Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz

Warto było czekać na nowy album Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach. Nie zawiedli moich dość sporych nadziei związanych z tym wydawnictwem.

Jestem fanem Marcina Zagańskiego i reszty chłopaków od czasów licealnych, gdy to zakochałem się w „8 Piętrze” a „Lewa Strona Literki M”, pielęgnowała tą miłość do momentu wydania Materacu. Wtedy usłyszałem równie świetne utwory w obkrojonym składzie KDZKPW do Zagańskiego i Koprowskiego. Jednak dalej z tęsknota wyszukiwałem jakichkolwiek informacji o działalności grupy z miasta Jezusa Króla. Tuż po katastrofie w Smoleńsku ukazał się pierwszy nowy utwór „Tornado”. Podsycił tylko apetyt. Do uczty doszło dopiero w tym tygodniu.

„Karmelki i Gruz” to trzeci album w ich kolekcji samych dobrych płyt. Nie wiem, czy jest lepsza od poprzedniczek, nie wiem czy też jest gorsza. Cały czas jestem pod wrażeniem tych utworów. Jednak by nie posądzać mnie o zbyt emocjonalne podejście do zespołu powiem, że starałem się znaleźć coś co mi nie odpowiada w tej płycie. Przynajmniej starałem się. Ok, to przejdźmy do słodkich karmelków i do brudnego gruzu.

Nowa płyta to zlepek dziesięciu nowych, fajnych, klimatycznych piosenek w tym jednej znanej już od ponad roku „Tornado„. Jest zupełnie jak mówił Zagański w wywiadach, jest to tak samo piosenkowa płyta jak 8 Piętro i całkowicie słuszne jest stwierdzenie, że to typowo jesienna płyta. Ten wspaniały klimat składa się z kilku czynników. Po pierwsze teksty. Ja wiem, że liryka jest często murem do nieprzeskoczenia dla wielu słuchaczy ze względu na psychodeliczność a momentami pewnego rodzaju schizofreniczność tekstów pisanych przez Zagana. Jednak jak nie dać się porwać urokowi tekstom bogatym w tak wiele ciekawych metafor, porównań i innych zabiegów? W „Wysokich obcasach” podmiot liryczny w refrenie przybiera pierwszą osobę rodzaju żeńskiego „Poszłabym za Tobą w Świat, lecz tak trudno być kobietą na obcasach”. Natomiast w „Kaskaderzy” padają śmiałe porównania: „Miłość to horror, więc znajdź kwiaty na trupach we mnie, Miłość to porno więc chodź tu, pokochaj siebie”. No i oczywiście perełki typu: „Nasze spotkanie grozi zakupami w Tesco” lub „Jestem robakiem w Twojej truskawce, weź mnie na palec”. Oczywiście zabawa w interpretacje to temat na długie filozoficzno-pijackie dyskusje. Zaletą tego typu tekstów jest szerokość ich znaczenia, dlatego tak na prawdę każdy może je interpretować na swój sposób i zapewne będzie to słuszna interpretacja.

Drugi czynnik wpływający na klimat płyty ma już tylko jedną interpretację. Chodzi o muzykę, brzmienie. Po raz kolejny jestem pod zachwytem brzmienia gitary. Paweł Koprowski jest jednym z lepszych gitarzystów w tym kraju. To jak brzmi gitara i dogrywa mu bas powoduje momentami ciary na plecach, ręce same bija brawo. Od „Kaskaderów” czuć niemal hardkorowy, screamo-rockowy klimat, Morświny przypomina mi typową melancholię w wykonaniu KDZKPW. A konstrukcja i napięcie na „Tornado” można porównać do horrorów Wes’a Cravena. To jak kończy krążek tytułowy Karmeli i Gruz to mistrzostwo, 8-minutowy majstersztyk depresyjnego brzmienia.Warto także odnotować, że „Nowy perkusista” dodał całkiem nowej świeżości w kwestii bębnów i talerzy.

No i po trzecie głos, wokal samego Marcina Zagańskiego. Nie muszę chyba nikomu udowadniać, że to jeden z lepszych wokalistów rockowych w tym kraju (Jeżeli nie najlepszy). Brzmi on tak prawdziwie, dużą rolę tu także odgrywa sama barwa głosu. A minusy? Można się przyczepić tekstów i być może powrotu w kierunku do 8 Piętra zamiast podążania „nową, świeżą” ścieżką. Wtedy USA atakowało Kanadę, teraz „Rosja morduję Polskę”. Dla mnie jednak ta płyta to czołówka i rewelacja tego roku, nie brak mi niczego, tego chciałem. Dziękuje. Ocena: 9/10.

posłuchaj

Primal Scream – Screamadelica

Sobotę 6 sierpnia w Katowicach niemalże legendarny Primal Scream odegra równie legendarny album Screamadelica.

