A$AP Rocky – Long.Live.A$aP

longliveasapMożliwe, że pierwsza recenzowana płyta w tym roku okaże się na koniec albumem roku.

Uff, jak dobrze, że A$ap nie zdążył wydać debiutanckiej płyty w poprzednim roku, jak to miało odbyć się planowo. Niestety pomimo skończonego materiału do końca czekano na wiele pozwoleń na wykorzystanie niektórych sampli. Jest to  szczęście w tym sensie, że nie doszedł kolejny kandydat do miana płyty roku. A tak na poważnie „Long.Live.A$ap” ma zadatki na album roku?

Człowieeeeku – kontynuuje wewnętrzny dialog. Ta płyta to prawdziwa czarna perełka. Zacznijmy od tego, że A$ap Rocky a właściwie Rakim Mayers to zupełnie inna osobowość hip-hopowca. On w ogóle nie wygląda na kogoś z rapem związanego. Liczne kreacje, rozmaite stroje, kapitalny elegancko-młodzieżowy styl podpowiadają, że to może jakiś model? Ponadto sposób w jaki się promuje wskazuje, że wie gdzie celnie uderzyć by o nim dużo mówiono. Zauważcie ile jego piosenek ma teledyski! Sprawdźcie jego profil na fejsie. Żadnych pierdół. Dużo mówi o nim jego wiek. Rocznik 87, to nowe pokolenie raperów z Kendrickem Lamarem i Drakem na czele, które wychowało się na komputerach, internetach i nie musiało oglądać MTV by dowiedzieć się czegoś o muzyce.

A co z muzyką? Broni się. Ba, to nowa jakość w rapie. Mówi się, że Kendrick Lamar sprowadził z powrotem hip-hop. To co w takim razie zrobił A$ap Rocky? Jeszcze bliżej go sprowadził i dał ludziom. Kwestią czasu jest, aż ruszy cała fala nowych wykonawców na pełnej parze. O Panu Mayersie z Harlemu już w 2011 dużo się mówiło za sprawą jego mixtape’u. Był co prawda trochę nie równy, ale taka „Trilla” czy też „Wassup” do tej pory mi w głowie siedzi.

Nowa płyta to nowe podejście. Już otwierający całość „Long Live A$ap” zapowiada coś ciekawego. Psychodeliczny rap plus tekst poruszający kwestie egzystencjalne plus kapitalny refren. Następne „Goldie” z świetnym beatem prezentuje się się odmiennie. Jest to już bardziej imprezowy kawałek pełen nawiązań i nasączony skojarzeniami. Tekst również świetny, sporo tutaj fajnych linijek typu: „Yes, I’m the shit, tell me do it stink?„. Najbardziej jednak imprezowe kawałki to „Fuckin Problems” – traktujący o problemach z kobietami i „Wild For The Night” – gdzie ułomny dubstep Skrillexa okazał się strzałem w dziesiątkę! Mocnym punktem płyty jest „1 Train”. To stara szkoła hip-hopu pełna ciekawych osobowości na featuringu. W ogóle goście na „Long. Live.A$ap” są zacni. Kendrick, Drake, Santigold, Danny Brown, Joey Bada$$ i wielu innych.

Kolejny w zestawieniu „Fashion Killa” to przemyślenia na temat mody i ubioru. Jedna z lepszych piosenek  na płycie, aczkolwiek ciężko tutaj cokolwiek wyróżniać bo całość stoi na wysokim poziomie pomimo, że każda piosenka prezentuje inny, odmienny styl. Na przykład taki „Phoenix” to niby prosty i przyjemny utwór, ale czuć w niej wpływ muzyki raczej związanej z gitarami. W zasadzie A$ap przyznawał się kiedyś, gdzieś tam do słuchania Radiohead. W tym momencie o dobrą muzykę już nie trudno.

