Powrót do 2022 – pominięte płyty, o których trzeba wspomnieć

Klasycznie jak co roku, jest pewna liczba płyt przeze mnie pominięta. Wiadomo, czasu wiecznie brak. Dlatego też na szybko wrzucam szybki przegląd albumów z minionego roku, które warto znać i o których musiałem napisać parę zdań.

Ab-Soul – Herbert. Przyznam, że nie słuchałem za wiele rapu w minionym roku. Całkiem możliwe, że to mój najsłabszy rok dla tego gatunku muzycznego od lat. Dość przykra sprawa, gdyż od zawsze byłem orędownikiem rapsów i stoczyłem wiele batalii by otworzyć ludziom oczy na ten piękny muzyczny styl. Ten poziom był tak niski, że aż zatęskniłem za porządnymi czarnymi rytmami. I tak trafiłem na zimnego „Herberta” od Ab-Soula. Dla muzyka ze Top Dawg Entertainment był to powrót po sześciu latach, gdyż jego ostatni krążek tafił na rynek w 2016 roku. Jak wyszło? Całkiem spoko. Może nie mam porównania do tego co inni wydawali w tym czasie, nie mniej doceniam Ab-Soula za styl i nienaganną technikę. Z miłą chęcią wróciłem do 2013 roku. „Herbert” to album równy, nieco oldschoolowy i co najważniejsze dobrze wpadający w ucho. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Beyoncé – Renaissance. Każde liczące się pismo uznało „Renaissance” za płytę roku (albo przynajmniej umieściło je w czołówce), dlatego wstyd nie wspomnieć o tym krążku. Zwłaszcza, że ostatni jej solowy album „Lemonade” ukazał się 6 lat temu. A to we współczesnej muzyce ogrom czasu. Rozumiem, dlaczego na większości portali ta płyta zyskała numer jeden. Jest ona na tyle dobra, a sama Beyonce cieszy się szacunkiem u każdego typa słuchacza, że w ogólnym głosowaniu każdej redakcji zawsze zbierze sporo punkcików. No chyba, że wybór płyty roku odbywa się w innym, mniej demokratyczny sposób. Wtedy wystarcza jeden autokrata, który lubi po prostu Panią Knowles. Nie będę jednak marudził, bo to generalnie dobra płyta. Beyonce serwuje tutaj wpadających w ucho dojrzały pop, oparty na fajnych hookach i świetnych wokalnych popisach. Piosenek jest 16 i generalnie nie ma sensu nad każdą się rozwodzić, bo każda z nich stanowi równoważną cegiełkę budującą monumentalną całość. Najlepsza płyta roku? Może, jednak nie dla mnie. Najlepsza płyta Beyonce? Raczej też nie. Nie mniej warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Black Midi – Hellfire. Trzeci album Brytyjskiego tria wydaje się być ich najlepszym jak do tej pory. „Hellfire” to jakaś szalona podróż przez gatunki muzyczne, poprzez jazz, country, flamenco a kończąc na post-punku, math rocku i art rocku. Co prawda Londyńczycy balansują momentami na bardzo cienkiej granicy pomiędzy sztuką a zwykłą grafomanią. Jednak zawsze po jakimś przypałowym momencie łagodzą sytuację całkiem ciekawym brzmieniem. Nie jest to może album do którego będę często wracał (albo w ogóle wracał), ale myślę, że warto znać. Zwłaszcza, że mało eksperymentalnej muzyki tutaj opisuje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Charli XCX – Crash. Angielską wokalistkę z Cambridge wspieram dobrym słowem od 2011 roku, kiedy to usłyszałem jej singiel „Stay Away„. Od tamtej pory staram się być na bieżąco z wydawnictwami Pani Charlotty Aitchison. „Crash” to piąty w dorobku długograj wokalistki. Jednak nie należy zapominać, że w między czasie było sporo mixtape’ów i EP-ek, dlatego Charli XCX jest całkiem płodną artystką. Na „Crash” otrzymujemy porządną dawkę popu, gdzie momentami lądujemy w latach 90 a momentami zahaczamy o dekadę 00. Generalnie jest fajnie, aczkolwiek chwilami dostajemy po uszach za dużo auto-tune’a. Generalnie wolę jej bardziej nostalgiczne utwory, ale też trzeba mieć do czego potuptać nóżką. Ocena: 7/10. A i na koniec słów parę o tej okładce. Nie, żeby mi przeszkadzało eksponowanie swoich atutów. Bo nie przeszkadza. Tylko się zastanawiam kiedy artystki będą się eksponować bez żadnych zahamowań? W zasadzie już mają coraz mniej do zakrycia 🙂

