OFF Festival 2015

offMiałem okazję być na X, jubileuszowej edycji OFF Festivalu. Ci, którzy śledzą moją twórczość na blogu za pewne dobrze wiedzą, że nie była to moja pierwsza wizyta na tym festiwalu. Nie chce mi się zbytnio pisać o kierunku jaki obrał Artur Rojek i porównywać tegorocznej edycji do poprzednich, dlatego zgrabnie przejdę do opisu występów, które udało mi się zobaczyć w tym roku.

Olivia Anna Livki

Aura panująca pod sceną główną o godzinie 15 nie była po stronie polskiej artystki. Upalne słońce jednak nie przeszkodziło Pani Livki w oddaniu półgodzinnego, energicznego występu. Polka mieszkająca na co dzień w Berlinie zaserwowała offowej widowni swoje najlepsze single takie jak: „Geek Power„, „Subways” oraz „Tel Aviv„. Olivia Anna Livki występowała we wcześniejszych edycjach festiwalu, dlatego doskonale wiedziała jak zabawić katowickich, wymagających słuchaczy. Przed tym występem patrzyłem na Panią Livki z przymrużeniem oka, jednak po ostatnich dźwiękach singla „Tel Aviv” wiedziałem, że muzyka jest jej ogromną pasją. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję kiedyś zobaczyć na żywo autorkę Strangelivv”.

Tania O.

Grupa, która wcześniej nagrywała pod szyldem Tania Odzież zaserwowała widowni zgromadzonej pod sceną leśną całkiem przyjemny występ. Porcja psychodelicznego, melodyjnego rock ‚n rolla warszawskiej formacji była tak świeża, że na moment zapomniałem o pond 30 stopniowym upale. Utwory takie jak: „Terrible Dancer„, „Billy” oraz „I Love Your Cat” na żywo brzmią równie dobrze jak w wersji studyjnej. Tania O. potwierdzili, że warto na nich stawiać.

Hidden World

O Hidden World słyszałem wiele pochlebnych zdań. By je zweryfikować postanowiłem się udać pod scenę Trójki. Jak się okazało opinie te nie były przesadzone. Grupa z Puław dała mocny, energiczny występ na którym nie zabrakło ich najlepszych utworów takich jak: „Day full of useless words” czy też „Vows”. Dodatkowo offowa widownia mogła usłyszeć nowy utwór, który powstał tydzień wcześniej i dowiedzieć się o zabawnej anegdocie dotyczącej jego wybory do setlisty. Nie są nowym AC/DC, ale wszelkie porównania do Fucked Up są całkowicie uzasadnione.

The Stubs

Hasłem przewodnim występu The Stubs na scenie leśnej było „gramy rock’n rolla”. Jak powiedzieli, tak zrobili. Trochę pond półgodzinny set upłynął w rytmach energicznego rocka. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się trochę więcej po warszawiakach. Momentami miałem wrażenie, że słyszę jedną i tą samą piosenkę. Jednakże na duży plus zasługują za kontakt z widownią. Lider grupy odpowiednio potrafił odwrócić uwagę od upalnego słońca wiszącego nad Doliną Trzech Stawów. Szczególnie poruszyła mnie historia ich kierowcy. Poza tym był to pierwszy koncert w moim życiu na którym muzycy prosili widownie o solidne „Buczenie”.

Ride - kolejna legenda lat 90, która się reaktywowała

Ride – kolejna legenda lat 90, która się reaktywowała

ILOVEMAKONNEN

Pod sceną główną rozkręciła się całkiem fajna imprezka. W związku z tym, że Makonnen Sheran nie dysponuje materiałem by zapełnić godzinny gig, to jego DJ przez około 20 minut puszczał klasyki gatunku. Nigdy nie sądziłem, że na offie usłyszę Drake’a, Dr. Dre, Snoopa i 2Paca podczas jednego występu. Dobra zabawa podtrzymała się również z wejściem Makonnena. Ziomek Drake’a zapodał wszystkie swoje kawałki wraz z singlem „Tuesday„, dzięki któremu się wybił. Widać było, że mocno chciałby być drugim Aubrey’em Grahamem. Pomimo, że Makonnenowi wiele brakuje do swojego idola, to czuć w nim potencjał. Sam koncert na plus. Fajnie, że Off odkrył się bardziej na hip-hop.

