Off Festival 2012

Kolejna edycja OFF Festivalu już za nami. Tegoroczny Off był moim piątym i niestety chyba najgorszym jak do tej pory. Oto relacja z trzydniowego święta muzyki alternatywnej.

Pierwszy dzień rozpocząłem od wizyty w Namiocie Trójki, gdzie grały Nerwowe Wakacje. Twórcy zeszłorocznej, kapitalnej płyty „Polish Rock” pomimo skwaru panującego w namiocie dali fajny i odświeżający występ. Scena ozdobiona dmuchanymi rekinami przywoływała w moim umyślę świeże wspomnienia z Łeby, natomiast wykonanie live „Superman is dead”, „Dangerous” oraz „Wpół drogi” tylko podniosło moją ocenę dla tego występu. Cieszę się, że wystąpili w tym roku w Katowicach, zwłaszcza, że OFF od paru lat śmierdzi jednymi i tymi samymi polskimi kapelami. Następnie udałem się pod scenę główną by zobaczyć co zaprezentuje Kurt Vile and Violators. Jednak zanim na dobre się rozkręcił przegrał u mnie w batalii z strefą gastronomiczną. Kiełbaska już powoli stygła.

Iggy Pop

Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb mogłem dalej realizować swój offowy plan. Z ciekawości zaszedłem zobaczyć występ grupy Converge. Niemal legendarny, hardkorowy  zespół dał świetny, energiczny oraz żywy występ. Mimo, że większość publiki była tam tylko z ciekawości to dało się poczuć energię tkwiącą w tych utworach. Poza tym lider i wokalista grupy Jacob Bannon robił wszystko by nikt nie nudził się pod sceną. Dodatkowo grupa zagrała kilka, nowych utworów z wychodzącej na jesień płyty. Następny w kolejności był występ Chromatics. Na ten koncert liczyłem od samego początku. Po nieustannym słuchaniu ich najnowszego albumu „Kill For Love” i zapoznaniu się ze starszymi dokonaniami oczekiwania były dość duże. Niestety skończyło się na małym niedosycie. Może to wina tego, że o tak wczesnej porze musieli grać swoje typowo nocne i transowe utwory? Może (a nawet na pewno!) scena namiotowa była za mała na ten spektakl? Pytań jest sporo, ale pomimo to miło było usłyszeć tak rewelacyjne utwory jak „Lady” czy też „Running Up The Hill”.

Niesprzyjająca pogoda nie pozwoliła mi zobaczyć od początku koncertu Death In Vegas. Może to i dobrze? Zwłaszcza, że Richard Fearless oraz Tim Holmes to co najlepsze zostawili  na koniec. Kończące występ  „Hands Around My Throat” dało mi sporego kopa i zastrzyk energii na najbliższe kilka godzin. W czasie kiedy większość oglądała popisy Charles’a Bradleya na scenie głównej lub zajadała szaszłyki, na scenie namiotowej miał miejsce bardzo przejmujący i wyciszający koncert duetu King Creosote & Jon Hopkins. Dwójka Szkotów przy pomocy klasycznej gitary i fortepianu wytworzyła uroczą atmosferę. Namiot w tym czasie stał się centrum wypoczynku, relaksu oraz refleksji. Dychneliśmy sobie głęboko. Przechodząc obok sceny leśnej na chwilę przystanąłem by zajrzeć co zaprezentuje Mazzy Star. I mimo, że w tym czasie amerykański zespół grał jeden ze swoich najlepszych kawałków to nie potrafił przekonać mnie bym pozostał dłużej.

Baroness

Parę minut po północy rozpoczął się koncert gwiazdy dnia, którą był angielski band Metronomy. Wybór dość dziwny, ale trafny marketingowo bo na ich występ czekało wiele młodych osób. Grupa, która tak naprawdę swój sukces zawdzięcza ostatniej płycie „The English Riviera” stworzyła fajny, taneczny występ, który chyba każdemu zleciał bardzo szybko. Metronomy punktowało piosenkami z ostatniego albumu, jednak kiedy pojawiały się starsze utwory emocje troszkę opadały. Pomimo to każdy patrzył na nich przychylnym wzrokiem, bo w końcu oni jako jedyni na tym festiwalu byli jakąś świeżą gwiazdą. Dodatkową uciechą był fakt, że od wokalisty dowiedzieliśmy się o pierwszym złotym medalu w Londynie. Było kolorowo, było słodko, było fajnie. Czekamy na kolejny występ w Polsce. Po Metronomy udałem się na swój debiut na scenie eksperymentalnej. Duży plus, że postanowiono ją bardziej przewietrzyć niż namiot Trójki, ale ta scena wciąż jest za mała. Na Shabazz Palaces stawili się nie liczni, większość wybrała Atari Teenage Riot. Przyznam się, że troszkę więcej się spodziewałem po Shabazz Palaces. To nie był typowy hip-hopowy koncert, ale to nie jest również typowy hip-hopowy zespół. Było bardzo minimalistycznie. Zmęczenie nie pozwoliło mi wytrwać do końca, ale mimo to byłem zadowolony, że udało mi się zobaczyć dość sporo koncertów.