Ocena: 3.5 na 5.

Pusha T – It’s Almost Dry. Terrence Thornton ukrywający się pod pseudonimem Pusha T ma u mnie plusa za dwie ogromne zalety. Pierwsza, może mało oczywista to zdjęcie rapera w koszulce Milanu, które można wygrzebać w Internetach. Każdy przyjaciel Rossonerich, jest moim przyjacielem. Druga, bardziej oczywista to kozacka dyskografia. Jego każda ostatnia płyta to był strzał w dziesiątkę. Tak samo jest z jego czwartym już długograjem. „It’s Almost Dry” znalazło się w czołówkach wielu podsumowań rocznych, dlatego też ciężko nie docenić urodzonego w Nowym Jorku rapera. Pusha T ponownie trzyma poziom, nie przesadza z długością trwania i ilością tracków na albumie i odpowiednio dobiera featuringi. I znowu udało mu się. Zaintrygował, ucieszył i pozostawił mnie z odczuciem „mało, małooo”. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

SZA – SOS. O Solánie Imani Rowe wspominałem już na blogu przy okazji recenzji jej ostatniego albumu „Ctrl„. W 2017 roku załapał się w moim TOP 10 roku, w tym powinno być lepiej bo „SOS” wydaje mi się lepszym albumem. Jest też na pewno znacznie dłuższy. 23 to z całą pewnością więcej niż 14. Zaszalała nasza wokalistka ze St. Louis. Nie zaszkodziło to jednak w odbiorze „SOS„, gdyż całość jest na równi wysokim poziomie. Otrzymujemy tutaj całkiem przyjemny w odbiorze i dość elastyczny materiał opierający się głównie o R’N’B z elementami popu. Momentami jest lirycznie i smutno, a momentami poetycznie i słodko. Do gustu przypadł mi zwłaszcza singiel „Kill Bill„, ale jest także fanem wciągającego „Blind” czy też trapowego „Low„. Fajne mamy featuringi. Phoebe Bridgers czy Travis Scott są tym razem wartościami dodatnimi. Na koniec wskrzeszony zostaje sam Ol’ Dirty Bastard, czyli najlepszy (lub najgorszy?) członek Wu-Tang Clan. Dzięki temu zabiegowi „Forgiveless” zabiera nas jeszcze na chwilę do Nowego Jorku w latach 90. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Weyes Blood – And in the Darkness, Hearts Aglow. Czytałem wiele dobrego o płycie Pani Natali Laury Mering, znanej szerzej jako Weyes Blood. To już piąta płyta w dorobku artystki z Doylestown w stanie Pennsylwania, jednak dopiero mój pierwszy kontakt z jej muzyką. I jak jest? Zaczyna się strasznie niepozornie. Niby zwykły chamber pop wymieszany z psychodelicznym folkiem i soft rockiem, jednak im dłużej słucham tego materiału tymbardziej dochodzi do mnie jak MONUMENTALNE to jest dzieło. Piękne, chwytliwe i chwytające za serducho melodie to główny atut płyty. Poza tym jest sam wokal Pani Mering oraz niebiański klimat otaczający tą płytę. Nie dajcie się zwieźć, to nie Beyonce jest królową minionego roku. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Wakacyjne brzmienie – przegląd płyt z czerwca i lipca

Połowa wakacji za nami… Spójrzmy więc do tyłu, co w tym czasie ciekawe ukazało się na rynku muzycznym. Było tego całkiem sporo.

