Aura za oknem nie jest w ostatnim czasie dla mnie sprzyjająca. I niestety nie powodowała bym miał więcej czasu dla swoich kulturalnych zainteresowań. Nie mniej coś tam udało mi się przesłuchać. Poniżej kilka płyt, które przesłuchałem w ostatnich dwóch miesiącach.
KNEECAP – Fine Art. Przyznam szczerze, że do momentu ogłoszenia przez Artura Rojka występu KNEECAP na przyszłorocznym OFF Festiwalu, nie słyszałem o tym północnoirlandzkim zespole nic. Dobrze jednak było nadrobić te zaległości, gdyż raperzy z Belfastu są obecnie na językach za sprawą filmu „Kneecap. Hip-hopowa rewolucja„, który w ten weekend zadebiutował w polskich kinach. Póki co nie widziałem jeszcze obrazu w reżyserii Richa Peppiatta (zamierzam to w najbliższym czasie zmienić), jednak ci, którzy go widzieli wypowiadają się w ciepłych słowach. Poza filmem warto także sprawdzić ich najnowszy longplay „Fine Art„. Drugi w dorobku krążek to zestaw 18 kawałków, który poza hip-hopem oferuje także nieco irlandzkiego folkloru, post-punku jak i skocznego drum and bassu. Generalnie ciężko zrozumieć o co im chodzi w tekstach, gdyż rapują w swoim ojczystym, irlandzkim języku. Niemniej płytę „Fine Art” słucha się świetnie i jest to porcja solidnego hip-hopu, który w idealnych proporcjach czerpie z klasyki i wnosi wiele świeżego powiewu w gatunek. Ocena: 8/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
The Smile – Cutouts. Podobno obecnie w ciągu jednego dnia pojawia się więcej nowych piosenek, niż w przeciągu całego roku 1989. Artyści są płodni, to fakt. Co więcej dzięki internetowi mają znacznie krótszą drogę do publikacji swoich dzieł. Jednak pewne reguły gry pozostawały niezmienne. Jak okresy w wydawaniu nowych płyt. Dwa nowe albumy w ciągu jednego roku? Takie rzeczy robili Beatlesi, gdyż nie jeździli z koncertowym tournee do Australii, Singapuru i Boliwii w ciągu jednego miesiąca. Thomowi Yorke’owi takie coś zdarzyło się ostatni raz blisko ćwierć wieku temu, gdy w 2000 roku Radiohead wydało dwa krążki: „Amnesiac” oraz „Kid A”. Od okolic 2011 roku ciężko mówić o płodności w wydawaniu nowej muzyki przez lidera Radiohead. Dlatego też, nowa płyta projektu The Smile cieszy niezmiernie. Oczywiście siłą rzeczy, wiele osób porównuje ten krążek do poprzedniego „Wall of The Eyes„. Dla mnie to są jednak dwa zupełnie inne albumy, aczkolwiek można dopatrywać się wielu podobieństw. Generalnie „Cutouts” to podobnie jak poprzednia płyta The Smile kawał dobrej muzyki. Formę Greenwooda oraz Yorke’a można porównać do strzeleckiej formy Harry’ego Kane’a. Cały czas coś wpada, czy to do ucha czy to do siatki. Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Magdalena Bay – Imaginal Disk. Heh, nie sądziłem, że jakakolwiek płyta dream-popowa czy też indie-popowa będzie w stanie mnie urzec. Gatunek ten w ostatnich latach niemiłosiernie mnie wynudził, że nie spodziewałem się wielkich rzeczy, które mogłyby wnieść jeszcze coś do tematu. Oczywiście, byłem w błędzie, gdy pierwszy raz przesłuchałem „Imaginal Disk” grupy Magdalena Bay. Było to pod koniec wakacji i pamiętam ten SZOK, gdy usłyszałem te kompozycje. Oczywiście czytałem same dobre recenzje tej płyty, ale odbierałem to na zasadzie zachwytów jak nad Beach House. Recenzje dobre – muzyka nudna. Tutaj jest zupełnie inaczej. „Imaginal Disk” to jakiś pierdolony potwór dobrych melodii, jakiś ukrytych smaczków, wspaniały linii melodycznych, wokalnych i rozbudowanych kompozycji. Każdy utwór na tej płycie to istna perfekcja dźwiękowa. I wiecie jeszcze co? Ten album ma na prawdę niesamowity, lekki i oryginalny klimat. Do takich płyt wraca się latami. Ocena: 9/10.
