Knocked Loose + Deafheaven, Kraków, 18.02.2024

A więc stało się! W końcu doczekałem się występu Deafheaven w Polsce. Co prawda kalifornijska grupa grająca blackgaze występowała w naszym kraju kilka razy, jednak nie udało mi się zobaczyć żadnego z tych występów. Ostatni raz w 2018 roku, przy okazji promocji albumu „Ordinary Corrupy Human Love” Deafheaven grali w Warszawie i Poznaniu. Jednak zniechęciła mnie wtedy odległość i niemożliwość zebrania ekipy na te koncerty. Uznałem wtedy, że na pewno będzie niebawem ponownie możliwość zobaczenia ich live. I tak minęło 6 lat! Dlatego, gdy tylko dowiedziałem się, że pojawią się w lutym w Krakowie to muszę tam być, co by się nie działo.

Pomimo tego, że ponownie nie udało mi się znaleźć nikogo do towarzystwa na koncercie (SERIO NIKT NIE LUBI POŁĄCZENIA BLACK METALU Z SHOEGAZE?!?!?!?!) a Deafheaven przyjechało do Krakowa jako gość specjalny na trasie Knocked Loose to bilet kupiłem od razu, jak tylko wyskoczyło info o tym gigu. Na szczęście wydarzenie miało miejsce w dość bliskim Krakowie i w dzień weekendowy. Spakowałem się w auto i ruszyłem, a o tym jak było dowiecie się poniżej.

Trochę nie rozumiem, dlaczego taki zespół jak Deafheaven gra taki trochę lepszy support przed takim zespołem ja Knocked Loose? Podejrzewam, że jest to coś w stylu kumpelskiego układu w celu pomocy zainteresowania szerszą pulę ludzi tą trasą. Krakowski koncert był 3 na liście po Paryżu i Haarlem, a grupa miała jeszcze zwiedzić kilka europejskich miast takich jak Mediolan, Praga, Wiedeń, Berlin czy też Londyn. W trasę udał się także zespół Headbussa, który występował przed Deafheaven równe pół godziny. Niestety moja podróż do Krakowa nieco się przedłużyła, dlatego zdążyłem zobaczyć samą końcówkę tego metalowego występu. Jednak to nie było ważne w tym momencie, bo przyjechałem zobaczyć Deafheaven. Mieli zagrać 45 minut i tyle czasu spędzili na scenie. Setlista: 5 utworów i składała się z utworów z albumów: „Sunbather” oraz „New Bermuda„. Z jednej strony szkoda, bo liczyłem na nowsze utwory, ale z drugiej rozumiem ten wybór. Grupa dostosowała się do metalowego towarzystwa i taki też zestaw zaprezentowała.

Na pierwszy ogień poszło „Brought to the Water„. Początkowe dźwięki dzwonów szybko przerodziły się w mocne, szarpane brzmienie gitar. Zwalający z nóg początek od razu rozwiał moje nadzieje na usłyszenie tego dnia śpiewającą wersję Gerorge’a Clarke’a. No, ale jak wspominałem Deafheaven gra blackgaze, dlatego co jakiś czas wkradały się tutaj elementy bardziej melodyjne i przyjazne dla ucha nietolerujące metalu. Następnie wjechał trwający ponad 10 minut „Sunbather” z płyty o tej samej nazwie. Dla wielu jest to ich najdoskonalsze dzieło, a płyta, która obchodziła w minionym roku swoje 10-lecie nawet doczekała się specjalnej trasy z tej okazji. Środek występu to „Gifts for the Earth„, które jest ostatnim utworem na albumie „New Bermuda„. Schemat pozostał ponownie ten sam, totalny metalowy rozpiździel z wstawkami bardziej melodyjnymi. Swoją drogą, gitarowy mózg grupy Kerry McCoy pięknie tego dnia serwował nam delikatne i poruszające gitarowe wstawki. Jedynym nowym utworem zagranym w Krakowie jest nie znajdujący się na żadnej płycie „Black Brick„. Jest to typowy, metalowy kawałek, którzy fani i recenzenci odebrali jako pożegnanie grupy z tego typu graniem, gdyż zaraz po nim ukazało się dream-popowe i shoegazowe „Infinite Granite„. Koncert został zwieńczony „Dream House„, czyli prawdopodobnie najlepszym utworem w dorobku grupy i stałym punktem ich koncertowych setlist. Młyn niczym oko cyklonu nabrał większych rozmiarów, a telefony poszły w ruch z większą intensywnością.

