Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.

Muzyczne zaległości z 2025

Klasycznie już o tej porze zamieszczam małe zestawienie wydawnictw o których nie zdążyłem napomknąć na łamach bloga, a myślę, że warto to zrobić. Miłej lektury, a niebawem na blogu podsumowanie muzyczne i wchodzimy na pełnej petardzie w rok 2026.

Dijon – Baby. „Baby” to drugi w dorobku album Diojna Duenasa. Amerykański wokalista to istny człowiek renesansu. Poza śpiewaniem zajmuje się muzyczną produkcją, aktorstwem, tworzeniem piosenek oraz jest multiinstrumentalistą. Debiutował w 2021 roku za sprawą „Absolutely„, jednak to za sprawą tegorocznego „Baby” rozbił bank. Pozytywne opinie w najważniejszych muzycznych serwisach z Pitchforkiem, NME oraz AllMusic na czele. A co najważniejsze odbiór publiczności także był wysoki, ocena 94/100 na metacritic nie wzięła się znikąd. Ten co prawda krótki materiał (Całość trwa trochę ponad 37 minut) to zestaw przejmujących i zapadających w pamięć utworów z pogranicza soulu, R&B oraz eksperymentalnego popu. „Baby” to muzyczny koktajl, który na myśl przywołuje takich artystów jak Bon Iver, Frank Ocean, Prince’a czy też D’Angelo. I w odniesieniu do ostatniego nazwiska jest to najbardziej znaczące, bo okazuje się, że po śmierci Micheale Archera mamy już jego godnego następce. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Stojący za tym projektem, pochodzący z Bostonu Daniel Lopatin jest dobrze znany polskiej publiczności związanej z muzyką elektroniczną. Oneohtrix Point Never występował podczas OFF Festiwalu, Tauronu Nowa Muzyka Katowice, festiwalu Unsound czy też Sacrum Profanum. Jako producent muzyczny współpracował z takimi artystami jak James Blake, Charli XCX, The Weekend, FKA Twigs czy też Iggy Pop. Na scenie muzycznej działa nieprzerwanie od 2007 roku, w tym czasie wydał 11 albumów studyjnych. Za jego najlepszy krążek uważa się wydany w 2011 roku album „Replica„, jednak tegoroczny „Tranquilizer” już teraz pojawia się w większości muzycznych list końcowych. I trudno się nie zgodzić, bo Daniel Lopatin, wciąż potrafi nas zaskoczyć swoją twórczością. „Tranquilizer” to album mocno równy, i pięknie eksplorujący ambient oraz muzykę elektroniczną. Słuchając jego czujemy się jakby nasz umysł podróżował w najprzeróżniejsze miejsca, a dźwięki klawiszy potrafią wprowadzić nas w stan relaksu. I to jest najważniejsze przy tym krążku, że jest to muzyka, która swoją ciekawością potrafi nas rozprężyć. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Geese – Getting Killed. Stojący za tym projektem Cameron Winter działa na scenie muzycznej od 2016 roku. W tym czasie Geese wydało cztery albumy długogrające. Jednak dopiero tegoroczny „Getting Killed” pozwolił zespołowi z Nowego Jorku wypłynąć na szerokie wody. Pojawił się na listach podsumowujących rok najważniejszych muzycznych serwisów, zyskał wiele pozytywnych recenzji od krytyków jak i publiczności, a także zaznaczył swoją obecność na listach sprzedażowych. Pierwsze skojarzenie przy słuchaniu Geese jest takie, że falset Camerona Wintera łudząco przypomina ten od Thome’a Yorke’a. Jest to z pewnością zaleta, ale także momentami może działać na niekorzyść. Jednak poza wokalem na „Getting Killed” muzyka także się broni. Ten trwający co jedna piłkarska połowa materiał to przede wszystkim muzyka gitarowa z pogranicza rocka alternatywnego, folku i indie rocka. Cameron Winter dużo inspiracji brał od muzycznych legend takich jak: Lou Reed, Tom Waits, Bob Dylan czy też Leonard Cohen. I to słychać na tym albumie, że nie stara się być nowoczesny, tylko wraca do starych, rockowych dziejów. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Urodzony w Portoryko Benito Antonio Martínez Ocasio to w ostatnim czasie głośne nazwisko. Zwłaszcza za Oceanem. Przyznam szczerze, że nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż nie jestem na bieżąco z amerykańskim (a zwłaszcza tym latynoskim) mainstreamem. W każdym bądź razie nie zagłębiając się w szczegóły zły królik to celebryta za Oceanem, i z całą pewnością nie jest to żaden debiutant, gdyż „Debí Tirar Más Fotos” to już jego szósty album. Dlaczego o nim wspominam? Trochę z nakazu serwisów pokroju Pitchfork czy też AllMusic, jednak po sprawdzeniu tego albumu muszę przyznać, że ta muzyka się broni. Ci co śledzą mój blog, wiedzą, że piszę o różnorakich gatunkach muzycznych, jednak jeżeli chodzi o latino-trap jest to chyba mój debiut. Ta płyta jednak przypadła mi do gustu od pierwszego odsłuchu. Mieszanka trapu, r’n’b, salsy czy też reggeatonu brzmi tu niezwykle prawdziwie. I mimo, że to był najmroźniejszy grudzień do lat, to przy tym albumie czułem się jakby były wakacje pod palmą. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