Tradycyjnie już, wróćmy na chwilę do minionego roku by wspomnieć pominięte przeze mnie muzyczne albumy, które warto znać!
Mitski – The Land Is Inhospitable and So Are We. Po Pani Mitski Miyawaki, urodzonej w Japonii a tworzącej w Nowym Jorku Artystce zawsze można się spodziewać dobrej muzyki. Pisałem o niej już wielokrotnie w kontekście płyt takich jak „Be The Cowboy„, „Puberty 2” czy też „Laurel Hallo„. Każda z tych płyt była świetna, i tak samo jest z najnowszym „The Land Is Inhospitable and So Are We„. Krótki (Trwa trochę ponad półgodziny), zwięzły i konkretny materiał to zbiór świetnych kompozycji opartych na niemal grunge’owych gitarowych riffach i melancholijnych melodiach. Najlepsze momenty? „Buffalo Replaced” oraz fenomenalny, kończący całość „I Love Me After You„. Jednak nie chcę tutaj ich wyróżniać, bo całość jest warta uwagi. Poważny kandydat do mojego Podsumowania rocznego, jak i dla organizatorów festiwali. Dlaczego jeszcze jej nie widziałem na Offie albo Tauronie, ja się pytam? Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Animal Collective – Isn’t It Now?Magicy z Baltimore na swoim najnowszym, 12 już albumie ponownie udowodniają, że nie należy o nich zapominać. Co prawda, można śmiało wyjść z tezą, że ich lata świetności to odległa przeszłość. W końcu ostatni album grupy, który coś tak na prawdę znaczył, czyli „Merriweather Post Pavilion” miał premierę 15 lat temu! Jednak bądźmy uczciwi, nie można wiecznie odkrywać muzyki na nowo a chłopaki tak na prawdę wciąż utrzymują swój, dość wysoki poziom. „Isn’t It Now?” Wydaje się być ich najbardziej przystępną i melodyjną propozycją. Nie ma tutaj za wiele eksperymentów ani też szalonych odjazdów. Nie ma także przynudzania, ani dziaderstwa. Ot, przyzwoity krążek. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Wilco – Cousin. Na cóż, mamy rok 2024. Wilco na scenie prawie od 30 lat, na koncie 13 albumów studyjnych, Jeff Tweedy nagrywa już nawet ze swoim synem jako zespół Tweedy a na OFF Festivalu jak nie było zespołu z Chicago, tak dalej nie ma 😉 Taki mały żarcik w stronę Rojka, który o tym Wilco już tyle mówił. Pytanie tylko, czy dalej warto zapraszać ten już legendarny zespół indie rockowy? Myślę, że zdecydowanie tak. Bo mimo, że ich muzyka to nie jest już tak WIELKA RZECZ, to jakoś czuje się spokojniejszy gdy wiem, że oni dalej trwają i robią swoje. A „Cousin” to bardzo przyjemna w słuchaniu płyta, i tak jak jest miła i pogodna, tak też z łatwością wypada z głowy po czasie. Nie mniej warto i tak posłuchać. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Baroness – Stone. W 2019 roku grupa Baroness zakończyła rozpoczęty w 2007 roku albumowy poczet kolorów. Swoją drogą do tej pory jestem ogromnym fanem wersji czerwonej. Album „Gold & Grey” wieńczący ten schemat nieco podzielił fanów, a ukazujący się w zeszłym roku krążek „Stone” miał być załagodzeniem sprawy. Grupa na czas nagrań zamknęła się w chatce w lesie (Sprawdzona metoda na znalezienie właściwej równowagi albo zaćpania się na śmierć), dodała parę nowości, poprawiła niedoskonałości i w ten sposób pojawił się „Stone„. Najnowszy album to kwintesencja rocka progresywnego, która wniosła trochę świeżości do ich dyskografii oraz stanowiła zwięzły album bez zbędnych zapchajdziur i kulawych pomysłów. Być może nie wymyślili prochu tym albumem, ale wrócili na właściwy tor. A kamień może będzie teraz zapowiedzią materialnych albumów? Pożyjemy, zobaczymy. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Tinashe – BB/ANG3L. Od wydania „2 On” mija blisko dekada, a ja wciąż mam w pamięci Tinashe jako debiutującą dwudziestolatkę. A w tym czasie artystka z Kalifornii wydała już 6 albumów studyjnych. Chociaż jej ostatni krążek, o którym mowa to zaledwie nieco ponad 20 minut materiału. Bardziej wygląda na EP-kę, ale zwał, jak zwał to w końcu muzyka. A ta jest wyborna na przestrzeni tych 7 piosenek. Świetny R&B, który momentami wchodzi w trapowe brzmienie. A sama Tinashe wciąż uwodzi nas swoim wokalem. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Olivia Rodrigo – GUTS. Urodzona w 2003 roku (Jak powstał mój blog, to miała 4 latka hehe) w Tameculi (Stan Kalifornia) Olivia Isabel Rodrigo to najnowsza ulubienica Pitchforka. Co prawda 20 letnia wokalistka, swój debiutancki album „Sour” wydała dwa lata temu, to jednak na szersze wody wypłynęła za sprawą „GUTS„. Oczywiście rozumiem skąd się wzięły te wszelkie zachwyty. Dziewczyna ma miła aparycję, miły głos i nagrywa przyjemny indie-pop, który wpadnie każdemu do ucha. Mi też wpadł. Pytanie tylko na jak długo tam zostanie? To pokaże czas, póki co ode mnie szósteczka bo przypomniało mi się jak słuchałem 14 lat temu nijaką Hannę Georgas. A wspominam o niej, bo być może za parę lat nas jeszcze bardziej zaskoczy. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
James Blake – Playing Robots Into Heaven. Szósty album w dorobku londyńczyka to pozycja znacznie mniej mainstremowa i bardziej wymagająca w odbiorze. Jednocześnie nie jest on wcale gorsza od poprzednich wydawnictw muzyka, gdyż ten przyzwyczaił słuchacza już do wysokiego poziomu swoich produkcji. Tym razem trafiamy w sam środek ambientowej potańcówki, gdzieś w zadymionym berlińskim klubie. Zatańczymy, jednak będzie to bardziej wyrafinowany taniec. A Sam Blake ma przy tym wciąż wiele uciechy. Generalnie kapitalna płyta z świetnym cyfrowym klimatem. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
PRO8L3M – PRO8lXM. Trudno nie wspomnieć na łamach bloga ważnego jubileuszu jaki obchodził w minionym roku hip-hopowy duet PRO8L3M. 10 lat od muzycznego debiutu, ale to strzeliło! Kurczę, w sumie to pamiętam jak Myslovitz obchodził taki jubileusz i wtedy wydawał mi się to taki kawał czasu… A było to dwie dekady temu! Wróćmy jednak do samego Oskara i Steeza. Mam do nich ogromny szacunek bo wnieśli wiele świeżości na polską scenę hip-hopową. Wszyscy pamiętamy przecież legendarne „Art Brut„, ale przecież debiutancki krążek „PRO8L3M„, czy też „Ground Zero Mixtape„, „Art Brut 2” czy też „Widmo” mają swoje kozackie momenty. Chłopaki wypracowali swój własny styl polegający na łączeniu wstawek retro z futurystycznymi, nowoczesnymi bitami. Na PRO8LXM wciąż to robią, tylko ma to niestety mniejszą siłę rażenia. Płyta nie spotkała się z gorącym przyjęciem wśród krytyków i słuchaczy, jednak polecam wrócić do materiału po czasie i wtedy wyrobić sobie zdanie. Bo początkowo także wydawała mi się strasznie schematyczna i ograna, jednak po czasie wyłapuje więcej na niej smaczków. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Blur – The Ballad of Darren. Macie też takie poczucie, że to najbardziej pominięta płyta minionego roku? W końcu to Blur wydaje nową płytę i jakoś wszelkie reakcje, gdzieś gubią się po drodze. A pamiętam przecież, ile emocjo towarzyszyła premiera „The Magic Whip” kiedy to zespół powrócił do nagrywania po 12 latach. Teraz minęło również nie mało, bo 8 równych lat. I gdzieś ta informacja zaginęła pomiędzy 5 sekundowymi filmikami, szybkimi informacjami, postami na insta i wszelkimi wiralami. Żyjemy szybko, informacja szybko pojawia się i równie szybko umiera. Czy mamy w ogóle czas na wsłuchanie się w powolne, nostalgiczne melodie Blur i życiowe mądrości Damona Albarna? Warto trochę się zatrzymać, posłuchać „The Ballad of Darren” bo to bardzo ładna i mądra płyta. I należy pamiętać, że lata 90 się już dawno skończyły a pałowanie się o wyniki sprzedaży pomiędzy Blur i Oasis już nie ma sensu. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