Było już czuć zmęczenie po tych intensywnych 45 minutach, ale chłopaki dali radę. Pomimo, że nie usłyszałem znacznej ilości swoich ulubionych utworów Deafheaven, przepłaciłem za słabej jakości koszulkę z nadrukiem okładki płyty „Ordinary Corrupt Human Love„, koncert trwał tylko 45 minut i był tylko wstępem do innego koncertu to było PIĘKNIE. Oczywiście, będę na pewno chciał jeszcze zobaczyć grupę LIVE by zobaczyć ich w pełnym wymiarze i z nowym materiałem. Na koniec jeszcze słów parę o Knocked Loose, bo to oni w końcu byli gwiazdą dnia. Generalnie próbowałem dać im szansę i słuchałem ich utworów przed koncertem. Jednak tego dnia zupełnie mnie nie ukradli, gdyż wciąż przeżywałem występ Deafheaven. Nie grali źle, ale to nie był totalnie mój klimat i moja drużyna.

10 Najlepszych płyt 2021 roku

Prawdę powiedziawszy nie słuchałem w minionym roku za wiele nowej muzyki. Pewien wewnętrzny obowiązek i wieloletnia tradycja nakazuje mi rozpocząć nowy rok klasycznym muzycznym podsumowaniem. Dlatego też zestawienie to będzie mocno subiektywnym zlepkiem płyt, które po prostu najwięcej mi towarzyszyły w minionych 12 miesiącach. A postanowienie na nowy rok? Takie jak zawsze. Więcej słuchać dobrej muzyki i więcej nią się dzielić na blogu. Mam nadzieję, że w 2022 roku spotkamy się tutaj jeszcze wiele razy.

10. Rysy – 4 Get. Rysy zachwycały mnie już w 2015 roku, jednak kolejny ich krążek ukazał się dopiero 6 lat po debiucie. Warto było czekać bo to porządna dawka muzyki elektronicznej. W tym roku sporo słuchałem techno, jednak to Rysy najbardziej mnie urzekły. Producencki duet z Warszawy ma talent to mieszania gatunków, gdyż za sprawą występów gościnnych otrzymujemy ciekawą mieszankę z pogranicza techno, popu i alternatywy.

9. Dry Cleaning: New Long Leg. Jeden z ciekawszych debiutów tego roku. Brytyjski band zabiera nas w podróż po historii post-punku, dodając wiele od siebie. Myślę, że warto dodać do ulubionych.

8. Playboi Carti – Whole Lotta Red. Tego typu rapsy coraz mniej mnie porywają. Ogólnie rap nie stał u mnie wysoko w tym roku, jako gatunek. Nie mniej propsuje. Bo to esencja, która zahacza o coraz szersze kręgi. A sam Playboi Carti może z czasem wyrosnąć na ciekawą postać na zachodniej scenie muzycznej.

7. Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Del Rey Lana musiała się zmierzyć z legendą swojej ostatniej płyty. Wciąż wracam do „Norman Fucking Rockwell!” bo to absolutny już klasyk Pop. Jej następczyni niestety nie przebija NFR, ale nie ma co się łudzić. To było zadanie nie do wykonania. Nie mniej wokalistka wciąż ma to coś.

6. Lost Girls – Menneskekollektivet. O norweskim duecie Jenny Hval – Håvard Volden nie było okazji wspomnieć na blogu. Mimo, że „Menneskekollektivet” to debiutancki krążek to słuchając go ma się wrażenie, że z Lost Girls znamy się już od lat. Niby tylko 5 utworów, ale całość trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Jest psychodelicznie, nieco transowo, mrocznie, czasami dziwnie. Jak to na Skandynawii. Ja nie byłem, ale znam kogoś kto był i opowiedział to i owo. Dobra opcja na długie wieczory, dopasuje się, ale nie poprawi zimowej chandry.

5. The War on Drugs – I Don’t Live Here Anymore. Wydawało mi się, że zespól z Filadelfii pozostanie bandem jednej płyty. Szumu wokół „Lost in The Dream” było sporo, ale w końcu ustał. Zespołowi jednak udało się powrócić. I wiecie co? Ten nowy album wydaje mi się nawet lepszy niż, ten mocno hajpowany z 2014 roku…

4. Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost. Wydaje mi się, że Gregory Okonma nieco spuścił z tonu w tym roku. Jednak może mi się tylko wydawać, gdyż jego ostatnie albumy „Igor” czy też „Flower Boy” to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Nie można wiecznie nagrywać najlepszych płyt, ale to, że wciąż jest w czołówce wiele o nim mówi.

3. Wczasy – To Wszystko Kiedyś Minie. Ładnie nam duet Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło rozwinął się w minionym czasie. Już ich wczesne utwory i cała płyta „Zawody” pokazywały, że chłopaki potrafią w dobre, proste melodie. Wciąż jest śmieszno-smutnie, czyli w sumie tak jak najbardziej lubię. Bo kto mieszka w Polsce to z cyrku się nie śmieje, ale już słuchając tekst „Polska (serce rośnie)” może lekko się uśmiechnąć. Albo może uronić łzę? Sam nie wiem. W 2021 też tylko rzucałem kamyki do jeziora i nie byłem na wyprawie katamaranem, także kumam te klimaty. No, ale chłopaki obiecują, że to wszystko kiedyś minie. Pozostaje zaufać, że tak będzie.

