłu na coś innego. Bo niestety trzeba to przyznać, wtórność to problem wielu zespołów. Woods też go ma.

Posłuchaj

Charli XCX – True Romance

charli-xcx-true-romance-sized-400x400Charli XCX już od dobrych dwóch lat karmi nas coraz to fajniejszymi singlami. Nadeszła pora by zebrać  to wszystko do kupy i wydać jako longplay pełen fajnego popu idealnie pasującego na coraz cieplejsze dni.

Tak właśnie powstał „True Romance”, który stanowi zlepek wszystkich dotychczasowych singli oraz kilku nowych piosenek. Pora recenzowania wydaje się być właściwa, zwłaszcza, że za oknem plus 20 stopni. Drugie w karierze LP Charli XCX czaruje nas z kilku powodów. Po pierwsze młoda wokalistka (rocznik 1992) w za dużych butach idealnie balansuje pomiędzy elementami electro-popu, teen-popu i hip-hopu. Wciąż czuć ducha Uffie, która przetarła szlak dla wielu popowych artystek urodzonych po 1990. Po drugie zwracają na siebie uwagę teksty pełne uszczypliwości i momentami ironii. Pomimo niezbyt wielkich umiejętności wokalnych Charlotte Aitchison fajnie się bawi głosem i rytmem, i to zdecydowanie spory plus, gdyż dobrze się tego słucha.

Płyta zaczyna się dość niepozornie od „Nuclear Season” jednak drugi w kolejności „You (Ha Ha Ha)” to fajny teen-popowy banger z kapitalnym refrenem. Podkład „Take My Hand” silnie przypomina te użyte na „Sex Dreams and Denim Jeans”. „Stay Away” jest dobrze znane od 2011. Mimo, że uwielbiam tą piosenkę to w kontekście całej płyty lekko odstaje od reszty. Może to wina tego, że kojarzę tą piosenkę z listopadowymi wieczorami co koliduje z obecną porą roku? Podoba mi się ckliwość „Set Me Free”, nawijka Brook Candy w „Cloud Aura” oraz energiczność „Black Roses”.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór „What I Like”. Nie porwał mnie gdy usłyszałem go za pierwszym razem. Obecnie jednak to piosenka do której najczęściej wracam z całej płyty. 3 minuty fajnego popu zaczyna się od 20 sekundowego, czaderskiego intro. Dalej obok fajnej nawijki Charli XCX, która próbuje rapować pojawia się niepokojąca melodia z okolic 0:50. No i fajny, gorący refren. Od kliku dni można posłuchać przeróbki utworu wzbogaconego o rapsy Danny’ego Browna. Najlepiej ten utwór podsumowuje jeden z komentarzy na youtube – „omg 90’s and early 2000’s are back yaaaaaaaaaaaaay!”.

Dalej się robi coraz mroczniej, ale nie mniej ciekawie. Głównie za sprawą topornego początku „You’re The One” oraz ciężkiego klimatu „How Can I”. Fajnym kawałkiem nawiązującym do przełomu lat 80 i 90 jest ostatni na track-liście „Lock You Up”. Generalnie „True Romance” pozostawia po sobie wrażenie udanie spędzonego czasu. Dużo tu fajnej, letniej muzy przeplatanej z mroczniejszą stroną popu. Ocena: 7/10.

Tyler, The Creator – Wolf

tyler wolfW 2011 roku Gregory Okonma znany szerzej jako Tyle, the Creator dokonał zamachu na swoją prywatność . Wszytko za sprawą krążka wydanego w tym czasie oraz zatytułowanego „Goblin”. Płyta dzięki nie typowym, mrocznym, momentami ponurym beatom i ekshibicjonizmowi w tekstach spodobała się krytykom i słuchaczom. Dzięki szczerym do bólu wersom wzbudzał mieszane uczucia, od zachwytu po odruchy wymiotne. Zamieszał. Czy dalej potrafi zachwycać i szokować jednocześnie?

„Wolf”, czyli najnowszy album Tylera to już trzeci longplay w dorobku młodego artysty. Po pierwszych spotkaniach z tym krążkiem da zauważyć się dwa nurty wpływów. Pierwszy – popowy, natchniony zeszłorocznym sukcesem „channel ORANGE” Franka Oceana – ziomusia Tylera uwidacznia szczególnie się w podkładach zahaczającymi o r’n’b, pop czy też momentami electro. Potwierdza to pierwsza część albumu, a zwłaszcza takie kawałki jak „Jamba”, „48” czy też „Awkward”. Poza tym sam Frank Ocean też pojawia się na płycie odśpiewując refren w „Slater/Escepe-im” oraz „Partyisntover / Campfire / Bimmer”. Poza nim mamy też kilku innych gości takich jak Pharrell czy też Erykah Badu. Słuchając tej części płyty czujemy się jakbyśmy oglądali sequel naszego ulubionego filmu, który mimo, że nie wnosi zbyt wiele nowego do fabuły to pod względem realizacji i rozmachu po prostu nam się podoba.

Druga twarz tej płyty wydała mi się natchniona starym dobrym Eminemem z okresu „The Marshall Mathers”. To pod koniec płyty Tyler, The Creator przypomina tego czarnucha z okresu „Goblina”. Oczywiście już tak nie szokuje, ale przez wyjące syreny i jęki ludzi w „Pigs”, skowyty, wybuchy w „Trashwang” oraz pełne dwuznaczności teksty czujemy starego Tylera. No i te magiczne „FUCK” na sam początek płyty to jak kij w oko na przywitanie. Oczywiście ta część wpływów jest w mniejszości.

Sama płyta spełniła swoją rolę, to dobra muzyka. Mimo, że „Goblin” to płyta ciekawa i na pewien sposób ważna to fajnie jest posłuchać Tylera nie rapującego do wiercenia wiertarką. Jeszcze dwa lata temu nie spodziewałbym się, że dziwne dźwięki zostaną zastąpione przez łagodne smyczki. Ukłon w stronę popu dobrze mu zrobił, poza tym mimo, że rapuje często o rzeczach obrzydliwych i strasznych to w gruncie rzeczy dobry z niego chłopak, który kocha swoją legendarną babcię. Potrafi być zabawny i ironiczny jednocześnie dobrze wyczuwając obecnie panujące gusta w muzyce. „Wolf” natomiast to ciekawa muzyczna kontynuacja „channel Oragne” i dobra porcja muzy na pierwsze ciepłe dni. Ocena: 8/10.