Kitty – D.A.I.S.Y. Rage EP

kitty daisy rageZa robienie muzy chwytają się coraz to młodsi przedstawiciele pokolenia, które nie wyobraża swojej egzystencji bez iPhone’a.

Pokolenie, które nie pamięta, że przed Messim i Cristiano Ronaldo byli inni, znacznie lepsi piłkarze. Pokolenie ludzi żyjących wirtualnie, spędzających wolny czas na rollowaniu śmiesznych obrazków, podglądaniu równie nie rozgarniętych życiowo znajomych na fejsie, marnujących czas na oglądanie niskich lotów seriali on-line, słuchających muzy na YouTubie i jaraniu się top listą oglądalności. Przedstawiciele tak zwanej gimbazy (dość niechlubne określenie) utożsamiające się z maksymą „chcemy wszystko w zamian nic” z wmówioną przez wątpliwe internetowe autorytety v-blogów indywidualnością własnej osoby. Chciałoby się to wszystko jebnąć, zamknąć i wygonić to całe towarzystwo na „sebowe podwurko” by poczuli prawdziwe życie.

To wszystko ma przełożenie na muzykę, zwłaszcza współczesny hip-hop określany po prostu „SWAG”. Nigdy nie ogarniałem o co chodzi tym wszystkim białym murzynom z tym ich powiedzonkiem pojawiającym się co kilka wersów. Starych hip-hopowców musi niemiłosiernie wkurwi** słuchanie wątpliwych beatów, łamanej rytmiki, skacowanego flow (jeżeli można mówić o jakimkolwiek flow) i tych rozterek, których nie „rożumie” nikt urodzony w latach 80 i wcześniej.

Ruda gówniara Kitty i jej tegoroczny „D.A.I.S.Y. Rage” wpisuje się w ten schemat. Jest tylko jedno ALE. W dziwny sposób młoda raperka, którą niektórzy porównują do Uffie sprawia, że chce się jej słuchać. Szczerość wyrażona w niemalże twitterowy sposób powoduje, że odczuwamy do niej sympatie. EP-kowy materiał natomiast wydaje się być świeżym powiewem w powoli zjadającym swój ogon swag rapie. „R.R.E.A.M” w ciekawy sposób nawiązuje do sztampowego dzieła Wu-Tang Clan, „Dead Island” (w tytule powinny być jakieś serduszka) wciąga fajnym podkładem a „No Offense!!!!” wkurza i fascynuje jednocześnie. Ufff. Ocena: 7/10.

Wavves – Afraid of Heights

Wavves-Afraid-of-HeightsNathan Williams powraca z kolejną porcją gówniarskiej muzy dla gówniarzy.

O jak miło! Czuje ciepły wiaterek na twarzy, promienie słońca odbijają się od mego lica, język pragnie zimnego drinka dla ochłody. Czy to sprawka wyjątkowo ciepłej wiosny? Nie, wiosna jest tylko na kalendarzu. Za oknem sroga zima. Więc co sprawia, że w mym pokoju panuje kalifornijska wiosna? Odpowiedź może być tylko jedna – najnowszy longplay od Wavves.

„Afraid of Heights” to dobra kontynuacja „King of The Beach” z 2010 roku. Wszyscy pamiętam problemy Wavves z 2009 roku. Po „pamiętnym” koncercie na Primaverze Williams osiągnął dno a zespół był blisko rozpadu. Być może to był bodziec do nagrania całkiem przyjemnego i fajnego albumy „King of The Beach”? Niektórzy potrzebują dać nura w muł by móc potem się wybić. Nieważne, to stare dzieje. Z nowym krążkiem amerykanie nie zwalniają i dają nam do rąk kolejną część fajnych gitarowych pieśni na temat gówniarskiego życia w Kalifornii. Williams mówi prosto z mostu „jestem brzydki, a Ty nudny”, ale „zawsze jestem na swoim”. Poza tym czuć w tych z pozoru ciepłych piosenkach troszkę smutku i chwil zastanowienia nad pijackim życiem. „No Hope  and No Future” – skąd my to znamy? „We’ll Die The Same Loser” – to tylko część zwierzeń autora. „Everything is My Fault” – tytuł jest mocno wymowny. Smutek ten przeplata się z ironią bo jak inaczej opisać to: „I loved you, Jesus/ You raped the world/ I feel defeated/ Guess I’ll go surf”.

Słuchając „Afraid of Heights” można dojść do wniosku, że Nathan Williams jakby trochę dojrzał. Myślę, że jest na etapie kalkulacji i zastanawiania się nad pewnymi sprawami (Wciąż jest kilka rzeczy do ogarnięcia). Widać to w tekstach piosenkach. A co słychać w samej muzyce? Lo-fi na porządnym poziomie, zabarwione odrobiną punku. Sporo fajnych gitarowych wstawek, hooków i perkusyjnych rytmów. Wokalnie Williams też się wyrobił i szczerze powiedziawszy mocno umilała mi ta płyta ten przedświąteczny okres. Co więcej rozgrzewała atmosferę kiedy na zewnątrz temperatura była na minusie. Ocena: 8/10.

David Bowie – The Next Day

david bowie the next dayPo 10 latach przerwy powrócił legendarny David Bowie. Ale czy współczesny świat potrzebuje jeszcze ekscentrycznego Anglika?

Jego powrót był tak jak on sam. Niespodziewany i energiczny. Nagle po 10 latach ciszy David Bowie, Bołi, BAaaaaałi ogłasza: „ej, nagrałem płytę, chcecie posłuchać?”. Zawrzało. „The Next Day” obok nowego wydawnictwa My Bloody Valentine było najczęściej komentowaną płytą tego roku. Już w tym momencie można odpowiedź na zadane pytanie na początku – Tak, świat cholernie potrzebuje jego muzyki. Mimo, że okres tak zwanego „szczytowania” Bowiego minął 30-40 lat temu i obecnie mało ludzi wie o co chodzi z tym całym „Hunky Dory” czy też „Ziggy Stardust’em” to takie płyty jak „The Next Day” wiele wnoszą do współczesnej muzyki.

Nie od dziś wiadomo, że Bowie to muzyczny kameleon, który potrafi dopasować się do każdych czasów i robić swoje. Oczywiście pod tym całym płaszczykiem unowocześniania swojej muzyki za każdym razem czuć lekką nutkę melancholii i tęsknoty za młodzieńczymi latami. Nie inaczej jest na „The Next Day”. Jest to fajna, gitarowa płyta w której sporo rockowej energii jak i sennych ballad. Trudno oprzeć się urokowi „The Star (Are Out Tonight)”, nie docenić świetnej linii melodyjnej w „Valentine’s Day” bądź nie tupać nogą przy „Boss of Me”. To elegancka płyta. Sam 66-letni muzyk jest momentami hipnotyzujący, dramatyczny, literacki, trochę teatralny i przerysowany. Czyli tak jak zwykle, pasjonuje i wciąga swojego słuchacza.

Gdyby skoncentrować się na tematyce albumu to nie odbiega ona od innych płyt nagranych przez tak zwane żywe legendy. Sporo przemyśleń, refleksji o samotności, o życiu i śmierci czy też o sobie samym no bo jak inaczej interpretować fragment z „Heat”„And I tell myself, I don’t know who I am”.

Pomników nikt za tą płytę nie będzie mu stawiał, ale jedno jest pewne. David Bowie pokazał, że wciąż jest w grze i trzyma rękę na pulsie. Warto poświęcić dłuższą chwilę dla „The Next Day”. Ocena: 7/10.