SoundQ – Barbarians

SoundQPierwsze skojarzenie po pierwszym kontakcie z albumem „Barbarians” grupy SoundQ to – polskie Nine Inch Nails. I jest w tym trochę prawdy, aczkolwiek nie do końca. Jedno jest jednak pewne debiut krakowskiej grupy to jedno z lepszych muzycznych propozycji w tym roku jakie słyszałem. SoundQ po raz pierwsze dało się usłyszeć w 2010 roku za sprawą EP-ki „Cargo Planes”. Na swoje konto mogą zapisać występy na festiwalu Audiorivier czy też support przed występem Jessie Ware. Jednakże po przesłuchaniu ich debiutanckiego LP jestem pewien, że najlepsze dopiero przed nimi.

Odnośnie „Barbarians” należy wspomnieć nazwisko producenta – Dana Bergstranda, który wcześniej współpracował m.in. z Behemothem czy też Messhugah. Zamiłowanie do ciężkiej muzyki jest słyszalne na debiucie SoundQ pomimo tego, że muzyka Kuby Kubicy i ekipy obraca się w rytmach elektroniki, alternatywnego popu czy też indie. Początek za pomocą tytułowego „Babarians” brzmi nieco mrocznie, głównie za sprawą spokojnego wokalu, elektronicznych wstawek i sampli urwanych prosto od Dead Can Dance. I kiedy wydawać by się mogło, że płyta będzie pociągnięta dalej w stylu dokonań Nine Inch Nails nagle okazuje się, że dalsze utwory prezentują odmienną, różnorodną stylistykę. Następny w kolejności „Elephants Graveyard” to typowy elektroniczny kawałek z power-popowym refrenem i synthami, których pozazdrościć by mogli kolesie z Pendulum. Perełką na płycie jest trzeci utwór „Five Finger Fillet”. Początek nawiązuje do nowojorskiej sceny lat 70. za sprawą użytego puzonu, saksofonu altowego i trąbki jednak utwór szybko przemienia się w energiczny, indie kawałek oparty na fajnej gitarze. Wisienką na torcie jest też jego jazzowe zakończenie. Brzmi to może  absurdalnie, jednak zmienicie zdanie gdy przesłuchacie ten utwór dokładnie.

barbariansW dalszej kolejności mamy powrót do psychodelicznych brzmień w „Beatrice”, taneczność „Cargo Planes” (w którym uwagę przykuwa zimna, interpolowa gitara na końcu) a także Kraftwerkowy wstęp do utworu „Ronnie”. Ładnie rozkręca się z biegiem czasu „Idiot Boy” (Co jest pewnego rodzaju schematem utworów SoundQ) a „The Ritual” niebezpiecznie zahacza o muzykę techno. Kończący całość „Ponad Dachami Hayle” to jedyny utwór na krążku odśpiewany w ojczystym języku muzyków. Oparty na dźwiękach syntezatorów i pianina stanowi senne zakończenie „Barbarians”.

Album wydany przez Wytwórnię Krajową stanowi ciekawą pozycję na rodzimym rynku muzyki alternatywnej, gdzie widoczne są zapędy podboju rynków zagranicznych. Oczywiście album nie jest pozbawiony wad. Momentami czuć  nudę, płyta wydaje się być nierówna (początek znacznie lepszy niż końcówka) oraz ciężko mówić w tym momencie o własnym, wypracowanym stylu kiedy to utwory brzmią jak zlepek motywów innych zespołów. Pomimo tego SoundQ nadrabia produkcją na wysokim poziomie, różnorodnością i fajnym łączeniem różnych motywów jak w „Five Finger Fillet” czy też tytułowym „Barbarians”. Trzymam kciuki i będę was wypatrywał za rok na Openerze czy też Offie a jeszcze później na zagranicznych scenach. Ocena: 7/10.

Daft Punk – Random Access Memories

daft-punk-ramOceny i skala hajpu jaka towarzyszy najnowszej płycie Daft Punk wskazują na dwa problemy. Po pierwsze kwestia wpływu korporacji medialnych, wielkich wytwórni i promotorów na postrzeganie muzyki. Trochę razi w oczy różnica w ocenach „Random Access Memories”. Blogerzy i portale niezależne tworzone przez fanów znacznie niżej oceniają najnowszy materiał francuskiego duetu od poratali pokroju Pitchfork. Nie chciałbym sugerować „opłacanie” recenzentów, ale tak to wygląda z mojej perspektywy. Inny problem ma wymiar psychologiczny i jest nim tęsknota za „wielkimi płytami wielkich artystów”, których brakuje od paru lat. Kiedyś byli Beatlesi, Stonesi, Bob Dylan, Led Zeppelin, Nirvana. Dziś trudno znaleźć zespół o którym można by powiedzieć za 20-30 lat – KLASYKA.