billy woods / Kenny Segal: Maps. To z pewnością najlepsza płyta hip-hopowa w starym stylu minionego roku. Dlaczego w starym stylu? Zapomnijcie o auto-tunie i dyskotekowych bitach. Tutaj mamy klasyczny, nieco toporny flow woodsa oraz ponure, jazzowe bity stworzone przez Segala. Swoją robotę robi przede wszystkim kapitalna produkcja oraz zestaw gościnnych występów, gdzie pojawiają się m.in. Danny Brown czy też Aesop Rock. Album jest także zwięzyły, gdyż składa się z 17 krótkich utworów, które w połączeniu dają materiał trwający trochę mniej niż połowa piłkarskiego meczu. To nie pierwsza współpraca wooda z Segalem, ale pierwsza, która dała tak wyśmienity efekt! Ocena: 8/10
Minioną majówkę oceniłbym pod względem pogodowym na mocne 5/10. Niemniej coraz dłuższe dni i całkiem ciekawe propozycje na rynku muzycznym sprawiają, że przekreślałbym przedwcześnie tegoroczną wiosnę. Sprawdźmy co tam było słuchane w tym czasie.
Gorillaz – Cracker Island. Na pierwszy rzut coś istnie w wiosennym, jak nie wakacyjnym klimacie. „Cracker Island” to już ósmy długograj w dorobku goryli. Lider i założyciel projektu, znany przede wszystkim z dokonań grupy Blur – Damon Albarn po raz kolejny dobrze się bawi przy tworzeniu lekkiej, melodyjnej i opartej na syntezatorach muzyce. Jego flagowy produkt – Blur poszedł w odstawkę (być może już na zawsze), ale Gorillaz ma się dobrze. Być może nie jest to już tak rewolucyjna muzyka jak za czasów pierwszych trzech krążków „Gorillaz„, „Damon Days” czy też „Plastic Beach„. Jednak konsekwencja i systematyczność ostatnich płyt pokazuje, że zespół wciąż jest w formie. „Cracker Island” ma sporo dobrych momentów. Przykładowo taki „Silent Running” pokazuje, że Albarn wciąż potrafi stworzyć dobrą kompozycję od początku do końca. No i ta lista gości: Thundercat, Tame Impala, Beck. Robi wrażenie! Na pierwsze ciepłe dni tak płyta pasuje jak makaron do rosołku. Skosztujcie koniecznie! Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Kali Uchis – Red Moon in Venus. Kali Uchis to jedna z tych artystek o których na blogu piszę tylko i wyłącznie w samych superlatywach. I nie bez powodu! Bo każde jej dotychczasowe wydawnictwo był zawsze muzycznym zjawiskiem, tak jest i tym razem. Z jedną różnicą. Jej tegoroczny album wydaje się być jednak tym najlepszym, opus magnum dotychczasowej twórczości. Piosenkarka o kolumbijskich korzeniach podobała mi się już przy okazji współpracy z Tylerem, The Crator. Ich wspólne single do tej pory goszczą u mnie na słuchawkach. Jednak w tamtym czasie wciąż brakowało potwierdzenia jej jakości za sprawą albumu. I taki pojawił się w 2018 roku. Debiutancki „Isolation” był porządną dawką muzyki z gatunku R’n’B. Jednak dopiero „Red Moon in Venus” rozbił bank. I to zasłużenie, bo każda kompozycja na tym albumie to pierdolony majstersztyk. Rozpisywanie się o każdym nie ma sensu, to po prostu trzeba przesłuchać. Wiele opinii, że to album roku (Już w pierwszym kwartale roku!) wcale nie jest przesadzonych. Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Piotr Kurek – Peach Blossom. Co prawda warszawski kompozytor Piotr Kurek tworzy już dawna, a jego pierwsza płyta „Lectures” ukazała się w 2009 roku, jednak dopiero głośno o nim się zrobiło za sprawą zeszłorocznego krążka „World Speaks„. Pitchfork rozprawiał na temat wpływu tradycyjnego folku na współczesną muzykę elektroniczną nawiązując właśnie do jego wydawnictwa z 2022 roku. Z kolei recenzje ów albumu pojawiły się m.in. na łamach The Quietus czy też Cyclic Defrost. Podobny zasięg rażenia osiągnął również tegoroczny „Peach Blossom„. I nic dziwnego, bo to kolejne kapitalne dzieło z kategorii folk i electronic. Kurek jak mało kto idealnie łączy te dwa gatunku nadając im świeżości i oryginalności. Utwory na kwiecie brzoskwini to klimatyczne i wychodzące poza wszelkie ramy doznania muzyczne. Jeżeli chcecie posłuchać czegoś na prawdę innego, to myślę, że powinniście sprawdzić najnowszej propozycji od Pana Piotra. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Lana Del Rey – Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd. No, cóż nie wiedziałem, że jest tunel pod Ocean Blvd. Być może z tego powodu, że nigdy nie byłem na Florydzie. Co więcej nigdy nie byłem w USA, a w zasadzie najdalej na zachód od granicy Polski to byłem w Mediolanie. Jednak nie będziemy tutaj rozprawiać o moich wyjazdach, a jeżeli kiedykolwiek zobaczycie bym na blogu lub moich social mediach wrzucał selfie z windy to weźcie mnie zgłoście, bo to prowadzi to jakiś żenujących rankingów filmików na youtube. Wróćmy do meritum. Najnowszy album Lany Del Rey jest dokładnie taki jakiego można by się spodziewać po tej artystce. Są piękne, melodyjne, nieco rozmazane ballady o miłości. Jest wiele retromanii w stylu czarno-białego amerykańskiego kina samochodowego gdzieś z amerykańskiego zadupia. Ta estetyka jak do tej pory sprawdzała się wybornie i co by tu rzec, dalej się sprawdza. Pani Del Rey jest wspaniała bo to muzyka dla każdego,a rzadko udaje się nagrać coś co posłuchają muzyczni znawcy jak i zwykli zjadacze radiowej papki. No, ale to też zbyt duże uogólnienie. Ona po prostu broni się świetną muzyką. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Slowthai – Ugly. Brytyjskiego rapera usłyszałem po raz pierwszy w 2019 roku podczas Off Festiwalu. Ależ, to był zachwyt. Nie spodziewałem się jednak wtedy, że Slowthai stanie się tak ważnym graczem na rynku europejskiego hip-hopu. Co więcej jego krążek „TYRON” to w moim rankingu płyta numer 1 za rok 2021, a to już coś. Tegoroczny „UGLY” już nazwa dobrze określa. Materiał na nowym albumie jest szorstki, trudny, momentami ciężki. Porównałbym ten przeskok do tego co swego czasu zrobił Kane West na albumie „Yeezus„. Co prawda „UGLY” nie jest brzydkie na całej długości, bo jest tu mega pozytywny singiel „Feel Good” czy też melodyjny „Never Again„. Cały album dobrze obrazuje utwór „Falling„, który zaczyna się niepozornie jednak kończy się dość brutalnym „darciem japy”. Być może Slowthai w tym roku nie dostanie ode mnie tytułu najlepszej płyty roku, ale na pewno będzie wysoko bo to mimo wszystko kozacki materiał. Cheers! Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Tyler, The Creator – CALL ME IF YOU GET LOST: The Estate Sale. Nie jestem pewien, czy akurat ostatni album Tylera chciałem usłyszeć w wersji DELUXE. Uważam, że „Flower Boy” czy też „Igor” to znacznie lepsze propozycje od Pana Okonmy. Jednakże fajnie było zajrzeć do tego krążka ponownie i posłuchać dodatkowych b-sideów. Co prawda bonusowe tracki nie wpływają znacznie na ocenę, dlatego pozostajemy przy tym co było w 2021 roku. Ocena: 8/10