Future Brown.

Moje największe rozczarowanie tej edycji. Zacznijmy od tego, że średnio porwali do tańca. Może bardziej by pasowali na Tauron? Może, ale przecież na Offie też grało wiele elektronicznych projektów. Druga sprawa to jak komicznie wyglądali na scenie. 6 osób i żadna nie wiedziała co ma robić.

Xiu Xiu gra muzykę z Twin Peaks

Jeżeli ktoś jeszcze nie widział serialu stworzonego przez Davida Lyncha i Marka Frosta to powinien szybko tą zaległość nadrobić. Zwłaszcza dlatego, że w przyszłym roku ma powstać nowy sezon Miasteczka Twin Peaks. Grupa Xiu Xiu postanowiła wziąć na warsztat muzykę z jednego z najbardziej tajemniczych seriali telewizyjnych. Jaki był efekt? Trochę inny niż oczekiwałem. Spodziewałem się dziwnych wariacji na temat muzyki Angelo Badalamentiego, jednak zabrakło mi w tym wszystkim tej tajemniczości, która panowała w serialowym soundtracku. Pomimo tego, sam występ uznaje za udany i jeden z lepszych podczas tegorocznej edycji. Jamie Stewart dwoił się i troił by oddać ducha muzyki Twin Peaks. Interpretacja Xiu Xiu przypadła mi do gustu i muszę przyznać, że momentami stałem pod sceną leśną jak zahipnotyzowany.

Ride

Offową tradycją jest zapraszanie legendarnych, gitarowych kapel, które miały ogromny wpływ na późniejszą scenę muzyczną. W tym roku padło na brytyjską formację Ride, która reaktywowała się po 13-letniej przerwie. Grupa, która ma na koncie rewelacyjny album „Nowhere” dała na scenie głównej wciągający, ciekawy pokaz swoich muzycznych umiejętności. Początkowo spodziewałem się mocnej, shogazowej ściany gitarowych dźwięków. Jednakże Ride w przeciwieństwie do My Bloody Valentine oraz Slowdive, zabrzmieli mocno britpopowo, co całkowicie można uznać za plus. Fajnie było usłyszeć na żywo takie utwory jak: „Seagull„, Polar Bear” czy też „Vapour Trail”. Pod względem technicznym był to udany spektakl a muzycy Ride wciąż utrzymują dobrą formę.

Pro8l3m

Pro8l3m i ich zeszłoroczny „Art Brut” to zdecydowanie największe odkrycie 2014 roku. Na żywo brzmią równie genialnie co na płycie. Kapitalne beaty i świetna nawijka Oskara na offowej dzikiej scenie miały moc. W dodatku kontakt z publiką stał na wysokim poziomie. To był prawdopodobnie jeden z najlepszych występów podczas tegorocznej edycji, kto nie był niech żałuje.

Son Lux

Zaczęło się nudnie, jednak pod koniec Amerykanie się rozkręcili. Ciężko nazwać ten występ dobrym, trochę nie moje klimaty. Coś mi cały czas tam nie pasowało, ale dalej nie wiem co to było. Nie zamierzam się nad tym więcej zastanawiać.

Run The Jewels - Największa gwiazda tegorocznej edycji

Run The Jewels – Największa gwiazda tegorocznej edycji

Algiers

Dzięki Offowi wielu ludzi poznało tony dobrej muzyki. Moim takim największym odkryciem  tegorocznej edycji są panowie z Algiers. Cóż to był za występ! Założę się, że za rok będą headlinerem na Openerze.

Patti Smith gra „Horses

Wielu ludzi przyjechało do Katowic tylko dla niej. Nic dziwnego, skoro mowa o legendarnej Patti Smith, która miała odegrać w całości swoje opus magnum w postaci albumu „Horses”. Pomimo 68 lat na karku Pani Smith zagrała z werwą a utwory z „Horses” brzmiały wyjątkowo dobrze. Początek koncertu był energicznym, rockowym widowiskiem. Piosenki „Free Money” czy też „Gloria” brzmiały na żywo wprost kapitalnie i nie było tam miejsca na nudę. Wraz z końcem występu Patti Smith stawała się bardziej nostalgiczna. Zadedykowała swoje utwory Jimowi Morrisonowi oraz Jimiemu Hendrixowi a także zaczęła wspominać bliskie sobie nieżyjące osoby m.in. Lou Reeda, Amy Winehouse czy też Sida Viciousa. Upamiętniła również 70 rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Nagasaki i apelowała o niedopuszczenie do ponownej tragedii. Tego typu patetyczne rozmowy podczas muzycznych festiwali raczej mnie nie przekonywują, jednak w tym przypadku uważam to za dodatkowy element dodatni do całokształtu występu Patti Smith. Na koniec artystka zagrała dwa dodatkowe utwory w postaci „People Have the Power” oraz cover The Who „My Generation” i było to idealne zwieńczenie występu na scenie głównej.