Daft Punk jest trochę na siłę wciskany jako WIELKI POWRÓT WIELKIEGO ZESPOŁU. Owszem album „Discovery” z 2001 roku to arcydzieło, które na długo zostanie pamięci słuchaczy. Jednak najnowszy materiał ma się nijak do płyty wydanej 12 lat temu. Po wielokrotnym przesłuchaniu „Random Access Memories” mogę stwierdzić, że jest to pozycja co najwyżej przyzwoita. Nowa płyta Daft Punk jest okropnie nie równa, przewidywalna, momentami nudna. Powtarzające się hasła mówiące „give life back to music” czy też „muzyka przyszłości” pokazują smutną prawdę przerostu formy nad treścią. Przez te wszystkie godziny obcowania z tą muzyką ani razu nie spotkałem się z niczym nowatorskim, przyszłościowym, świeżym. Zamiast futuryzmu, który miał stanowić nie podważalny powód dla zajebistości RAM mamy kolejny skok w tył do lat 70. i 80. Jedynym novum wydaje się teatralność „Beyond”. Poza tym jaka jest różnica pomiędzy „Get Lucky” a „Lose Yourself to Dance”? I jeszcze ta kosmiczna końcówka „Contact”.

daftpunkrandomOk trochę narzekam a przecież mówiłem, że to przyzwoita płyta. Owszem jest tutaj kilka dobrych momentów. Po pierwsze „Giorgio by Moroder”. Ciekawie skonstruowana piosenka, fajna linia melodyjna, gadka Giorgio mimo, że momentami przesadzona to pasuje a rozpierdol w końcówce jest epicki. Chyba najlepszy utwór na płycie. Po drugie „Get Lucky”, które mimo, że jest okropnie podobne do „Lose Yourself to Dance” to jest to idealny utwór na lato. Jest hicior – jest impreza. Po trzecie „Fragments of Time” z gościnnym udziałem Todda Edwardsa to bardzo przyjemna piosenka, która chyba jako nieliczna nie jest obciążona tym całym patosem i napinką RAM. Czwarty i ostatni powód na tak to „Doin’ it Right” z Pandą Bearem. „Random Access Memories” ma bogata listę featuringów, jednak to udział muzyka Animal Collective najlepiej zrobił tej płycie.

Podsumowując 13 piosenek, 4 głosy za, 3 przeciw. Reszta się wstrzymała. „Random Access Memories” to album przyzwoity z kilkoma dobrymi utworami. Dlatego też towarzyszący jej hype jest znacznie przesadzony. Z drugiej strony nie ma też co zbytnio przesadzać z zbyt krytycznymi uwagami. Myślę, że najlepiej RAM oceni czas. Póki co ocena: 6/10.

!!! – Thr!!!er

thr!!!er!O rzeczach dobrych, acz nie idealnych.

Sympatii do !!! nigdy nie ukrywałem odkąd usłyszałem ich podejście do transowego, roztańczonego indie rocka na „Myth Takes”. Niestety „Strange Weather, Isn’t It” był albumem takim sobie, do którego nigdy od 2010 roku (czyli roku wydania) nie wróciłem. „Tyr!!!er” póki co wydaje się być trochę lepszy. Grupa zdecydowanie jest teraz bardziej popowa aniżeli indie rockowa. Brakuje długich, rozciągniętych, psychodelicznych otworów, które uważałem zawsze za najmocniejszy punkt chk chk chk. Mimo, że płyta bez nich wydaje się króciutka to w jakiś tam sposób wciąga.

Po raz kolejny jest tanecznie, zwłaszcza dzięki takim utworom jak: „One Girl/One Boy” czy też „Fine Fine Fine”. Nie zabrakło także starych patentów wykorzystanych w „Slyd” oraz „Except Death”. Mam tutaj namyśli przede wszystkim klimat starych nagrań, falsetowy wokal ozdobiony damskim, transową perkusję. Jest i trochę zabawy z elektroniką w „Careful” jak i standardowe handclapping w najbardziej indie rockowym na płycie „Station (Meet Me At The)”.

Ogólnie dobra płyta na ciepłe majowe grille, wielkiej imprezy z tego nie będzie, ale miłe spotkanie towarzyskie już jak najbardziej. W odróżnieniu od swojej poprzedniczki  „Thr!!!er” jest bardziej popowe i urozmaicone. To może być zwrot we właściwym kierunku dla zespołu, który w ciekawy sposób łączy muzykę taneczną z indie rockową. Nie zaszkodzi posłuchać, nie raz słuchało się gorszych rzeczy na imprezach a to może być dobra alternatywa dla powracającego do łask disco polo. Ocena: 6/10.