Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.

Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 1

Okazuje się, że w swojej ponad 10 letniej działalności blogerskiej, nigdy nie stworzyłem listy podsumowującej dekadę. Głównym powodem jest z pewnością fakt, że blog powstał w 2007 roku i ciężko byłoby się cofnąć o 7 lat, gdy było się jeszcze dzieckiem by pisać o takich płytach jak „Kid A„, „Verspertine” czy też „The Glow Pt.2„. Nie mniej nadrabiam teraz tą zaległość podsumowując minioną dekadą. Lata 2011-2020 to okres, który dość dobrze ogarnąłem pod kątem muzycznym. Jednak nie mam zamiaru bawić się w ustawianie płyt na poszczególnych miejscach. Szczerze to absolutnie nie wiem co miałoby być moim numerem jeden i boję się, że różnica pomiędzy podium a miejscami takimi jak chociażby 13, 27 czy 32 byłaby znikoma a może i zerowa. Dlatego postanowiłem na wyróżnienie 60 tytułów, które uważam za najlepsze z mijającej dekady. Ta lista to esencja muzyki z tego okresu, którą powinno się znać.

A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP (2015). Rakim Nakache Mayers, znany szerzej jako A$AP Rocky przeszedł w minionej dekadzie ciekawą drogę rozwoju. Debiutował kapitalnym mixtape’em „Live. Love. A$AP” w 2011 roku. Dwa lata później ukazał się pełen hitów debiut „LONG.LIVE.A$AP„. Jednak dla mnie najlepszym jego krążkiem jest wydany w 2015 roku „AT.LONG.LAST.A$AP„, który dopełnia trylogię. To najbardziej dojrzały i przemyślany album w jego karierze. Pod względem produkcyjnym oraz zwrotek Rakima przewyższa resztę. Poza tym do współpracy zostali zaproszeni ciekawi goście w postaci Roda Stewarta, Miguela, Marka Ronsona, Lil Wayne’a czy też Kanye Westa.

Arctic Monkeys – AM (2013). Co prawda arktyczne małpy już od dłuższego czasu przechodził metamorfozę. Już w 2009 roku za sprawą Josha Homme’a nabrali cięższego brzmienia na albumie „Humbug„. Pewnego rodzaju kontynuacją było „Suck It and See” wydane dwa lata później. Doskonałość przyszła dopiero na „AM„. Brytyjczycy tutaj ładnie połączyli gatunki od black metalu po bardziej taneczne rytmy soulu czy też R’n’B. Melodie Velvet Underground połączyły się z riffami Black Sabbath, a całość została dopieszczona różnymi detalami jak choćby chórki Josha Homme’a, który stwierdził, że to „mocno taneczny i seksowny album”. Longplay z 2013 roku stał się nowym otwarciem dla grupy, który porzucił łatkę indie rockowej gwiazdy z epoki New Rock Revolution na rzecz ulizanych fryzur, motocykli i skórzanych kurtek oraz grania uwodzicielskiego rocka.

Beyonce – Lemonade (2016). Miniona dekada była mocno owocnym czasem dla żony Jaya Z. Zarówno „4” jak i „Beyonce” to fajne krążki, ja jednak postawiłem na „Lemonade” wydane w 2016 roku. Artystka ponownie śpiewa o czarnym feminizmie oraz o problemach Afroamerykanek. Muzycznie sampluje folk oraz łącząc ze sobą bluesa z r’n’b. Na płycie świetnie się odnaleźli zarówno Jack White jak i Kendrick Lamar oraz James Blake. Można prywatnie nie lubić małżeństwa Curtisów, lecz trzeba przyznać, że Beyonce jest jak wino. Im starsza, tym lepsza.

David Bowie – Black Star (2016). Ta płyta to niezwykłe i idealne pożegnanie się z Światem Davida Bowiego. No cóż, artysta nietuzinkowy, naznaczony przez kosmos zafundował niespotykane doznania swoim fanom i nie tylko. Nie jest to z pewnością jego najlepsza płyta w dyskografii, lecz trzeba zaznaczyć, że jedna z najważniejszych. 2 dni po premierze „Black Star” David Bowie nie umarł, lecz powrócił do swojego Świata. Oczywiście miało to największy wpływ na popularność krążka, ale dla mnie i tak byłby numerem jeden tamtego czasu. Ostatni materiał Bowiego zgromadzony na tym wydawnictwie potrafi sam się obronić.