Deerhoof – Future Teenage Cave Artists. 15 już w kolekcji długograj dla tak zasłużonej grupy jak Deerhoof, to po prostu kolejny punkt w ich niezłomnym trudzie pracy artystycznej. Ich historia oczywiście pokazuje, że raz było lepiej, raz gorzej. Niemniej od 1994 roku dali radę natłuc 15 longplayów, 3 EP-ki, 5 albumów na żywo oraz dwie kolaboracje. Niestety tegoroczny krążek to pomysł na jedną, tytułową piosenkę i zapełnienie reszty klasycznym dla nich plumkaniem. Płyta wypada z głowy od razu po przesłuchaniu. Pozycja obowiązkowa tylko dla zagorzałych fanów, reszta niekoniecznie musi znać. Ocena: 4/10.

No Age – Goons Be Gone. Powiem wam tak. No Age już nie nagrywają w Sub Popie i to słychać. O ile przy „Nouns” potrafili zachwycić to na albumie wydanym 12 lat później odgrzewają po raz kolejny tego samego kotleta. Niby pełnymi garściami czerpią z klasyki rocka, ale czy chcemy słuchać mieszanki Rolling Stonesów z Sex Pistols w 2020 roku? Nie kupili mnie tym krążkiem. Ocena: 4/10.

Built to Spill – Built to Spill Plays the Songs of Daniel Johnston. Pisząc o tej płycie należy wpierw wyjaśnić kim jest wspomniana postać w tytule płyty. Mianowicie Daniel Johnston to wokalista, autor tekstów oraz grafik, który zmarł rok temu na zawał serca w wieku 58 lat. Jego piosenki wykonywali m.in. Tom Waits, Pearl Jam, Beck, Sonic Youth czy też Wilco (Sama śmietanka gitarowego grania z lat 90) natomiast sam wydał 21 albumów muzycznych. Built to Spill, czyli inna legenda indie rocka z lat 90 już wcześniej miała do czynienia z twórczością pana Johnstona. W 1994 roku nagrali cover jeden z jego najlepszych utworów jakim było: „Some Things Last a Long Time„. Trzy lata temu nawiązała się współpraca artysty z zespołem Douga Martscha a w tym roku ukazała się cała płyta, gdzie zespół z Boise, w stanie Idaho bierze na warsztat 11 utworów Johnsona. Jak to wyszło? Powiem tak, Biult to Spill wyjątkowo czuje ducha tych utworów dlatego słucha się ich wyjątkowo dobrze. Być może prochu tutaj nie wymyślili, ale też nie o to w tym wszystkich chodziło. Ocena: 7/10.

Bob Dylan – Rough and Rowdy Ways. Dylan udowodnił tym albumem, że jednak nie jest tak starym piernikiem jakim go malują. Co prawda za wiele się w jego muzyce nie zmienia. To wciąż te same folkowe ballady. I też daleko tej płycie do jakiegoś kosmicznego poziomu. To po prostu całkiem fajny i zgrabny album artysty, który na tej scenie jest praktycznie od zawsze (Robert Allen Zimmerman ma już 79 lat!). Nagrywać w tym wieku swój 39 krążek, to spory wyczyn. A jeszcze większy jest ten wyczyn, gdy okazuje się, że płyta stroi na całkiem przyzwoitym poziomie. Ocena: 7/10.

Phoebe Bridgers – Punisher. Generalnie rozumiem czemu Pitchfork dopatrzył się w tym albumie czegoś wybitnego. Ładny głosik, pozornie miłe dla ucha melodie, wszystko w konwencji nieco folkowej. Tylko, że straszne wieje tutaj nudą. Nawet nie wiem ile podobnych wydawnictw w tym roku przesłuchałem. Ocena: 4/10.

