Grizzly Bear – Shields

Grizzly Bear, ulubieńcy fanów muzyki niezależnej wracają z nowym albumem.

Na początek prosta teza: album „Shields” to naturalne następstwo „Veckatimest”. Płyta z 2009 roku oczarowała wszystkich, zespół wskoczył na kanapę na której siedzą obecni najwięksi dyktatorzy trendów w niezal świecie. Wskoczył z impetem, kazał się posunąć Animal Collective i założyć kapcie Thom’owi Yorke’owi. Teraz gdy już wygodnie siedzi z pilotem w ręku, przerzuca na kanał zatytułowany „Sheilds”.

„Shields” to płyta mocno podobna do swojej ostatniej poprzedniczki. Podobna w tego dobrym słowie znaczeniu. Nowojorczycy po prostu podtrzymali poziom nagrywając równy, świetny materiał. Słuchając tego krążka nie ma się wrażenie, że to już było. Ma się odczucie lekkiego zaskoczenia, zadowolenia? Ciężko mi sprecyzować te odczucia. Generalnie słyszymy dobrą muzykę i o to chyba najbardziej w tym wszystkim chodzi? Płyta jest bardziej jakby patetyczna (puszczam oczko do ostatnich dwóch piosenek), jednak mniej przebojowa. Nie odnajdziemy tutaj równie dobrego i charakterystycznego singla jakim był „Two Weeks”. Na szczęście jest tyle samo magii i dobrych melodii. Po raz kolejny swoim czarującym głosem uwodzi nas Ed Droste. Jeżeli chodzi natomiast o brzmienie to jest ono ciut bardziej rozbudowane i słychać to w drobnych, drobniutkich szczególikach.

Ok, Ja tutaj cały czas odnoszę się do poprzedniej płyty a co ma zrobić biedaczysko, który nigdy przedtem nie słyszał Grizzly Bear? Niektórzy mówią, że dopiero od „Veckatimest” zaczyna się prawdziwe Grizzly Bear. Otóż nie, Grizzly Bear i to dobre Grizzly Bear zaczęło się w 2004 roku wraz z wydaniem płyty „Horny of Plent”. Nie umniejszajmy ich wcześniejszym wydawnictwom tylko dlatego, że były mniej nośne (nie jestem pewien czy to dobre słowo?). Te kawałki także mają swój urok. Niepozorny, ale mają. Dlatego też drogi słuchaczu, proponuje zapoznanie się z poprzednimi trzema albumami zanim posłuchasz „Shields”. Jednak coś mi się zdaje, że jeżeli dotarłeś do tej części recenzji to zapewne już słyszałeś te albumy. Ocena: 8/10.

Andrew Bird – Hands of Glory

Andrew Bird powraca ze swoim siódmym w kolekcji albumem. Czy jest to powrót w tytułowej glorii? Odpowiedzi szukajcie w tekście poniżej.

Folk to jeden z tych gatunków w muzyce, który jest szczególnie przeze mnie ceniony. Obecnie kojarzy się on z czymś naturalnym, tradycyjnym, z jakimś brodatym kolesiem mieszkającym w lesie i śpiewającym o skowronkach. Jednak należy pamiętać, że muzyka folkowa ma bardzo bogatą historię i kilkadziesiąt lat temu była mocno upolityczniona i zaangażowana w życie społeczne. Mimo to Bob Dylan dawno temu porzucił zaangażowany folk dla przyjemnego rocka, a jego miejsce na salonach politycznych zajął Bruce Springsteen. Co w tym wszystkim robi Andrew Bird? Nagrywa dobrą muzykę folkową, tak po prostu.

„Hands of Glory” zaczyna się w piękny sposób. Pierwsze basowe dźwięki „Three White Horses” wywołują ciarki na plecach. Andrew Bird w bardzo urzekający sposób śpiewa: „Don’t dismiss it like it’s easy / Tell me what’s so easy / About coming to say goodbye?”. Istotną rolę w całym utworze odgrywa dziwny dźwięk z okolic 1:24 a także wejście gitary w 2:28. Co do skrzypiec, czyli głównej broni Andrew Bird’a to przypominały mi one w tym momencie pierwsze utwory Arcade Fire. Dalej jest jednak nie mniej pięknie. W podobny spopsób Bird wpływa na nasz nastrój utworem „Spirograph” oraz „Something Biblical”. Sielankowo brzmi jedynie utwór „Railroad Bill”, natomiast partia skrzypiec w „Orpheo” to muzyczna próba przedstawienia wszelkich smutków i depresji związanych z jesienią.

Tak samo jak pięknie się zaczyna „Hands of Glory” to jeszcze piękniej się kończy dzięki „Beyond the Valley of the Three White Horses”, który jest mocno rozbudowaną wersją openera. Andrew Bird wyciągnął z tego utworu absolutne maksimum.

Tematyka całej płyty nie odbiega od kolaboracji uczuć z zjawiskami naturalnymi. Może nie jest zbyt oryginalna, ale gdyby się tak zastanowić to o czym innym chcemy słuchać piosenek? Płyta jest nagrana w bardzo profesjonalny sposób. Bird jest szczery, uroczy, czarujący. Swoim brzdąkaniem na skrzypcach w mocny sposób wpływa na nasz nastrój. Wokalnie może nie jest już tak dobrze, ale pasuje do reszty.Wracając do zadanego na początku pytania można powiedzieć, że to dobra płyta i jak najbarfdziej Andrew Bird może być z niej dumny. Ocena: 7/10.

Dry The River – Shallow Bed

Długo oczekiwany debiut wychodzi na światło dzienne.

Debiut oczekiwany od sierpnia 2011 roku, kiedy to ujrzałem tą grupę na Off Festiwalu i zachwyciłem się ich muzyką. Byli wtedy niczym przyjemny podmuch bryzy morskiej, wspaniale się odnaleźli na scenie leśnej. Po koncercie wszyscy fani lekkiego grania byli zadowoleni. Angielska ekipa do tej pory wydała jedynie parę ep-ek i mini koncertowych albumów. Pojedynczymi singlami potrafili zachwycić. Pytanie było, czy uda im się to na długo grającym albumie?

Odpowiedź na to pytanie znajduje się na „Shallow Bed”. Ich pełne życia utwory, łączące w  sobie szorstkość i wrażliwość, nasiąknięte są patosem takich grup jak British Sea Power czy The National. Natomiast znajdujące się tutaj smyczki przypominają nam o pierwszych utworach Arcade Fire. Piękne, gitarowe ballady z ekspresyjnymi refrenami idealnie komponują się z obecną aurą i oczekiwaniem z wypiekami na twarzy na wiosnę. Kompozycje zawierają sporo energii, jednak przy tego typu debiutach jest to niemalże znak rozpoznawczy. Sporo nawiązań do zespołów, które już w rejonach indie i folku odniosły dużo, ale znajdziemy na płycie całkiem niezłą ilość autorskich pomysłów i rozwiązań. Czuć świeżość, może nie na tyle by zmienić oblicze muzyki, ale na tyle by przyjemnie spędzić w własnym ogródku miesiące marzec-kwiecień. Jestem zdecydowanie na tak. Ocena: 7/10.