Ścieżka dźwiękowa końca świata – recenzja EP-ki „At Work in the Fields of the Bomb” Deafheaven

Okazuje się, że George Clarke podczas koncertu Deafheaven na OFF Festivalu w Katowicach nie rzucał słów na wiatr. Obiecał nowe wydawnictwo niebawem i jak się okazało to niebawem wcale nie było rokiem ani dwoma latami, jakby można było się spodziewać. Trochę ponad tydzień temu ukazała się EP-ka od chłopaków z San Francisco o tytule: „At Work in the Fields of the Bomb„. I było to spore zaskoczenie, gdyż zespół dawał tylko lekkie informacje o tym, że coś nowego się pojawi. Nikt też nie oczekiwał nowego materiału, zwłaszcza, że rok temu ukazał się ich ostatni album „Lonely People with Power„. No, ale jak to się mówi – dobrego, nigdy dość. A nowa EP-ka jest zupełnie inna niż to co wcześniej grali chłopaki i zaskakująca dobra!

Zacznijmy jednak od początku. Tytuł płyty nawiązuje do książki fotograficznej „At Work in the Fields of the Bomb” autorstwa Roberta Del Trediciego z 1987 roku. Publikacja dokumentowała ludzi i miejsca związane z produkcją broni jądrowej. Według opisu towarzyszącego wydawnictwu, Deafheaven interesuje przede wszystkim niepokojący kontrast między niewyobrażalnymi konsekwencjami użycia broni atomowej a codziennością ludzi i instytucji uczestniczących w jej wytwarzaniu. Chodzi zatem o odpowiedzialność, mechanizmy systemowe i decyzje, które mogą prowadzić do nieodwracalnych skutków.

Przejdźmy teraz do najważniejszego, czyli muzyki. Jest to EP, czyli nie otrzymujemy pełnego długograja. „At Work in the Fields of the Bomb” to trzy utwory, trochę ponad 20 minut materiału. Uwierzcie jednak, że ten czas w zupełności wystarcza by odwrócić wszystko do góry nogami. Muzyczna apokalipsa jądrowa rozpoczyna się od utworu „Hunter„, który już od pierwszych sekund mówi nam prosto w twarz: „BLACKGAZE” się skończył. Dostajemy pełnokrwisty black metal, a zespół już nigdy się nie zbliży do albumu „Infinite Granite” z 2021 roku. Szybka perkusja, ostre riffy gitarowe, charakterystyczny krzyk George’a Clarke’a i rozbudowane partie syntezatorowe tworzą ciężką, monumentalną konstrukcję. Szczególnie interesujące jest wykorzystanie chóralnych brzmień klawiszowych, przywołujących symfoniczny black metal lat 90. Warto zwrócić uwagę na precyzję sekcji rytmicznej oraz na to, jak drobne zmiany riffów i tempa budują napięcie bez potrzeby wprowadzania łagodniejszych fragmentów. Jednym słowem, WOW. Człowiekowi momentalnie przypomniał się Deafheaven w momencie wydania utworu „Black Brick„.

Następnie otrzymujemy „Three Princes„, które jest muzycznym interludium i ma za zadanie rozdzielić dwa najbardziej intensywne utwory. Jego rola polega przede wszystkim na zmianie perspektywy i chwilowym wyciszeniu narracji. I wtedy pojawia się ON, Godzilla wśród utworów Deafheaven – „Sorry Laid the Hearth„. Prawie trzynaście minut istnego, epickiego rozpierdolu, który z każdą sekundą trwania staje się coraz bardziej intensywny. Do tego stopnia, że ostatnia partia tego utworu niebezpiecznie balansuje na granicy słuchalności. Zamiast oczekiwanego emocjonalnego rozładowania pojawia się narastające poczucie przytłoczenia. Jednak wiecie co? Gdy całość się kończy, to mamy potrzebę wrócić do tych emocji. Mimo, że ten materiał na prawdę jest przytłaczający.

Co oznacza wydanie tej EP-ki w kontekście twórczości Deafheaven? Z jednej strony wszyscy ich pokochaliśmy za tą piękną umiejętność łączenia black metalu z shoegaze. Ten tak zwany BLACKGAZE to ich znak rozpoznawczy i nie łatwo byłoby mi się pogodzić, gdyby porzucili ten styl. Z drugiej jednak strony „Black Brick” i tegoroczną EP-ka dzielnie udowadniają, że ostrzejsze granie także ma sens i można w ten sposób wiele przekazać. Póki co czekam na rozwój wydarzeń i tak tylko przypomnę, że poza obietnicą nowej muzyki George Clarke w Katowicach obiecał także rychły powrót do naszego kraju na koncert. A „”At Work in the Fields of the Bomb” jest zarazem piękne, wciągające i niepokojące. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.