British Sea Power – Valhalla Dancehall

Od wydania ostatniego albumu mijają trzy lata. I mimo, że jest jakby lepiej to trochę gorzej.

Chłopaków poznałem przy okazji wypuszczenia w świat Do You Like Rock Music? w styczniu 2008 roku, jednocześnie byli headlinerami Off Festivalu, który jeszcze wtedy odbywał się w Mysłowicach. Po tym okresie pamiętam z tamtej płyty już tylko Waving Flags, który śmiało może zostać nowym hymnem Unii Europejskiej. Jednak przed DYLRM? grupa wydała dwa o niebo albumy Open Season i The Decline of British Sea Power, które nie zostały jak do tej pory przebite. Nowy krążek też tego nie dokonał.

Valhalla Dancehall to dobry album, chłopaki nie schodzą poniżej określonego przyzwoitego poziomu. Dużo go teraz słuchałem w okresie zaliczeniowo-egzaminacyjnym. Jednakże coś czuje, że za trzy lata jak pewnie będę pisał (???) o ich nowym albumie to będę miał tako samo spostrzeżenie jak do płyty z 2008 roku. Ta sama koncepcja, różne piosenki jedne bardziej energiczne, rockowe (Stunde Null). Inne spokojne, wprowadzające nas pod kołderkę (Baby). No i jeden przesłodzony hicior mianowicie Living is so easy. Ale to oczywiście jak najbardziej na plus, w dzisiejszych czasach ciężko tworzyć zespołom dobre, popowe i wpadające w ucho piosenki. Przy tym singlu mamy wszystko.

Mi jednak najbardziej przypadł do gustu opener Who’s In Control, który z ogromną pompą rozpoczyna ten album.To się ceni.  Na wyróżnienie także zasłużył Mongk II, który idealnie spełnia się w warunkach rajdowych. Poza typową energią nie brakuje patosu z którego słynie British Sea Power. Mamy właśnie te pompatyczne wejście o którym wspominałem wraz z Who’s In Control jak i zakończenie, które składa się z ponad jedenastu minutowego Once More Now i jeszcze definitywnie kończącego Valhalla Dancehall – fajnego kawałka Heavy Water.

Kończąc te rozważania nowy album BSP może i nie powala na kolana, ale stanowi pewną dawkę dobrej muzy, która powinna na umilić okres oczekiwania na wiosnę i nowe wydawnictwa The Strokes (hie hie czekacie?) i Britney Spears. Ocena: 7/10.

posłuchaj

Cold War Kids – Mine is Yours

Rok 2011 pomimo braku czasu związanego z terminami, sesjami, drapieżnym mercato Milanu wykazuje się obfitością dobrych albumów, które pazernie słucham, słucham i jeszcze raz słucham. Teraz nadszedł czas na zrecenzowanie tego co wysłuchałem.

Cold War Kids od momentu debiutu byli zawsze w mojej drużynie. Debiutancka płyta wyposażona w wiele fajnych piosenek nadal przyciąga mnie i często do niej wracam. Loyalty to Loyalty to już wspomnienia z 2008 roku, długie podróże by studiować nauki polityczne oraz świetne hity pokroju I’ve seen enough. W 2009 roku za sprawą Audience na Ep-ce Hehave Yourself dodali trochę więcej słońca do swoich utworów. Był to pewnego rodzaju zwiastun nadchodzącej dużymi krokami płyty. I tak 25 stycznia wyszedł Mine is Yours.

Album inny niż poprzednie, bardziej dojrzalszy, bardziej przebojowy? Niektórzy porównują ich do Maroon 5 i Kings of Leon. Ok, za produkcją stał koleś od ostatniego Kings of Leon, ale i także od Modest Mouse. To, że piosenki są bardziej melodyjny to nie cios w stronę tej całej maniery bycia indje hipsterem. Nie słyszę tutaj ani przez moment lansowania się na bycie sexy gwiazdorem dla teenage gyrls. Słysze natomiast bardziej osobiste teksty Nathana Willetta, więcej żywiołu w perkusji Matta Aveiro i większej pompy w melodiach, która momentami zbliża się podniosłości znanej tylko Coldplay’owi.