Car Seat Headrest – Twin Fantasy (2018). W sumie ciekawa sprawa z tym albumem. Pierwotnie ukazał się w 2011 roku, jednak zespół dzięki niemu nie zrobił kariery a sam krążek zaginął w czeluściach internetu. W 2016 roku za sprawą „Teens of Denial” o grupie z Leesburg w stanie Virginia zrobiło się głośno. W zasadzie stali się nowymi gwiazdami indie rocka i ulubieńcami Pitchforka. Dlatego też przypomnieli sobie o zapomnianym już krążku „Twin Fantasy” i postanowili go odświeżyć. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż materiał na „Twin Fantasy” okazał się na tyle dobry, że o zespole ponownie zrobiło się głośno. Wspaniały, energiczny i wciągający indie rock zachwyca niczym Modest Mouse czy Pavement za swoich najlepszych lat.

Cloud Nothings – Attack On Memory (2012). Pozornie to tylko 8 utworów, ale ile w tym energii. Grupa z Cleveland w Ohio na wysokości swojego trzeciego albumu osiągnęła doskonałość. „Attack On Memory” to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła muzyce gitarowej w minionej dekadzie. Mocne, punkujące brzmienie zahaczające momentami o screamo-hardcore to nie muzyka o którą można by ich podejrzewać, gdy zobaczymy jak chłopaki prezentują się na co dzień. Pozory mylą, bo kolesie ostro dają czadu. Dalsze ich albumy były również udane, ale nigdy więcej nie osiągneli tego samego poziomu co na krązku z 2012 roku. Dlatego też jest tak unikalny. Aha, wspominałem, że nagrali wspólną płytę z Wavves? Każdy kto ma sztamę z Nathanem Williamsem, ma ją też z ekipą Paweuu Alternativ Blog.

Chance The Rapper – Coloring Book (2016). Chancelor Johnathan Bennett znany jako Chance The Rapper może uznać za minioną dekadę za udaną. Od momentu ukazania się jego pierwszego mixtape’u „10 Day” w 2012 roku u rapera słychać był nieustanny wzrost formy. Wydany rok później „Acid Rap” zwrócił wszystkie oczy środowiska na jego osobę, jednak to „Coloring Book” z 2016 wydaje mi się jego najbardziej kompletnym materiałem. Jak sugeruje nazwa jest tutaj kolorowo, zwłaszcza od zestawu gości, którzy się udzielają: Kanye West, Lil Wayne, 2 Chainz, Young Thug, Future czy też Justin Bieber. Jednak na to, że widzimy różne barwy słuchając tego krążka miał  największy wpływ dźwięk podkładów. A te są świetne. Umiejętne samplowanie plus rozbudowana produkcja tworzą wysokiej jakości produkt, który został doceniony przez krytyków i fanów.

Chromatics – Kill For Love (2012). Zespół z Portland w minionym wieku to ulubiona pożywka dla twórców filmowych i serialowych. Piosenki Chromatics usłyszeliśmy m.in. w „Drive„, „Taken 2„, „Bates Motel„, „Mr. Robot„, „Gossip Girl” czy też „13 Reasons Why„. David Lynch poszedł nawet o krok dalej i w nowym sezonie Twin Peaks, Ruth Redelet z ekipą występowała na żywo na scenie The Bang Bang Bar. Słuchając „Kill For Love” nie mam żadnych wątpliwości dlaczego tak się dzieje. Hipnotyczna, momentami psychodeliczna a zarazem melodyjna muzyka zespołu idealnie pasuje do klimatycznych ujęć filmowych. Album z 2012 roku to idealny soundtrack zarówno do samotnych, nocnych przejażdżek samochodem jak i spotkań przy piwie. Zespół zgrabnie tutaj miesza elektroniczny synth-pop z elementami dream popu i indie rocka. Nikt w minionej dekadzie nie grał tak klimatycznie muzykę electro od przedstawicieli wytwórni Italians Do It Better.