Hip-hop ma się dobrze. Dzięki takim artystom jak A$ap Rocky czarna muzyka ciągle się rozwija i zdobywa nowych słuchaczy. W tym momencie nie są to tylko łyse typki przesiadujące na ławce pod blokiem. To również Ty, Ja, Twoi hipsterscy kumple i cygan. „Long.Live.A$ap” to mocny kandydat na album roku i śmiało to mogę mówić już teraz. Kapitalne, różnorodne piosenki, świetna nawijka Rakima, doborowe towarzystwo na featuringu, rewelacyjne podkłady to niepodważalne dowody na to, że mamy do czynienia z czymś ważnym i wyjątkowym. Posłuchajcie, nie pożałujecie. Ocena: 9/10.

asap

Kendrick Lamar – Good Kid, m.A.A.d City

Dobry dzieciak, w złym mieście. Kendrick Lamar – hiphopowe odkrycie roku.

Hip-hop odkrywany jest na nowo. Stara łatka człowieka ulicy idzie do lamusa, teraz raper jest przede wszystkim artystą. Stare, dobre biadolenie, że damy radę zostało zastąpione filozofią hedonizmu. Rap się zmienia. To dobrze, gdyż ta zmiana jest tak na prawdę rozwojem. Dla starej generacji raperów pozostaje się przystosować bądź zmienić zajęcie (może produkcja?). Amerykański hip-hop przeżywa bogaty wysyp młodych, zdolnych i co najważniejsze oryginalnych. Dla udowodnienia tej tez wystarczy podać takie nazwiska jak A$AP Rocky, Tyler The Creator, The Weeknd. Jednak jest ktoś, kto bije ich na głowę. To Kendrick Lamar.

Ten 25-letni skurczybyk gdy miał zaledwie 8 lat ocierał się o 2PAC’a w teledysku do „California Love”. W wieku 22- lat miał już 3 oficjalne mixtape’y. Zainteresował się nim sam Lil Wayne. Nagrywał z Lady Gagą, Drake’em. Bez wątpienia spotkał na swojej drodze właściwych ludzi co przełożyło się na jego późniejszą twórczość. Nie bez znaczenia pozostaje także jego pochodzenie. Compton – czyli miasto, którego główną wizytówką jest wysoka liczba zabójstw, gangów i… N.W.A. Teraz już chyba dla każdego jest zrozumiała ta nazwa płyty.

„Good Kid, m.A.A.d City” to kawał dobrego hip-hop’u. Raczej nie znajdziemy tutaj niczego nowego. Jednak biorąc pod uwagę ogromną liczbę nic nowego nie wnoszących płyt hip-hopowych to można na to przymknąć oko. Zwłaszcza, że Lamar i podkłady na „Good Kid, m.A.A.d City” to jedność, dosłownie. Jest to dopiero jego drugi album a on już wypracował swój własny styl. Nie jest to zwykłe nawijanie do kolejnego bitu, który zapodał nam producent. Ta płyta to wartość sama w sobie.

Na CO należy zwrócić uwagę słuchając „Good Kid, m.A.A.d City”? Na życiowe rozkiminy w „Sing About Me, I’m Dying Of Thirst”. To najdłuższy utwór na albumie (12 minut) składający się z dwóch części i każda świetna.

„This is the life of another girl damaged by the system”

Po drugie świetne teksty. Koleś ma dar przekonywania, potrafi ująć sedno w kilku słowach. Mała próbka możliwości Kendricka:

„I wonder if I’ll ever discover
A passion like you and recover”

„I hope the universe love you today
cause the energy we bringing sure to carry away”

Po trzecie zajebistość „Backseat Freestyle”. Szczególnie interesujące intro i outro utworu, gdzie Lamar porównuje się do Martina Luthera Kinga.Poza tym wprowadza nowy lans na ilość zapalniczek.

„Martin had a dream
Martin had a dream
Kendrick have a dream„

Po czwarte podkłady. Mają one swój niezwykły klimat. Na szczególną uwagę pod tym względem zasługuje „Good Kid”, gdzie swoje palce maczał Pharrell Williams. Jednak reszta wcale nie jest gorsza. Ostatnią kwestią jest kończący dzieło „Compton” z udziałem samego Dr. Dre. Po tej piosence określenie „Straight outta Compton, crazy motherfucker named Ice Cube” nabiera nowego wymiaru.