Iceage

Iceage występował już podczas Off Festiwalu dwa lata temu. Postanowiłem wtedy poświęcić koncert headlinera – Swans, by zobaczyć młodych duńczyków w namiocie. Niestety żałowałem wówczas tej decyzji, gdyż tamten koncert był daleki od tego czego oczekiwałem. Inaczej było w tym roku. Zespół mający na koncie kapitalny album „Plowing Into the Field” w końcu miał na tyle różnorodny materiał by dać ciekawy występ. Usłyszenie na żywo energicznego „White Rune” czy też niemal countrowego „The Lord’s Favourite” przyniosło mi wiele radości. Trochę szkoda, że tak krótko zagościli na scenie. Jedynym minus tego nihilistycznego występu był brak w setliście utworu „Against the Moon”. Poza tym koncert duńczyków był jednym z najmocniejszych punktów festiwalu.

Run The Jewels.

Występ hip-hopowego duetu Run The Jewels był dla mnie najlepszym koncertem tegorocznej edycji. Ba, śmiało mogę powiedzieć, że był to jeden z najlepszych gigów w 10 letniej historii OFF Festiwalu. Killer Mike wraz z El-P pojawili się na scenie przy dźwiękach „We Are The Champions” Queen. Po pozytywnych recenzjach jakie zebrał ich ostatni krążek „RTJ2” był to wstęp całkowicie uzasadniony. Cały, ponadgodzinny występ należy określić jednym słowem: KONKRET. Świetny materiał, którym dysponowali amerykanie sprawił, że każdy utwór w setliście był prawdziwym bangerem. Offowa widownia entuzjastycznie przyjęła Run The Jewels. Pierwsze dźwięki beatów wprowadzały publikę w istną euforię. Przy takich utworach jak „Banana Clipper” czy też „Blockbuster Night, Part 1” nikt nie stał pod sceną główną spokojnie. Jednak tym co sprawiło, że występ ten był rewelacyjny, to chemia jaka panowała pomiędzy raperami Run The Jewels. Killer Mike i El-P byli jak Beastie Boys czy też Run-DMC ze swoich najlepszych czasów. Jednak niedzielny koncert RTJ to nie tylko rozrywka przy soczystych beatach EL-P i świetnej nawijce Mike’a. Raper z Atlanty chylił czoło przed Patti Smith, która występowała na scenie głównej przed RTJ mówiąc, że jej piosenki mają wciąż aktualne przesłanie. Poruszona została także sprawa brutalności policji przed utworem „Close Your Eyes (And Count to Fuck)”. Myślę, że po takim koncercie każdy był zadowolony. Zarówno muzycy, jak i widownia zgromadzona pod sceną. Było to idealne zamknięcie jubileuszowej, X edycji OFF Festiwalu.

Z grubej rury: Podsumowanie roku 2014

taylor-swift-dancing-3Rok 2014, jak każdy poprzedni rok chciałem zwieńczyć notką zawierającą krótkie recenzje płyt pominiętych acz wartych odnotowania. Jednak szkoda mi było klawiatury i palców na stukanie na temat krążków, które ponownie będę prześwietlał przy okazji podsumowania. Stąd pomysł na zręczne przejście do notki podsumowującej. Rok 2014 był dla mnie rokiem złym. Niechętnie do niego wracam, dlatego też standardowe rozwlekłe podsumowanie chce zawęzić do jednej notki. Nie będzie wydarzeń, teledysków, list gości oraz podsumowania polskiej muzyki. Pojawi się klasyczna lista płyt i singli. Wszystko to znajdziecie poniżej.

