Liars – WIXIW

Szósty album grupy pochodzącej z Brooklynu pokazuje, że na zachodzie bez zmian.

Twórczość nowojorczyków można określić jednym słowem: Constans. Liars skrupulatnie od 10 lat wydaje równe, dobre i ciekawe płyty. I tym razem na „WIXIW” udowadniają, że forma ciągle jest.

„WIXIW” nie jest dobry album na ciepłe, letnie dni. Nie jest to też typowa depresyjna muzyka na deszczową jesień. Ciężko jednoznacznie ją zakwalifikować. Odkąd panuje moda na „dziwne granie” takie zespoły jak Liars nie mają problemu znaleźć potencjalnych słuchaczy. Hipsterska plaga łatwo łyka muzykę odstającą, odrzucając jednocześnie melodie popularne. Czemu o tym mówię? Dlatego, że ten album nie jest łatwy do łyknięcia dla przeciętnego słuchacza. To jakaś mroczna, mglista dyskoteka w lesie. Ujadający pies i tym podobne klimaty. Z pewnością dużym plusem jest brzmienie, niosące tą płytę basy rozrywające każdą przeszkodę oraz a może przede wszystkim genialny klimat wytworzony podczas obcowania z tym krążkiem. Różnorakie syntezatory, których jest pełno na tym albumie wzmagają poczucie niepokoju a wokal jakby wydobywający się z piwnicy jeszcze bardziej potęguje to uczucie.

Ciekawą drogą kroczy zespół, jednak nie każdemu przypadnie to do gustu. O ile na poprzednich albumach łatwo było jeszcze znaleźć piosenki nadające się na singla, tutaj jest z tym cholerny problem. Każda brzmi podobnie, żadna nie nadaje się do kręcenia teledysku. Pytanie jednak jest inne, czy to absolutnie przeszkadza w odbiorze „WIXIW”? Oczywiście, że nie. Bo jak wspomniałem wcześniej to jakaś popieprzona dyskoteka w lesie. Zatem bawmy się. Ocena: 7/10.

Sigur Rós – Valtari

Legendarni Islandczycy wracają.

Ciężko jest napisać cokolwiek oryginalnego o Sigur Rós. Islandczycy od ponad dziesięciu lat grają po prostu swoje. Mają na koncie wiele świetnych płyt i jedną kosmiczną: „Ágætis byrjun„, która dla muzyki jest tym czym dla filmu „Obywatel Kane” czy też „Ojciec Chrzestny”. Mimo, że Jonsi solowo błądzi to w zespole zawsze potrafi się odnaleźć. Sigur Rós nie schodzą poniżej dobrego poziomu.

Jeżeli jakimś cudem jeszcze nie słyszałeś tego zespołu to zdecydowanie powinieneś poznać. Wypadałoby zacząć od ich epickiej płyty z 1999 roku, jednak jeżeli ktoś spróbuje ich posłuchać „od końca”, czyli od omawianej „Valtari” to generalnie nic złego się nie stanie. Bo tak na prawdę w stylu zespołu nie wiele się zmieniło. Wciąż porywają nasze serca w ten sam sposób. A jeżeli coś działa to po co to zmieniać? Ich zawsze będzie stymulowało piękno zimnej, niebieskiej Islandii. Nie chciałbym, któregoś dnia przeczytać o tym, że muzycy Sigur Rós przeprowadzili się na Hawaje i kombinują z flamenco.

Chyba większość ma jakieś skojarzenia, ciekawe wspomnienia z tym zespołem w tle. Pewne trasy, widoki z tą patetyczną muzyką w uszach. Ważne lub mało ważne chwile, momenty i wszystko to co każdy przeżył na swój własny sposób. Jestem całkowicie pewien, że „Valtari” również sprawdzi się w tej roli i każdy fan zespołu pokocha ten album. Ocena: 8/10.

 

Odkrycia godne polecenia: Drekoty

Od początku swojej blogowej działalności starałem się promować i wspierać młode polskie zespoły. Pora by te odkrycia z kategorii młodzi, piękni i zdolni jakoś usystematyzować. Stąd „odkrycia godne polecenia”, które będą miały na celu rekomendowanie polskich zespołów, które mają to „coś”. Zacznę od zespoły Drekoty.

Na początek materiał od zespołu:

Drekoty to zespół założony przez Olę Rzepkę, perkusistkę i pianistkę grającą w takich zespołach jak Wovoka, Graal, The Complainer, a dawniej znaną ze współpracy z Pogodno oraz Budyń i Sprawcy Rzepaku. W składzie zespołu obok Oli Rzepki znalazła się Magda Turłaj (vel Karotka znana z Kawałka Kulki) i Zosz Chabiera. Drekoty mają na koncie EPkę Trafostacja, a aktualnie pracują nad materiałem na debiutancką płytę. Pomimo krótkiego stażu, zespół ma na koncie kilka sukcesów. Wystąpił dotychczas m.in. podczas Inauguracji Polskiej Prezydencji w UE w Warszawie, a także zdobył nagrodę za najlepszy utwór wykonany w języku polskim (Poddania) na Festiwalu Gramy 2011 w Szczecinie. Z kolei utwór Masłem doceniony został przez radiową Trójkę, która umieściła go na składance Offensywa 4. Muzyka Drekotów łączy w sobie wiele sprzeczności i niezbyt łatwo poddaje się klasyfikacjom. Akustyczne brzmienie perkusji zderza się z syntetycznym dźwiękiem klawiszy uzupełnianym przez trzy wokale, natomiast pozornie proste i chwytliwe melodie płynnie przechodzą w stylistykę alternatywną.

Teraz coś ode mnie. Przesłuchałem w całości EP-kę zespołu „Trafostacja (II)” i przyznaje, że jestem bardzo ciekawy jak będzie wyglądał debiut grupy. Materiał zgromadzony na tym mini albumie z każdym kolejnym odsłuchem coraz bardziej mi się podoba. Może dlatego, że jestem uczulony na te wszystkie polskie alternatywne zespoły, które sporadycznie prezentują coś oryginalnego? Najczęściej zlewa się wszystko w jedno papkę. Nie w tym przypadku. Zespół Drekoty stosując proste środki osiąga dość ciekawe efekty. Ciężko nazwać ich kompozycje rozbudowanymi. Jednak przy takich zdolnościach perkusyjnych jakie prezentuje Ola Rzepka, które wspomagane są przez melodyjne wokale pań oraz klimatyczne klawisze to całkowicie nie przeszkadza. Można powiedzieć, że jestem oczarowany i mile zaskoczony.

Póki co jest fajnie. Mam nadzieję, że debiutancka płyta, która ma się pojawić w najbliższym czasie będzie na podobnym, dobrym poziomie. Słuchając wciągającego „Masłem”, hipnotyzującego „Trafostacja” czy też żywiołowego „Oścież” nie mam wątpliwości, że będzie dobrze. Sceptyczne nastawienie zamieniło się w zaciekawienie oraz wielokrotne odtwarzanie Trafostacji. Chcę przesłuchać więcej, a Wy?. Ocena: 6/10.