ROSALIA – Lux. Nie porzucając latynoskich klimatów, pora poświęcić klika słów innej popularnej płycie zeszłego roku. Mowa o czwartym studyjnym albumie „Lux” w wykonaniu hiszpańskiej wokalistki Rosalii. Co tutaj dużo mówić? Album nagrany z ogromnym rozmachem. Wystarczy spojrzeć na listę osób, które brały udział przy tworzeniu tego albumu. Bjork, Pharrell Williams, Charlotte Gainsbourg, Daniel Wilson, The-Dream czy też Orkiestra Symfoniczna z Londynu. Album nagrywany w dziesięciu studiach muzycznych na obu kontynentach w dwunastu językach. Jednym zdaniem: „Mieli rozmach skur…„. Ale opłaciło się, bo album rozbił bank. Czołówka odtworzeń na Spotify, praktycznie wszędzie płyta roku i dużo rozgłosu w mediach… Nawet w tych polskich, za sprawą kręcenia teledysku w Warszawie do piosenki „Berghain„. A jakie są moje odczucia? Szczerze powiedziawszy, gdy pominie się tą całą otoczkę to są bardzo przeciętne. Nie wbił mi się w pamięć ten krążek, chyba jest jednak przerost formy nad treścią. Nie jest to też totalny niewypał, po prostu Rosalia mnie tutaj nie porwała. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Blood Orange – Essex Honey. Przyznam szczerze, że zapomniałem nieco o Brytyjskim artyście. Devonté Hynes ukrywający się pod szyldem Blood Orange ostatni swój longplay wydał w 2018 roku, czyli 7 lat temu. W obecnym świecie muzycznym jest to wieczność. Jednak warto było czekać, bo jego najnowszy, piąty w kolekcji długograj to album WYBITNY pod każdym względem. Przede wszystkim kompozycyjnym, gdzie każdy kolejny track skrada show. Trwający nieco ponad 46 minut „Essex Honey” to materiał poruszający się pomiędzy Alt Popem, jazzem a R’n’B. Jest Melancholinie, wręcz introwertycznie, retrospektywnie oraz intymnie. To duża zmiana w porównaniu do poprzednich płyt, gdzie Pan Hynes po prostu bawił się muzyką i kombinował z funkiem oraz soulem. Wrażenie robi bogata lista gości, gdzie znajdziemy takie nazwiska jak chociażby: Lorde, Caroline Polachek czy też Brendan Yates z zespołu Turnstile. Mam wrażenie, że to najlepszy materiał jaki nagrał Blood Orange do tej pory. Oczywiście cenię jego poprzednie dzieła, ale w tej odsłonie przemawia do mnie totalnie! Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Dystymia – Klatki. Pora na trochę lokalnego, despresyjnego grania gitarowego z Mikołowa. Dystymia to projekt muzyczny, który powstał w 2021 roku. Skład zespołu to Kamil Rykowski (wokal), Mateusz Palka (gitara), Patryk Brzęk (gitara basowa oraz wokal) oraz Paweł Jarczyk na bębnach. Po raz pierwszy o nich wspominałem w grudniu 2023 roku przy okazji wydania EP-ki „Wszystko zostało już powiedziane„. Wtedy urzekli mnie inspirowaniem się moim ukochanym Kombajnejm Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na tegorocznej EP-ce „Klatki” już tych inspiracji nie słychać tak wyraźnie. Całość zaczyna energiczny „Sen jak każdy inny„, gdzie gitara przywołuje mi na myśl inny legendarny polski zespół – Muchy (Zwłaszcza z okresu wydania „Notorycznych Debiutantów”). W pozostałych utworach, zwłaszcza „M.A.” te skojarzenia dalej ze mną pozostają. Najmniej „muchowe” wydaje mi się jedynie „Dystymia„, która uderza w nieco inne tony. Nowością jest śpiewnie jednego, ostatniego utworu w języku angielskim. Jednak nie bez powodu jest to chyba ostatni utwór na tym krótkim wydawnictwie, „Ask yourself” jest bowiem jego najsłabszym ogniwem. Doceniam inspirowanie się śmietanką polskiego niezalgrania, jednak wciąż mi tutaj brakuje tego czegoś, swojego. Ale jak to mówią, szukajcie, a znajdziecie. Wydaje mi się, że jest to już coraz bliżej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.