TOP 10 Płyt roku 2014:

Swans_To_Be_Kind10. Swans – To Be Kind. Szczerze powiedziawszy nowe albumy Swans podobają mi się bardziej niż te stare. A „To Be Kind” uważam za ich opus magnum. Płyta trudna, rozciągnięta i mocna. Posiada jednak to „coś” co karze mi słuchać tych rozciągniętych do granic możliwości gitarowych riffów. Dobra pozycja na surrealistyczne podróże pociągiem.

luminous9. The Horrors – Luminous. Przy okazji recenzowania tej płyty wspominałem o postępie jakim dokonała grupa The Horrors. Progres w przypadku tego krążka to słowo klucz. Czuć go zwłaszcza za sprawą zgrabnego przemycania motywów z lat 70 i 80 do współczesnego podejścia do muzyki gitarowej. Jest trans, psychodelia i melodyjność w jednym. Muzyka tego zespołu wciąż ewoluuje, a horrorsi idą w dobrym kierunku.

lp1 fka8. FKA Twigs – LP1. Najlepsza zeszłoroczna płyta z pogranicza popu i r’n’b. Osiągnięcie duże, tym bardziej, że reszta stawki nie była taka słaba (Tinashe, Liz). Pani Tahliah Debrett Barnett wyprzedziła wszystkich ze względu na emocje zawarte na swoim albumie. Intymne teksty łączą się tutaj z warstwą muzyczną cofającą nas w lata 90.

here-and-nowhere-else7. Cloud Nothings – Here And Nowhere Else. Już ich debiutanckie „Attack On Memory” mnie zachwyciło. Przed wydaniem zeszłorocznego albumu miałem lekkie obawy, gdyż myślałem, że spuszczą z tonu i dopadnie ich syndrom drugiej płyty. Na szczęście Baldi udowodnił, że nadal potrafi pisać dobre piosenki a zespół z Cleveland dalej umiejętnie łączy indie rocka z mocniejszym, punkowym brzmieniem.

spoon6. Spoon – They Want My Soul. Jeżeli chodzi o grupę Spoon to prawdziwa jest teza, że tylko co drugi album im wychodzi. Tym razem na plus wypadło zeszłoroczne „They Want My Soul„, które uraczyło mnie dobrym, przyjemnym i nieco przebojowym brzmieniem. Dobra muzyka na okres wakacyjno – jesienny.

the war on drugs lost in the dream5. The War on Drugs – Lost In The Dream. Lubię takie amerykańskie, gitarowe granie. Podczas pisania recenzji odwoływałem się do takich artystów jak Bruce Springsteen, Bob Dylan czy też Destroyer. „Lost In The Dream” podoba mi się z trzech prostych powodów. Po pierwsze ma wciągający, narkotyczny klimat. Po drugie usłyszymy na nim szeroki wachlarz inspiracji wpisujących się w moje gusta. I po trzecie nie jest to płyta na jeden raz, mimo, że momentami może się dłużyć.

RunTheJewelsRTJ24. Run The Jewels – Run The Jewels 2. Według wielu najlepszy album roku, jednak moim zdaniem przed wcześnie ogłoszony tym mianem. „RTJ2” to album przede wszystkim równy, mocny (teksty!) i mający wiele do zaoferowania. El-P ponownie stworzył dobre beaty a Killer Mike zadbał o to by historie na płycie nie nudziły. Czekam na kocią wersję.

salad days3. Mac DeMarco – Salad Days. Nieco zabawny a przede wszystkim pretensjonalny Marc DeMarco wydał w tym roku nie dość, że najlepszy album z pogranicza lo-fi i indie rocka to najprzyjemniej słuchający się materiał. „Salad Days” mówiąc potocznie samo „wchodzi”. Utwory są lekkie, przyjemne, wpadające w ucho. Jednak nie ma w tym typowej dla muzyki letniej banalności bo wszystko jest całkiem serio. Nie jestem fanem stylówy DeMarco (nie kupiłbym na aukcji jego dziurawych butów), ale jego muzyka całkiem mnie zahipnotyzowała.

problem2. PRO8L3M – Art Brut. O PRO8L3Mie napisano już chyba wszystko. Ja swoje trzy grosze rzuciłem w październiku. Jak dla mnie jest to polski album roku. „Art Brut” to przede wszystkim fenomenalne podkłady składające się z mniej lub bardziej znanych polskich przebojów z lat 70 i 80, autentyczne, osiedlowe historie opowiedziane zachrypniętym głosem rapera Oskara oraz wstawki dialogów z klasycznych polskich filmów („Sztos„, „Wielki Szu„). Mixtape ten to materiał wciągający i łączący interesy młokosów słuchających blokerskich rap płyt z wszystkimi odmianami współczesnych hipsterów. Podobno na nowy rok ma wyjść długogrający album PRO8L3M, czekam!