2. Deafheaven – Infinite Granite. W minionym roku grupa z San Francisco często u mnie gościła w głośnikach. A ich rodzime miasto nadal jest w mojej czołówce miast za oceanu, które chciałbym odwiedzić. Można więc powiedzieć, że z Deafheaven mam sztamę. Pomijając jednak całą moją sympatię do chłopaków to uważa, że obrali właściwy kierunek na „Infinite Granite„. Ich blackgaze to coraz więcej shoegaze i post rock niż black metal i screamo hardcore. Co prawda lubię jak grają „ostro”, darcie ryja, podwójna stopa i te klimaty są dla mnie OK, jednak skoro mają potencjał w ładne melodie, to czemu nie?

1. Slowthai – TYRON. Pierwsze półrocze należało do angielskiego rapera. Singiel „Feel Away” wałkowałem na okrągło. Aż żona mi ciągle mówiła: „Znowu oglądasz ten teledysk, gdzie zjadają bobo z ciasta?” No, ale jak tu nie słuchać jak to taka piękna i zajebista piosenka za razem? Pozostałe też nie są gorsze, zwłaszcza te nagrane ze Skeptą i Rakimem Mayersem, znanym szerzej jako A$AP Rocky. Generalnie, za sprawą „TYRONA” doceniłem mocniej Slowthaia i zapoznałem się lepiej z jego wcześniejszą twórczością. Warto, gdyż facet ciągle się rozwija. No i mimo, że jest bardzo bezpośredni, to chyba nie da się go nie lubić.

Ostateczna transformacja Deafheaven – recenzja „Infinite Granite”

O romansach mniejszych i większych z dream popem i shoegaze grupy Deafheaven wiedzieliśmy od zawsze. Już na „Sunbather” zespół dawał znaki, że muzyka spod znaku My Bloody Valentine im się podoba. Jednak do tej pory to wszystko było zasłonięte grupą warstwą black metalu. Przy okazji wydania „Ordinary Corrupt Human Love” grupa z San Francisco pokusiła się o większą dawkę „lajtowych” utworów i wydawało się, że całkowite odejście od ciężkiego brzmienia to kwestia czasu. I tak też się stało, gdyż ich najnowsza propozycja „Infinite Granite” ma z metalem tyle samo do czynienia co „Sunbather” z muzyką Slowdive.

Są ostrzejsze momenty, jednak gdyby ująć to w matematycznych proporcjach to wynik by oscylował w granicy 90-10 na korzyść shoegaze. George Clark zaczął „normalnie” śpiewać, Kerry McCoy łaskotać nasze uszy spokojnymi riffami a podwójna stopa została zdemontowana z zestawu perkusyjnego i schowana na strychu w domu Daniela Tracy’ego. Kompozycję wciąż pozostały rozbudowane, gdyż utwory trwają w granicy 6-8 minut. Jednak największą zmianą jest gatunek muzyczny. Teraz można już oficjalnie nazwać Deafheaven zespołem z pogranicza dream popu i shoegaze. Całkiem możliwe, że na serwisach metalowych już nie znajdziecie informacji o ich koncertach w Polsce 😉

Czy zespół zrobił dobrze obierając tą drogę? Oczywiście, że tak. Już od dawna obserwowaliśmy ich podążanie w tym kierunku, dlatego też nie jest to wielkie zaskoczenie. Co więcej grupa z zachodniego wybrzeża USA idealnie się w tych klimatach odnajduje. Co w dobry sposób udowadnia opisywany album. „Infinite Granite” to płyta wyśmienita. Już od pierwszych dźwięków „Shellstar” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Dalej tylko nas Deafheaven w tym utwierdzają. „In Blur” to podróż w modne w ostatnim czasie lata 90 a „Great Mass of Colour” pięknie buduje napięcie. Pociesze fanów metalowej strony grupy, że ostrzejsze momenty znajdą na „The Gnashing” oraz „Villain„. „Other Language” ładnie się rozkręca z każdą sekundą trwania a całość dopełnia nieco senne „Mombasa”, które przy końcu potrafi nas jeszcze kopnąć.

Podsumowując, najnowszy krążek grupy Deafheaven to oczekiwane przejście na lżejszą stronę muzyki. Grupa pomału odcina się od metalowego dziedzictwa na rzecz wpływów grup shoegazowych z lat 90 i wychodzi na tym bardzo dobrze. „Infinite Granite” to płyta melodyjna, dbająca o detale brzmienia, czerpiąca pełnymi garściami z osiągnięć takich bandów jak chociażby Slowdive czy My Bloody Valentine. Co prawda lubiłem, gdy Clark i spółka zagrali z „pierdolnięciem” i takie momenty jeszcze tutaj znajdziemy, jednak nowe oblicze grupy bardziej do nich pasuje. Ode mnie 9/10, trochę na zachętę by nie tracili werwy i dalej robili swoje.