Dzień drugi rozpocząłem później od piątkowego ze względu na mobilizację związaną z MF Doom’em. Pierwszym koncertem tego dnia był występ amerykańskiego, punk’owego zespółu Pissed Jeans. Występ na scenie eksperymentalnej dla tej grupy o tak wczesnej porze był małym nieporozumieniem, co zarówno podzielał sam zespół. Bo cóż takiego eksperymentalnego jest w zwykłym graniu punka? To był bardzo prosty, głośny i energiczny koncert. Publika najbardziej ożywiła się podczas odgrywania oficjalnego motywu Offa, czyli „Fales Jesii Part 2”, jednak i pozostałe kawałki zachęcały do szalonego skakania w tłumie. Można śmiało stwierdzić, że ten występ dosypał do pieca jakim podczas tych czterdziestu-paru minut stał się namiot sceny eksperymentalnej. Następni w kolejności czekali muzycy z Baroness. I tutaj niestety musze popsioczyć troszkę. Już nie chodzi o scenę i porę grania, które były dobre. Chodzi o nudy jakie zaserwowali nam Ci kolesie. Przez cały występ nie potrafili rozruszać ludzi. Powstał mały piknik na koncercie grupy metalowej, to ogromny cios w policzek. Słabiutko. Szkoda, że nie wybrałem w tym czasie Dominique Young Unique.

The Antlers

O wiele lepiej zaprezentowała się angielska formacja The Wedding Present, która odgrywała na scenie leśnej w całości materiał ze swojego opus-magnum „Seamonsters”. Mimo, że nie spodziewałem się niczego wielkiego to zespół zaskoczył mnie swoją niespotykaną energią. Przeprosili za swoją 27-letnią nie obecność w Polsce, ale to nie szkodzi. Warto było czekać tyle lat na TAKI występ. Po kolei odgrywane utwory z „Seamonsters” same zmuszały nogę do tupania a rączki do klaskania. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Po tym występie zrobiłem sobie przerwę. Zignorowałem koncert Thurstona Moore’a solo, gdyż mam jeszcze świeże wspomnienia z spektaklu Sonic Youth z 2007 roku, nie chciałem sobie tego popsuć. Jednak The Antlers już nie pominąłem. Ze względu na małą ilość fajnych debiutów na Offie w tym roku, cieszyłem się ogromnie, że wystąpią na scenie leśnej. Zwłaszcza, że bardzo mi się podoba ich płyta „The Burst Apart”. Mimo, że nagłośnienie tego gigu było fatalne to nie przeszkadzało mi to w chłonięciu magicznych, rozbudowanych utworów The Antlers. Widać, że chłopaki są bardzo nieśmiali i generalnie nie klei im się gadka do publiki, jednak czarowali brzmieniem. Na żywo ta płyta brzmi jeszcze lepiej.

Po The Antlers nastał koncert całego Offa, na którego chyba każdy czekał. Miał wystąpić słynny Iggy Pop ze swoim zespołem The Stooges. Mimo, że mało kto słucha ich płyty i mało kto zna coś innego od „The Passenger” to każdy kojarzy blond szaleńca bez koszulki. Podziwiam Iggy’ego, że mimo 65 lat na karku wciąż zachowuje się jak młodzieniaszek. Zespół zagrał tak, by się spodobało publiczności. Czyli nie zabrakło motywów z tańczeniem na scenie przez grupkę wybrańców z pierwszych rzędów, podchodzeniem do publiczności i przekazywania im mikrofonu. Sam Iggy skakał, pluł, przeklinał, krzyczał, robił te swoje miny oraz  w  pewnym momencie zniknął ze sceny. Podejrzewałem, że już nie wróci, że po raz kolejny wywoła skandal. Jednak wrócił a na sam koniec zaserwował wszystkim ten wyczekiwany „The Passenger”, bez którego w zasadzie ten koncert może i nawet lepiej bym odebrał.