"Black Messiah"1. D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah. Michael Eugene Archer wydając swój nowy album w połowie grudnia pokazał środkowy palec wszystkim frajerom robiącym muzyczne podsumowania już w listopadzie. Ludzie, ogarnijcie się. Rok kończy się 31 grudnia, a święta Bożego Narodzenia są w grudniu a nie na przełomie października i listopada. Wróćmy jednak do płyty numer 1. Po 14 latach !!! przerwy D’Angelo udowodnił, że dalej trzyma formę. „Black Messiah” to album może nie kompletny pod każdym względem, ale najlepszy jaki miałem okazję usłyszeć w zeszłym roku. Krążek ten już w momencie swojej premiery stał się klasykiem. D’Angelo momentami przybiera maskę Prince’a, słyszymy sporo gitar, chwilami przypomina to utwory The Roots. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, ale mająca wiele smacznych detali, które połączone w całość dają wyśmienity rezultat.

TOP 10 Singli 2014:

zastary-kes10. ZaStary – Kęs. Za sprawą tego kawałka z niecierpliwością czekam na coś więcej od Jakuby Sikory, wokalisty Crab Invasion. „Kęs” to ciekawe połączenie lo-fi z elementami chillwave’u, czyli gatunków, które zawsze będą na propsie. Czuć sporo świeżości w tym kawałku i to jest jego największą zaletą.

Posłuchaj

againstthemooniceage9. Iceage – Against The Moon. Duńczycy porzucili w pewnym sensie nihilistyczny punk rock i zaczęli grać muzykę bardziej melodyjną i łagodną. To spore wyzwanie. Z własnego muzycznego doświadczenia wiem, że łatwiej jest nagrać hałaśliwą, szybką rockową piosenkę aniżeli wolniejszy utwór oparty na melodii. Im się to udało a wisienką na „Plowing Into the Field of Love” jest omawiany indeks numer 10. „Against The Moon” swoją strukturą i brzmieniem mocno mi przypomina The Field z ich ostatniej płyty, a chyba nie muszę powtarzać, że to genialna muzyka była.

Posłuchaj

cloudnothingsimnotpartofme8. Cloud Nothings – I’m Not Part Of Me. Dylan Baldi w tym roku dorósł do miana naczelnego kompozytora indie szlagierów. „I’m Not Part Of Me” za sprawą fajnego tekstu i warstwy muzycznej z pazurem jest właśnie tego dobrym przykładem. Za sprawą Cloud Nothings dalej wierzę w muzykę gitarową.

Posłuchaj

caribou cant do without you7. Caribou – Can’t Do Without You. Dan Snaith na każdym swoim albumie udowadnia, że posiada wysokie zdolności kompozycyjne. Płyty spod jego ręki przeważnie nie są równe, ale na każdej znajdzie się perełka. Na zeszłorocznym „Our Love” taką perełką jest „Can’t Do Without You„, które uwodzi niezwykłymi synthami.

Posłuchaj

macd_pass6. Mac DeMarco – Passing Out Pieces. Piosenka ta świetnie udowadnia dziwaczność Pepperoni Playboya – zobaczcie teledysk! Pod względem lirycznym zgrabnie ułożona kompozycja. Natomiast warstwa muzyczna to K-A-P-I-T-A-L-N-Y główny motyw. Oczywiście na „Salad Days” jest więcej tego typu perełek, tą jednak wyróżniłem ze względu na to, że w pełni wyraża osobowość Kanadyjczyka.

Posłuchaj

john and mary todd terje5. Todd Terje – Johnny And Mary (feat. Bryan Ferry).Johnny And Mary” w wykonaniu duetu Todd Terje – Bryan Ferry to jeden z tych coverów, który brzmi lepiej od oryginału. Utwór jest nastrojowy, melancholijny i łapiący za serce. Trochę mało pasuje do „It’s Album Time” Szweda i też nie jest najlepszym utworem na płycie. No, ale zachwycać się Inspektorem Norsem na przełomie 2014\2015 jest bez sensowene, zwłaszcza, że utwór ten śmiga już od jakiś trzech lat.