Special Interest – The Passion Of. No cóż, Pitchfork okrzyknął ich mianem „Best Music”. Sprawdziłem i stwierdziłem, że chyba już jestem za stary by na poważnie słuchać taką muzykę. Ocena: 3/10.

The Streets – None Of Us Are Getting Out Of This Life Alive. Mike Skinner wrócił po blisko 9 latach przerwy z nowym materiałem. Najnowszy mixtape angielskiego rapera to całkiem ciekawy krążek, który zaczyna się od dość niespodziewanej kolaboracji z grupą Tampe Impala. Niestety im dłużej słucha się tego wydawnictwa to tym mniej zachwytów. Generalnie wolałem wrócić do „A Grand Don’t Come Free„. Ocena: 5/10.

Liars – Mess

liarsNowy album grupy Liars to jedna z tych płyt, której nazwa idealnie opisuje zawartość. Zacznijmy jednak od początku. O Liars pisałem wielokrotnie, jednak powtórzę to co kiedyś naskrobałem na ich temat. Otóż dla Nowojorczyków „Mess” to już siódmy album studyjny. Począwszy od debiutanckiego „They Threw Us All in a Trench and Stuck a Monument on Top” z 2001 po „WIXIW” sprzed dwóch lat zespół Angusa Andrew trzyma równy, dobry poziom swoich wydawnictw. Po raz pierwszy o Liars pisałem przy okazji albumu „Sisterworld„, który rozpoczynały konkretne utwory. Późniejsze „WIXIW” określiłem jako ponure rosyjskie disco w lesie, ze względu na całkowite odrzucenie gitar i przejście na transową elektronikę.

„Mess” również nagrane jest całkowicie w koncepcji ponurej dyskoteki. Jednakże w porównaniu do piosenek z „WIXIW” nowe utwory wydają się być bardziej przystępne i taneczne. Przykładowo takie tracki jak: „I’m No Gold” oraz „Pro Anti Anti” zbudowane są na tanecznych, synthowych podkładach. Ich muzyka wciąż jednak pozostaje matematyczna i nie szuka futurystycznych rozwiązań, gdyż znajdziemy w niej pełno nawiązań do klasyki muzyki elektronicznej. Jest to dość dziwna płyta. Już sam początek „Mask Maker” wita nas powtarzającym się „Eat my face off / Take my face off / Give me your face!”. Słuchanie tego typu muzy wieczorem może wzbudzać w nas mały niepokój. Następne „Vox Tunded D.E.D.” to popis wokalny Pana Andrew, który swoim śpiewem w dużej mierze buduje nastrój piosenki. Mi osobiście przywołuje to na myśl The Horrors z okresu 2009/2010. „Can’t Hear Well” to już typowa zabawa syntezatorami a „Darkslide” to jeden z tych utworów, które mogłyby się znaleźć na ostatnim krążku Raime. Końcówka płyty jest dość senna, jednakże „Left Speaker Blown” nie można nazwać słabym utworem.

liars messPodsumowując, Liars udało się nagrać kolejny dobry, acz nierewelacyjny krążek. Dobrze, że zrezygnowali z gitar na rzecz syntezatorów. Ta zmiana wyszła im na dobre, gdyż słychać, że nie szukają prostych rozwiązań. Na „Mess” znajdziemy zarówno taneczny dance-punk, chore electro, senny ambient jak i mroczny dubstep. Dużą robotę odwalił wokalista Andrew Angus, któremu należy się niski ukłon i czapka z głowy. Płyta momentami jest trochę dziwna i zbyt monotonna, jednakże jest to dobra porcja muzyki, której niestety nie mogę polecić wszystkim. Jeżeli szukasz czegoś nowego, nietypowego i nie idącego na łatwiznę to sprawdź koniecznie. Reszcie mogę polecić jako ciekawostka, gdyż nie jest to album łatwy w odbiorze ani też piosenkowy (singlowy). Ocena: 7/10.