Ostatnim koncertem tego dnia były hip-hopowe zmagania legendy gatunku MF DOOM’a. Nie oczekiwałem, że przebije Raekwona z 2010 roku, ale nadzieje były mimo to dość spore. I było smerfastycznie. Doom wraz ze swoim „niewidzialnym DJ’em” przeplatał klasyczne kawałki z „Operation Doomsday” z tymi nowszymi. Proporcje były idealne. Doom droczył się z publiką, dowcipkował, nauczył się słowa piwo, skleił parę żółwików i prawie wskoczył w tłum niczym rockman. Był tego wieczoru w formie. Panie Rojek za rok chcemy Ghostface Killah! Drugi dzień dobiegł końca.

Thurston Moore

Trzeci dzień nie zapowiadał się tak okazale pod względem koncertów jak poprzednie, jednak to trzeciego dnia udało mi się zobaczyć najbardziej egzotyczny występ tej edycji. Mowa o Group Doueh, która przyjechała do Katowic prosto z Zachodniej Sahary. Tego typu akcenty zawsze są dużym plusem każdego festiwalu. Obcowanie z inną muzyką niż tą „zachodnią” naprawdę rozwija horyzonty. Poza tym szacunek dla gitarzysty, który chyba ze pół występu trzymał gitarę za głową. Następnie postanowiłem się wybrać na leśne disco przy dźwiękach Dam Funk. Damon G. Riddick, który stoi za tym projektem jest współczesnym Barry’m White’em. Dosłownie. Godzina tego występu to było istne taneczne szaleństwo przy dźwiękach bałnsującego Dam FunK. Przez moment smutne Katowice zamieniły się we słoneczną Kalifornię. Była magia. Po koncercie Pan Riddick nie potrafił się rozstać ze publicznością i postanowił każdego porządnie przytulić. Fajny z niego gość. Ale dość tych czułości, trzeba pędzić pod scenę główną gdzie grają Battles. By określić jednym słowem ten występ trzeba by powiedzieć, że było bardzo… matematycznie. Precyzja, brzmienie, pewnego rodzaju surowość, najlepsze efekty wizualne stworzyły niepowtarzalny klimat pod główną sceną. Poza tym podziwiam perkusistę Battles, to co on wyczyniał przez tą godzinę wprawiało w zachwyt. Chyba cały występ patrzyłem tylko na niego i ten jego fikuśnie ułożony zestaw perkusyjny z talerzem na wysokości dwóch metrów.

Tego dnia udało mi się jeszcze zobaczyć fragment występu Stephena Malkmusa wraz ze zespołem The Jicks. Mimo, że te piosenki generalnie dupy nie urywają to grzechem byłoby nie zobaczyć chociaż przez chwilę legendarnego frontmana Pavement. Ostatnim koncertem dla mnie tego dnia był występ w namiocie grupy Iceage. Duńczycy zaprezentowali się bardzo.. głośno. Była punkowa rebelia w stylu Kopenhagi, był hałas i był to zdecydowanie najbardziej energiczny występ tego Offa. Jednak nie można było tego odczuć w pełni, gdyż scena namiotowa w tym czasie była niemal pusta ze względu na nudne Swans.