Posłuchaj

SOHN-Artifice4. SOHN – Artifice. Christopher Taylor w poszukiwaniu spokoju zaszył się w Wiedniu, gdzie nagrywa swoje spokojne ballady. Jednak utwór „Artifice” udowadnia, że w Angliku pozostało jeszcze trochę z tanecznego, głośnego Londynu.

Posłuchaj

Tinashe-2-On-608x6083. Tinashe feat. SchoolBoy Q – 2 On. Tinashe to jedno z odkryć roku. Współpracują z nią popularni w ostatnim czasie raperzy, występuje w znanych programach telewizyjnych, podkochują się w niej recenzenci, uwielbiają fani. „Aquarius” to dobra płyta, jednak mająca parę „ale”. Co do singla „2 On” takich wątpliwości już nie mam.

Posłuchaj

Taylor-Swift-Shake-It-Off2. Taylor Swift – Shake It Off. Mówcie co chcecie, ale „Shake It Off” jest dla mnie esencją nośnego, popowego i przyjemnego w odbiorze singla. Taka Taylor Swift całkowicie mi pasuje, szkoda tylko, że całe „1989” nie jest tak dobre jak ten utwór.

Posłuchaj

Kendrick-Lamar-i1. Kendrick Lamar – I. Na początku byłem w szoku. To jest nowy Kendrick? Nie może być. Jednak z czasem (dość krótkim), odkryłem, że to jest to! Nowa odsłona rapera całkowicie zaskakuje i całkowicie jest dobra. Nagrywanie drugiej części „good kid, MAD City” czy też podobnego koncept albumu minęłoby się z celem. Lamar postanowił pójść dalej, co udowadnia radiowym, gitarowym „I„. Ciekaw jestem jak będzie wyglądał jego nowy longplay. Póki co mocny props i numer jeden na mojej liście.

Posłuchaj

Iceage – You’re Nothing

Iceage-Youre-Nothing-608x608Lodowce w Danii prędko nie odpuszczą…

A to wszystko za sprawą epoki lodowcowej pełnej punkowej energii, która prosto z Kopenhagi rozprzestrzenia się po całym świecie. Wszystko zaczęło się w 2011 roku. Młody zespół o którym cały czas mowa – Iceage wydał debiutancki album „New Brigade”. Płyta świetna, energiczna, hałaśliwa, pełna kapitalnych gitarowych zagrywek i reprezentująca dumnie nowe oblicze punku – normalnie palce lizać. Mimo, że na żywo mnie nie porwali to lubiłem wracać do tamtego materiału. Teraz pojawił się nowy. A wraz z nim pewne obawy, w końcu nie wielu zespołom udaje się nagrać dobrą drugą płytę.

Im się udało, młodzi Duńczycy znaleźli sposób by płyta była podobna do poprzedniej i jednocześnie wnosiła coś nowego i świeżego. Piosenki na „You’re Nothing” również reprezentują nowe oblicze punku, są hałaśliwe, energiczne, z pazurem i pełne nihilistycznych wartości. Jednak w odróżnieniu od „New Brigade” wydają się one bardziej melodyjne, jeżeli w ogóle można o ich muzyce mówić jak o melodyjnej. Otwierający całość „Ecstasy” za sprawą perkusji odkrywa taneczne rejony Nowego Jorku lat 70. Natomiast w takim „Morals” słyszymy nawet klawisze!

Druga kwestia odnosząca się do innowacyjnych rozwiązań „You’re Nothing” to fakt, że zespół wydaje się inspirować nie tyle klasyką punka i nowej fali co współczesnymi zespołami grającymi punka, noise-rocka czy też inne gatunki pokrewne z hardcore’m. Pierwszy singiel z płyty, który słuchałem pod koniec 2012 przypominał mi stylistycznie Japandroids (Oczywiście poza wokalem). „In Haze” natomiast momentami zahaczał o mainstreamowe strony amerykańskiego rocka. Poza tym wciąż słychać tutaj wpływy Joy Division. Ocena: 7/10.

A i na koniec współcześni nihiliści

nihiliści