Album ten wydany w 1991 roku osiągnął w tamtym czasie niebywały sukces komercyjny. W 1992 roku został on wyróżniony po raz pierwszy przez Mercury Music Prize. Dla mnie osobiście wszelakie nagrody i sukcesy komercyjne nijako wpływają na postrzeganie danego krążka czy też artysty, z względów raczej już znanych wszystkim (wszechobecna komercjalizacja). Jednak w tym wypadku muszę pokłonić się przed szkotami, że udało im się wybić z tego typu muzyką w nastrojach grunge’owych i gangsta rapowych wczesnych lat 90.

Od premiery płyty Screamadelica mija 20 lat, ciężko w tym kontekście napisać coś co odda sens temu albumowi. Zacznę od tego, że mimo upływu 20 lat (niby nie dużo, ale w muzyce przez ten czas wiele się wydarzyło) dzieło Primal Scream nie straciło na wartości i równie dobrze tego się słucha obecnie w czasach dominacji web 2.0. Dla mnie ten album jest zbiorem 11 świetnych, różnobarwnych melodii złączonych w jedną całość i nazwanych przewrotną nazwą, która od razu przywołuje mi w głowie nazwę „Metallica”. Zaczyna się od rewelacyjnego Movin’ On Up, który jest bogato zaaranżowany i mocno kojarzy mi się ze stylem Rolling Stones. Następnie ‚Slip Inside This House” przypomina mi narkotykowe odloty Beatlesów. Utwór numer 3 ‚Don’t Fight It, Feel It” jest odpowiedzią czego słuchali !!! przed nagraniem Myth Takes. Po drodze mamy jeszcze ponad 10 minutowego kolosa Come Together (już wyobrażam sobie kiwający się tłum pod sceną mBanku). Druga część albumu jest już bardziej senna, jednak nie oznacza to, że nudniejsza. Całość kończy Shine Like Stars.

Jest to już klasyczny album, pełen psychodelicznych melodii, świetnych tekstów głoszących haseł generacji tamtych lat oraz ciekawych połączeń rocka z innymi gatunkami, które były furtka dla wielu, wielu zespołów, które lubisz. Ocena: 10/10.

posłuchaj

dEUS – Vantage Point

Czas wrócić do muzycznego wymiaru tego bloga, w końcu najważniejszy festiwal muzyki niezależnej tuż, tuż.

Grupa dEUS  będzie reprezentowała w tym roku belgijskie barwy rocka alternatywnego. Jego historia sięga roku 1989, a miejscem założenia Antwerpia. Jednak nie oczekujcie ciekawej historii założenia niczym Kombajn do Zbierania Kur Po Wioskach (Szpital psychiatryczny) czy też The Doors (plaża). To są w końcu Belgowie, kraju kojarzonym z nudą i wolno płynącym czasem. Jednak czy ich muzykę można nazwać nudną? W pewnym sensie i tak, i nie.

Na początku trzeba powiedzieć prawdę, że ci kolesie z Belgii nie wymyślili niczego, czego wcześniej nie zagrałoby The Pixies, Dinosaur Jr. czy też Pavement. Jednak ile zespołów potrafi mimo to nagrać coś fajnego i w pewien sposób ciekawego? dEUS z pewnością jest takim zespołem, który pomimo braku innowacyjności w tworzonej treści potrafi skupić wokół siebie słuchaczy, którzy im przytakną i nawet się uśmiechną. W końcu Artur Rojek postawił na nich, to spora rekomendacja dla wszystkich hipsterów, dla których mekką w sierpniu będzie Dolina Trzech Stawów.

Vantage Point to najnowsze wydawnictwo grupy, które trzyma dobry, równy poziom jednak nie zbliża się do ich najlepszego, debiutanckiego albumu Worst Case Scenario. Jeżeli miałbym użyć trzech przymiotników, które określą Vantage Point to będą to: patetyczna, energiczna, melodyjna. Patetyczna w ten sposób, że wystarczy puścić sobie kończący Popular Culture by usłyszeć rozdmuchaną kompozycję na miarę Oasis. Energii także tutaj nie brakuje,  Favourite Game czy też Oh Your God udowadniają to w pełni. Melodyjność albumu natomiast zawiera się w tworzeniu, dobrych, pop-rockowych refrenów, które charakteryzują i określają ten krążek. Duża też w tym zasługa Toma Barmana  i jego wokalu. Warto zapoznać się z ich twórczością i z pewnością warto będzie zobaczyć. Ocena: 6/10.

posłuchaj.