Kilka słów podsumowania. Poważnie martwię się o przyszłość tego festiwalu. Tegoroczna edycja prawdopodobnie była najgorszą na której było dane mi być (OFF 2009 także walczy o to miano). O ile Artur Rojek już rok temu trosze spuścił z tonu po fenomenalnym Offie w 2010 to w tym roku całkowicie zaserwował nam przebitego kapcia. Dużym problemem tego festiwalu było pójście w stronę starszych kapel z niemal całkowitym pominięciem młodych, energicznych debiutów. To był OFF nazwisk, jednak w tym przypadku to wyglądało tak jakby podano nam w barze Polococtę zamiast oryginalnej Coca Coli. Thurston Moore i Kim Gordon osobno nigdy nie będą jak Sonic Youth. Poza tym OFF Festival przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze mam dylematy koncertowe. Wybrać występ Clinic czy może iść na Caribou? W tym przypadku dylemat był jeden: iść na piwo czy iść się nudzić pod scenę? Poza tym dobór scen i pór zepsuł wiele dobrze zapowiadających się występów.  No i na koniec coś co mnie boli już od paru edycji, jednak w tym momencie już nie mogłem tego zdzierżyć. Czy naprawdę nie ma innych polskich artystów niż Ci co są niemal na każdym Offie? Dlaczego zabrakło Izy Lach a po raz kolejny scenę główną zmarnowaną na nudną Nosowską? Dlaczego zabrakło świeżych punkowych debiutów The Kurws lub Gówno a zaserwowano nam po raz kolejny zjadające swój własny ogon Cool Kids of Death. Nie piszę tego specjalnie, nie chcę nikomu dowalić, nie mam zamiaru hejtować ani napinać się jak wielu hipsterów uważających się za znawców. Ja po prostu się martwię. Lubię ten festiwal i chciałbym by kroczył drogą światła. Mam nadzieję, że za rok o tej porze będę pisał relację z Offa z wypiekami na twarzy. Tego sobie i Wam życzę.


Muzyczne podsumowanie roku 2011: Single

Muszę przyznać, że w poprzednim roku usłyszałem wiele fajnych piosenek. Zrobienie tego podsumowania nie było łatwe. Oto próba odwzorowania roku 2011 w singlach:

20. Adele – Rolling In The Deep. Mocny, fajny głos Adele, energiczna piosenka i kolejne bite rekordy popularności. Idealna opozycja dla Lady Gagi, która zjada już swój ogon. Mimo, że ma za dużo tych wszystkich speców od marketingu, którzy zupełnie do niej nie pasują to lubię ją a „Rolling In The Deep” to jedna z tych piosenek, która mi się wciąż podoba mimo, że radio wałkuje ją na okrągło.

Posłuchaj

19. Cool Kids of Death – Plan Ewakuacji. Podoba mi się ta nowa odsłona „Kulek”. Bardziej melodyjna i popowa strona im pasuje a „Plan Ewakuacji” udowadnia tę tezę w zupełności. Fajny tekst, dobrze zaśpiewany przez Krzyśka Ostrowskiego plus muzyka a la różowo-gorzkie The Rapture. Brawo.

posłuchaj

18. Uffie – Wordy Rapinghood. Cover piosenki Tom Tom Club w wykonaniu Anna-Catherine Hartley to jeden z fajniejszych cover’ów poprzedniego roku. Odświeżony, energiczny z fajnym „ramciamtamtam” i quasi rapem Uffie. Na zupełnym luzie. Fajne, fajne, czekamy na drugi album.

posłuchaj

17. WU LYF – Cave Song. Wu Lyf to moje ubiegłoroczne odkrycie w rytmach indie rocka spod znaku takich typów jak Wolf Parade. Fajna, gitarowa, momentami patetyczna piosenka z kopem. Rojas wiesz co masz robić.

posłuchaj

16. Iceage – White Rune. Młodziki z Danii ożywiły zeszłoroczną scenkę ambitnego punka. White Rune to esencja żywiołowego, dwu minutowego grania ze świetnym refrenem, ostrym gitarowym riffem i rewelacyjną perkusją. Dobra robota.

posłuchaj

15. Destroyer – Kaputt. Świetny teledysk, ale sama piosenka również dodała wiele miłych wrażeń. W sumie to wszystkie piosenki z najnowszej płyty Destroyer’a zasługują na wyróżnienie, jednak trzeba było wybrać tę jedna „reprezentatywną”. Poczujcie ten smooth klimat i zagłosujcie na tak przy nazwie Destroyer.

posłuchaj

14. Katy B – Broken Records. Pomysłowe połączenie popu z dubstepem, które idealnie odnajduje się na parkiecie. Fajny głos Katy B plus dyskotekowy klimat transu dało nadspodziewany dobry efekt. Mimo, że listy przebojów nie dały jej zbyt dużo czasu na otwarcie oczu ludziom to ja to kupuje.

posłuchaj

13. Neon Indian – Polish Girl. Ciężko by zabrakło w tym zestawieniu Alana Palomo, który tworzy utwory ambitne a zarazem taneczne. ‚Polish Girl” to takie chillwave’owe „Kokomo„. Dodatkowo należy wspomnieć, że to polskie dziewczyny najładniejsze i najfajniejsze są! Neon Indian też docenił.

