!!! – Thr!!!er

thr!!!er!O rzeczach dobrych, acz nie idealnych.

Sympatii do !!! nigdy nie ukrywałem odkąd usłyszałem ich podejście do transowego, roztańczonego indie rocka na „Myth Takes”. Niestety „Strange Weather, Isn’t It” był albumem takim sobie, do którego nigdy od 2010 roku (czyli roku wydania) nie wróciłem. „Tyr!!!er” póki co wydaje się być trochę lepszy. Grupa zdecydowanie jest teraz bardziej popowa aniżeli indie rockowa. Brakuje długich, rozciągniętych, psychodelicznych otworów, które uważałem zawsze za najmocniejszy punkt chk chk chk. Mimo, że płyta bez nich wydaje się króciutka to w jakiś tam sposób wciąga.

Po raz kolejny jest tanecznie, zwłaszcza dzięki takim utworom jak: „One Girl/One Boy” czy też „Fine Fine Fine”. Nie zabrakło także starych patentów wykorzystanych w „Slyd” oraz „Except Death”. Mam tutaj namyśli przede wszystkim klimat starych nagrań, falsetowy wokal ozdobiony damskim, transową perkusję. Jest i trochę zabawy z elektroniką w „Careful” jak i standardowe handclapping w najbardziej indie rockowym na płycie „Station (Meet Me At The)”.

Ogólnie dobra płyta na ciepłe majowe grille, wielkiej imprezy z tego nie będzie, ale miłe spotkanie towarzyskie już jak najbardziej. W odróżnieniu od swojej poprzedniczki  „Thr!!!er” jest bardziej popowe i urozmaicone. To może być zwrot we właściwym kierunku dla zespołu, który w ciekawy sposób łączy muzykę taneczną z indie rockową. Nie zaszkodzi posłuchać, nie raz słuchało się gorszych rzeczy na imprezach a to może być dobra alternatywa dla powracającego do łask disco polo. Ocena: 6/10.

Purity Ring – Shrines

PURITY-RING-SHRINESDługo zabierałem się za recenzję tej płyty.

Niektórzy na mieście mówią, że to najlepszy album tego roku. Być może. Lecz nie dla mnie, słuchałem w tym roku o wiele lepsze płyty. Oczywiście nie wiele można zarzucić kanadyjskiemu duetowi. Na robieniu muzyki się znają a na miano debiut roku w pełni zasługują. Czym sobie zasłużyli? Przede wszystkim doborem kapitalnych sampli, które złożone w całość dały fajny rezultat. Czuć tutaj sporo murzyńskiego rapu w podkładach, to z pewnością plus. Poza tym do tej wybuchowej mieszanki dołączono melodie synth-popowe. Wisienką na torcie jest natomiast wokal Megane James, który jak ktoś słusznie zauważył jest słodki, ale nie przesłodzony.

Nie jest to album piosenkowy, żaden utwór zbytnio nie wyróżnia się od pozostałych. Nadrabiają jednak równością całego materiału. Generalnie brzmi to bardzo fajnie, jednak z czasem „Shrines” zaczyna okropnie nużyć. Hype, który towarzyszy temu krążkowi jest całkowicie usprawiedliwiony i uzasadniony. Popieram i sam na koniec recenzji przyznam dobrą ocenę. Jednak musze też zaznaczyć, że tak na prawdę nie ma nad czym się tutaj rozpływać. Owszem szybujmy w powietrzu, ale do liźnięcia nieba jeszcze trochę brakuje. Może następnym razem? Jeżeli nie zostały wyczerpane wszystkie pomysły na „Shrines” to czekam na ciąg dalszy, który być może będzie strzałem w dziesiątkę. Póki co 8/10.

Kamp! – Kamp!

Kamp!Doczekaliśmy się najbardziej oczekiwanego od dwóch lat debiutu w polskiej muzyce tanecznej.

Powiem to prosto z mostu. Nie zawiedli. Oczekiwania były spore. Wcześniejsze EP-ki, piosenki gdzieś tam wyszperane w sieci i remixy (Cool Kids of Death, Brodka) nagoniły słuchaczom ślinki w ustach. Na szczęście po spożyciu „Kamp!” czujemy sytość i nie mamy ochoty na deser.

Nie przez przypadek mówić się o nich „polskie Cut Copy”. Ta płyta jest tym dla 2012 roku czym „In Ghost Colours”  była dla 2008. „Kamp!” to jedenaście żywiołowych i tanecznych utworów, które łączy w sobie disco lat 80 z elektroniką. Słuchając takich piosenek jak „Cairo” czujemy duch minionej epoki wzbogacony o inspiracje Junior Boys czy też Daft Punk. Nie bez powodu Krzysiek Ostrowski z CKOD w wywiadach podkreślał, że to najzdolniejszy młody, polski band. Miał rację. Kamp! powinien być naszym głównym towarem eksportowym. Ta płyta wiele wnosi do teoretycznie zamkniętego tematu muzyki tanecznej spod znaku Cut Copy.

Kilka słów o brzmieniu. Słuchając tej płyty mam przed oczami wszystkie kolory wszechświata (nawet te nie odkryte). Fajna barwa głosu Tomka oraz reszta wokali to mocny punkt tego albumu. Podkłady powodują, że pomimo panującej na zewnątrz zimy odczuwam hawajskie upały. Jeżeli ktoś nie wie co ma z sobą robić w te zimne i długie wieczory i dodatkowo ma stany depresyjne to polecam ten krążek. Poprawia humor na całej swojej długości i szerokości. Poza tym płyta a zwłaszcza single idealnie sprawdzą się na wszelkich potańcówkach. Taki „Heats” wzbogacony o handclaping i fajny basik to istny parkietowy wymiatacz.

Można przyczepić się,że w sumie to nie wymyślili niczego nowego a płyta jest jednostajna i głownie bazuje na wcześniej znanych singlach. Jednak trzeba mieć na względzie to, że gdyby każdy polski zespół nagrywał TAKIE płyty i każdy polski artysta miał TAKIE single to naród polski byłby znacznie szczęśliwszy. Póki co możemy jedynie mówić o pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. W końcu i my mamy bez obciachowy TAKI zespół z TAKĄ muzyką. Ocena: 8/10.