D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah (2014). Michael Eugene Archer nie rozpieszcza swoich fanów. Jego muzyczne wydawnictwa ukazują się raz na dekadę, jednak jak już się ukażą to są to SZTOS ALBUMY. „Black Messiah” w mojej ocenie był najlepszym longplayem 2014 roku. Pulsujące rytmy R’n’B łączą się z niesamowitym wokalem D’Angelo. Już pierwsze dźwięki „Ain’t That Easy” sugerują, że mamy do czynienia z czymś wielkim. I tak jest w rzeczywistości bo „Black Messiah” to płyta wybitna i ważna dla gatunku. Mam nadzieję, że na kolejny krążek artysta nie będzie kazał czekać 14 lat! Jednak jeśli miałby być takim samym złotem, to mogę czekać kolejną dekadę.

Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love (2018). Nikt tak nie grał w minionej dekadzie blackgaze jak właśnie grupa z San Francisco. Co prawda na pomysł połączenia black metalu i shoegaze był Neige, jednak to amerykanie udoskonalili gatunek do perfekcji. Równie dobrze w tym miejscu mógł się znaleźć krążek „Sunbather” czy też „New Bermuda„, ja jednak postawiłem na OCHL z prostego powodu – żadnej innej płyty grupy nie wałkowałem tak często jak właśnie tej z 2018 roku. George Clark i epika na omawianym longplayu raz rozpierdzielają głośniki za sprawą takich utworów jak „Honeycomb” czy też „Canary Yellow„, a raz wprowadzają w błogi stan przy pomocy „Worthless Animal” czy też „Near„. Dla mnie to idealna mieszanka emocji, dzięki której otrzymujemy blisko godzinny seans gitarowej poezji.

Destroyer – Kaputt (2011). Na wysokości dziewiątego krążka Dan Bejar i ekipa osiągnęli swoje opus magnum. Krążek „Kaputt” dziesięć lat temu był jednym z najmocniej hajpowanych dzieł w świecie muzycznego niezalu i indie rocka. Hajp właściwy, gdyż jak widzimy po upływie dekady płyta jest dalej ceniona. Co prawda kanadyjska grupa za sprawą „Have We Met” z 2020 roku ponownie potwierdziła, że w rejonie robienia indie-popowych produkcji, jednak to „Kaputt” było kamieniem milowym w ich twórczości.

Drake – Take Care (2011). To była zdecydowanie dekada Aubreya Grahama. 5 długograjów, 2 kompilacje, 2 EP-ki i 4 mixtape’y – robi wrażenie, prawda? Niestety ilość nie zawsze idzie z jakością. Na szczęście teza ta nie tyczy się drugiego albumu rapera, który uważam za jego opus magnum. Raper z Kanady daje tutaj popis przede wszystkim dzięki swoim raperskim smętom, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Wystarczy się wsłuchać w te emocje w „Marvins Room” czy też „Shot For Me„. To także zdecydowanie najlepsza płyta Grahama pod względem podkładów muzycznych. Świetne, wciągające i klimatyczne beaty robię robotę.

Drake – Nothing Was The Same (2013). To prawdopodobnie najbardziej singlowa i hiciarska płyta rapera z Toronto. Wystarczy rzucić okiem jakie klasyki tutaj się znalazły: „Started From the Bottom„, „Hold On, We Are Going Home” czy też „Worst Behavior„. Album Drizzego robi wrażenie. W 2013 roku był to mój numer 1 jeżeli chodzi o wydane krążki. Teraz bym płytę umieścił nieco niżej, ale wciąż na tyle wysoko by o niej wspomnieć w moim podsumowaniu dekady. Ta muzyka po prostu na to zasługuje.

Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late (2015). Każde nowe wydawnictwo od Drake’a to wydarzenie, wiadomo. Jednak jak popatrzę na sprawę szerzej, to ostatni raz tyle sprzecznych emocji oraz uzasadnionych zachwytów wywołał w 2015 roku za sprawą tego mixtape’u. Świetne beaty, jeszcze świetne wersy Grahama. To wszystko na tym 17-trackowym wydawnictwie. W pewnym sensie była to nowa, świeża odsłona rapera, która w tej skali już nigdy się nie powtórzyła.