posłuchaj / wersja z offa

12. Beyonce – Countdown. Beyonce jest chyba jak wino, tendencja zwyżkowa jest u niej widoczna już od paru lat. Tym singlem udowadnia, że piosenkarka z niej nietuzinkowa. Świetny podkład muzyczny plus ta zabawa głosem. Łączy w sobie kontrasty, szkoda tylko, że taki pop nie ma sił przebicia w radiu.

posłuchaj

11. Drake – Shot For Me. Zachwycałem się samym Drake’em całkiem niedawno. „Shot for Me” to dla mnie genialny kawałek o tęsknocie. Dużo uczucia, świetny tekst z frazami typu: „The way you’ve got your hair up: did you forget that’s me?” i generalnie wow, wow. Poza tym ten anielski głos Grahama.

posłuchaj

10. Cold War Kids – Skip The Charades. Z krótkim opisem tej piosenki miałem najwięcej problemów. Wiem, że podobnych utworów jest wiele, jednak dla mnie ten kawałek ma wymiar sentymentalny. Dodatkowo jest fajną piosenką, która dobrze się słucha. Całość oparta jest na cukierkowym, gitarowym motywie i mocnym głosie Nathan’a Willett’a. Wokalista Cold War Kids ma unikatową zdolność do pisania dobrych i życiowych tekstów.

posłuchaj

9. Iza Lach – Nic Więcej. Słodki, charakterystyczny głos Izy + fajny popowy podkład nawiązujący do tej najlepszej strony Cut Copy + świetny klawisz + „Nigdy nie powiesz nic więcej, choćbyś chciał i choć mnie trzymasz na rękę, puścisz i tak.” = rewelacyjna, popowa piosenka ze złamanym serduszkiem w tle. Może „Nic Więcej” nie jest jakieś skomplikowane, ale w prostocie siła. Wiedział to nawet Grzegorz Piechna potocznie nazywany kiełbasą. Trudno nie zauroczyć się w kompozycji młodej mieszkanki Łodzi.

posłuchaj

8. Florrie – Begging Me. Fajny, gitarowy pop z uroczą blondynką na wokalu. Życzyłbym sobie więcej takich piosenek, które zdobywają listy przebojów. Ta piosenka ma wszystko by się podobać: fajny, troszkę naiwny tekst, miły w odbiorze głos Florrie plus tło muzyczne jakby stworzone z połączenia The Strokes z Tears for Fears. <Tupię nóżką>.

posłuchaj

7. Washed Out – Far Away. Najlepszy chyba kawałek spod gatunku chillwave’u, który wypłynął w 2011. Genialny klimat, wokal Ernest Greene’a wydobywający się gdzieś z piwnicy, patetyczne skrzypce i cymbałki. „Far Away” naprawdę sprawia, że odlatujemy gdzieś daleko, daleko. Mój rok 2011 można podzielić na trzy etapy: przed Far Away, Far Away i post-Far Away.

posłuchaj / wersja ze saksofonikiem

6. Jay-Z & Kanye West – Niggas in Paris. Kanye West solo jest rewelacyjny, Jay-Z solo jest rewelacyjny. Więc jaki jest efekt ich współpracy? Jeszcze lepszy. Ci kolesie się dopełniają niczym RUN-DMC, Mulder i Scully czy też Tom i Jerry jednocześnie. Fajny, prosty podkład plus nawijka tych dwóch geniuszy składania trafiających w sedno zwrotek dało ciekawy efekt w postaci „Watch The Throne„. A o tym, że czarnuchy w Paryżu bujają się pokazali ostatnio na jakimś wybiegu mody. Yo.

posłuchaj

5. Juvelen – Make U Move. Ah Jonas Pettersson. Cała Ep-ka Make U Move była bardzo dobra, jednak to „Make u Move” przypadło wyróżnienie ze względu na bogatą warstwę muzyczną, taneczność, dynamikę, miażdżący bas oraz ogólną zajebistość tych 4 minut istnego szaleństwa. No i oczywiście te szepty na początku. Dobry electro-pop jest w cenie, a Szwed robi to doskonale.

posłuchaj

4. Wugazi – Sleep Rules Everything Around Me. Chyba najlepszy mash-up wszech czasów. Pomysł połączenia mojego ukochanego Wu-Tang Clan z moim ukochanym Fugazi był rewelacyjny. Operacja połączenia dała nadzwyczajne efekty a „Sleep Rules Everything About Me” jest wisienką na torcie. Nawijka wyrwana z „C.R.E.A.M.” (hip-hopowy hymn lat 90) z balladą Fugazi (Oni nie grywają ballad) ukazała nową świeżość.