W CWK zawsze imponowały mi teksty, bo były „o czymś”. Teraz wokalista i ldier grupy wyszedł z założenia, że ich piosenki muszą opowiadać coś o nich, musi nastąpić ta sama metamorfoza co u R.E.M. Obu kapelom wyszło to na dobre, Mine is Yours jako bardziej osobisty krążek jest świetny. W ten sposób powstał taki Sensitive Kid o intrygującym brzmieniu, z podkładem automatu perkusyjnego i tekstem opowiadającym o licealnych czasach Nathanach tuż po rozejściu się jego rodziców. „My mom’s going out with my best friends’ dad / She talking loud I can’t believe what she said” czy też „They sold the house, left photo albums there”.

Mine is Yours z pewnością jest płyta bardziej dojrzalszą, emocjonalną a także goniąca melodyjność spod znaku nowych KoL i ekipy Chrisa Martina. Wszystkie utwory stanowią ciekawy zlepek melodii, historii i ukrytych znaczeń. Taki Bulldozer buduje świetne napięcie a Skip The Charades przywołuje w mojej głowie wspaniałe wspomnienia, które pod tak krótkim czasie słuchania pojawiły się i zostaną długo tam. Ocena: 8/10

Posłuchaj

Local Natives – Gorilla Manor

Po namiętnym słuchaniu nowej płyty Kanye Westa nadszedł czas na przesłuchanie dokładnie kogoś niszowego, mniej znanego ale już coraz głośniej pojawiającego się w świadomości słuchacza.

Local Natives to propozycja Boo na coraz mocniej dobijająca się wiosnę 2010 do moich drzwi. I mimo, że w latach poprzednich osłuchałem się w freak-folkowych klimatach spod znaku Grizzly Bear, Fleet Foxes czy Yeasayer to Local Natives jeszcze dorzuca swoje 5 groszy. Nie miażdży, ale też nie nudzi. Słychać tutaj dużo wzorców z ostatni alternatywnych kapel. Taki Camera Talk brzmi jak by go żywcem wyrwano z Funeral Arcade Fire a Cubism Dream wraca mnie myślami do 2008 roku i Fleet Foxes. Pomimo, że wiele już zostało powiedziane to oni jeszcze byli w stanie coś dopowiedzieć cytując przy tym starszych kolegów. Całkiem możliwe, że gdyby ta płyta wyszła gdzieś w okresie 2003-2005 to by znalazła się na wielu listach podsumowujących dekady, jednakże z obecnym potencjałem znajdzie się na pewno na wielu listach podsumowujących mijający rok.

Warto zwrócić uwagę na ciekawe melodie, to ich główna zaleta i najmocniejszy punkt, niczym legendarny Szewczenko niegdyś w Milanie. Strzela najwięcej a i też wróci się do tyłu. Ci kolesie serio lajtowo grają. Gitarka bardzo fajnie w tym wszystkim funkcjonuje, a i chyba każdy zwrócił już uwagę na perkusistę, który fajnie sobie tam pyka. Możliwe, że potrzeba trochę więcej czasu by się ostatecznie do nich przekonać, słysząc te wyraźne odwołania do innych może nam się zdawać, że będzie nudno. Jednak warto poświęcić tej płycie trochę czasu a czas, chociaż jest cenny i raz stracony jest nie do odzyskania w tym przypadku nie będzie zmarnotrawiony. Gorilla Manor jest dobrą, melodyjną płytą, niezachodzącą w banał ani zbędny patos, wszystko wydaje się być wyważone. Dostałem dobrą rekomendację i posyłam dalej. Trochę z opóźnieniem, ale wiecie jak jest. Mimo dużych chęci, nie zawsze wychodzi.  Ocena: 7/10.

Posłuchaj Wild Eyes

P.S. Co dostaliście od mikołaja?