Małe podsumowanie na koniec. Świetne podkłady, jeszcze lepsze teksty, specyficzny klimat plus talent Lamara to główne atuty tej płyty. Zdecydowanie najlepsze hip-hopowe dzieło tego roku. Ocena: 9/10.

Frank Ocean – channel ORANGE

OFF festival już się skończył, ale wakacje wciąż trwają. A co robić lepszego w upalne dni niż słuchać dobrej, wakacyjnej muzyki?

O Franku Oceanie od jakiegoś czasu jest dość głośno. Pojawiał się na płytach takich artystów jak Kanye West, Jay-Z czy też Tyler, The Creator. I raczej były to dobre featuringi. Poza tym sam wydał całkiem ciekawy mixtape „nostalgia, ULTRA”. Ostatnio zrobiło się jeszcze głośniej kiedy tuż przed premierą debiutanckiej płyty przyznał się co do swojej orientacji seksualnej. Do tej pory nie wiadomo czy był to zwykły chwyt marketingowy, czy prawda będąca jednocześnie świetnym sposobem na zwrócenie na sobie uwagi. Jedno jest pewne, tegoroczna płyta Pana Oceana to nie przelewki.

Hype na „channel ORANGE” jest całkowicie słuszny. Nowa świeżość jaka się przetoczyła przez amerykański pop jest zdumiewająca. Mnoga ilość zdolnych i młodych tylko cieszy. Wszyscy socjolodzy, kulturoznawcy i filozofowie tego świata powinni temu zjawisku bacznie sie przyglądać. Wróćmy jednak do samego Franka Oceana, znanego również jako Christopher Breaux.

„channel ORANGE” to album idealnie sprawdzający się w wakacje. Wiem to dobrze, gdyż sam mój nadmorski urlop poświęciłem na wałkowanie tych kawałków do upadłego. Nie dziwi więc data premiery (10 lipiec), która przypadła tak na prawdę na okres ogórkowy w muzyce. Jednak to nie jest to rodzaj muzyki z kategorii coco jambo. Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem. 17 utworów przeplatanych fajnymi skitami nie nudzi a pobudza naszą wyobraźnie. Mimo, że sam Frank Ocean nie zachwyca jakoś wybitnie wokalnie to jego lekki głos w połączeniu z dobrą, melodyjną muzyką tworzy przyjemną całość.

Cały czas porównuje ten album do ostatnich dzieł Kanye Westa. Takie małe zboczenie, ale idąc tym tropem Frankowi Oceanowi trzeba przyznać, że potrafił wszystko lepiej wyważyć. Nie jest pompatycznie, ale też nie jest to całkowicie surowy materiał. Ilość osób, które udzielają się tutaj wokalnie także nie jest za duża. Ostatnio panuje moda zakrywania niedoskonałości i braku pomysłów mnoga ilością gościnnych występów. Tutaj tego nie ma, a osoby, które się pojawiają wiele wnoszą do całości. Wystarczy posłuchać „Pink Matter”, gdzie możemy usłyszeć Andre 3000 z Outkast czy też „Golden Girl” z raperem Tyler, The Creator by się o tym przekonać.

Oczywiście nie ubóstwiam tej płyty. Widzę (a raczej słyszę) tutaj parę niedociągnięć, które nie pozwalają mi dać temu albumowi zaszczytnej dziesiątki. Mimo to uważam, że „channel ORANGE” to póki co najlepsza płyta popowa jaką słyszałem w tym roku. Frank Ocean trafił w moje gusta takimi kawałkami jak „Lost”, „Pyramids” czy też wcześniej wspomnianym „Pink Matter”. Bardzo dobrze się tego słucha, sprawdźcie sami. Ocena: 9/10.