posłuchaj

3. Atlas Sound – Lightworks. Piosenka stworzona jakby od niechcenia. Bradford Cox znany jest z tego, że piosenki pisać umie dobre. „Lightworks” było w poprzednim roku takim puszczeniem oczka. Jest słodko, jest miło i przytulnie. I to wszystko nagrane jakby gdzieś w jakimś garażu. Lightworks wydaje się być raczej utworem o śmierci, aniżeli miłości. „Everywhere I look / There is a light and There’s no pain”, ciekawy kontrast, ciekawe opisanie tego co nieuniknione.

posłuchaj

2. The Rapture – How Deep Is Your Love? W ubiegłe lato przypomnieli o sobie w wielkim stylu wydając, świetny, oparty na prostym klawiszu kawałek w ich stylu. Wszystko co najlepsze z dance-punku zgromadzone w jednym utworze: energiczna perkusja, błyskotliwy basik, banalny klawisz i jak zwykle bezkompromisowy głos Luke’a Jennera wyrzucający z siebie najważniejsze w tym momencie pytanie: How Deep Is Your Love? To była miłość od pierwszego usłyszenia.

posłuchaj

1. Junior Boys – Banana Ripple. Kanadyjski duet przy okazji wydania nowego albumu zapodał miażdżącym system 9-minutowym electro-pop’owym killerem. Junior Boys bardziej popowe ma rację bytu. „Banana Ripple” to dla mnie esencja poprzedniego lata – czyli najbardziej deszczowego i pochmurnego lata ostatnich 20 lat. Smutne disco w ich wykonaniu świetnie sprawdza się w każdej sytuacji a ciągłe powtarzanie „no You never” przyprawia o tak zwane ciary na plecach.  A wszystko oparte na prostych, lecz jak wciągających hookach. I najważniejsze spostrzeżenie, ten kawałek im dłużej trwa to tym większej nabiera mocy, rozkręca się ze sekundy na sekundę. Owacje na stojąco.

posłuchaj

Iceage – New Brigade

Kto powiedział, że punk się skończył?

Chcąc wygooglować coś na temat zespołu Iceage popularna wyszukiwarka zmyłkowo nas odsyła do innego zespołu o tej samej nazwie, tyle, że z odstępem pomiędzy Ice a Age. Znając album New Brigade zupełnie nie pasowało mi to, że tamten zespół jest z Nowego Jorku, przecież ten krążek jest taki europejski. Ponadto słychać na nim wyraźnie, że to debiutancki krążek z wszelkimi cechami debiutu jak brak kompleksów i pełen luz. Iceage zespół o którym chcę wspomnieć pochodzi z Danii i na niedawno wydanym New Brigade przekonuje nas, że punk wcale się nie skończył a nagrywanie w nonkonformistycznej konwencji wcale nie musi być kolejnym odgrzewaniem starego kotleta.

Duńczycy odświeżyli nam gatunek i dodali do niego trochę życia i duńskiej energii. Energia to będzie najważniejsze słowo określające debiut Iceage. Jest ona zawarta na całym albumie, który zaczyna się od intra, które zgrabnie przechodzi w White Run, które od razu kojarzy się z matematycznością These New Puritans. Dalsze kawałki jednak okazują się czystą punkową rewolucją gitarową, hi-hat pracuje tutaj cały czas. Album jest krótki, punk z założenia taki jest. Piosenka musi być konkretna, krótka i z przekazem. Na New Brigade tylko jeden utwór wychyla się ponad trzy minuty, reszta oscyluje gdzie w regionach 120 sekund. Natomiast tekstowo można ich interpretować na wiele sposobów: „Can You Keep A Promise / Alliance Is Our Home / We’ll Stay Together / In Brotherhood It Shows”. W tym aspekcie także nie stosują bogatych zabiegów. Wszystko opiera się na prostocie i sprawia, że ten album jest tak dobrze przyswajalny. Z pewnością stają się idealnym tłem do ostatnich wydarzeń z Londynu i okolic.

Punk nie jest raczej moim ulubionym gatunkiem, nigdy nie zasłuchiwałem się zbytnio w Sex Pistols czy The Clash, jednak potrafię docenić zespołu próbujące swoich sił w tej branży. Ocena: 7/10. Posłuchaj