Frank Ocean – channel ORANGE (2012). Wielu uważa, że to „Blonde” jest albumem ważniejszym i lepszym. Niestety nie mogę się z tym zgodzić z prostego powodu. Bo o ile „Blonde” podobało mi się, to jednak na przestrzeni czasu częściej wracał do „pomarańczowego kanału”. Frank Ocean na tym krążku na nowo zdefiniował muzykę r’n’b i nagrał longplay wyśmienity, ważny i wpływowy. Każda sekunda tego wydawnictwa to miód na moje uszy. Ocean wzrusza, bawi, cieszy serducho i ucho zarazem. Co więcej, gdy go słucham to przypominają mi się pamiętne kawalerskie wakacje 2012 w ŁEBIE, także wiecie – album z podwójnym dnem.

Grizzly Bear – Painted Ruins (2017). Nowojorski zespół indie-rockowy to gwarancja jakości. Moje uwielbienie dla bandu ciągnie się od „Veckatimest„. Wtedy zachwycili mnie po raz pierwszy i robią to za każdym razem, gdy wydają nową płytę. Album z 2017 roku to idealna mieszanka ładnych melodii i ambitnych kompozycji. Ulubiony track z „Painted Ruins„? Zdecydowanie „Three Rings” – tyle fajnych rzeczy tutaj się dzieje. Jednak gdy wsłuchamy się w całość również wyłapiemy wiele różnorodności.

Grimes – Visions (2012). Żona Elona Muska – najbogatszego człowieka Świata miała udaną dekadę. I nie chodzi mi głównie o związek z amerykańskim dżilionerem, próby podbijania kosmosu oraz zakładanie rodziny. Kanadyjka wydała w mijającym dziesięcioleciu sporo dobrej muzyki. Mimo, że więcej czasu spędzałem z „Miss Anthropocene” a wiele kręgów ubóstwia jej „Art Angels” czy też „Halfaxa” to postawiłem na „Visions” od których moja przygoda z tą artystką zaczęła się na dobre. Krążek z 2012 roku cechuje się wyśmienitym doborem singli („Oblivion” czy też „Genesis„), różnorodnością materiału oraz licznymi eksperymentami (standard dla artystki) a także retromanią. Wiecie, że Grimes na tym albumie przeciera szlaki powrotu mody na lata 90? Poza tym lubię sobie wrócić do tego krążka, tak po prostu.

Grooms – Comb The Feelings Through Your Hair (2015). Nowojorski band 6 lat temu udowodnił, że indie rock ma wciąż wiele do zaoferowania. Gatunek ten jest mi bliski, gdyż to od niego wszystko się zaczęło na tym blogu. Dlatego wciąż śledzę muzyczne wydawnictwa, które starają się coś dodać od siebie do tej układanki alternatywnego gitarowego grania. Takie jest właśnie „Comb The Feelings Through Your Hair” od Grooms. Muzyka na płycie jest świeża, ciekawa i wciągająca. Fakt, prochu nie odkrywają, ale też nie jest to odgrzewany po raz któryś kotlet. Brookliński kwintet ładnie tutaj łączy dream-popowe zapędy z rozciągniętym, nieco shoegaze’owym brzmieniem gitar. Jednak z lepszych indie rockowych płyt minionej dekady, to wiem na pewno. Szkoda tylko, że ucichli.

The Horrors – Luminous (2014). Brytyjski band na przestrzeni minionej dekady mocno się rozwinął i pokazał swoją prawdziwą muzyczną wartość. Chłopaki w przyciasnych spodniach wydawali się kolejnym indie rockowym tworzywem, które po nagraniu góra trzech albumów, zawinie się do robienia czegoś innego. Okazało się, że solidnie odrobili lekcje przerabiając tony starej muzyki by nagrać bardzo dobre „Skying„. Jednak to co mieli najlepsze do przekazania ukazało się trzy lata później. „Luminous” to album kompletny, pełen wielu świetnych rozwiązań oraz nawiązujący do różnorakiej klasyki. Chłopaki ładnie poskładali te klocki tworząc album czerpiący pełnymi garściami za równo z popu jak i rocka. Taka też jest ta płyta. Z jednej strony melodyjna, taneczna opata na syntezatorach. Z drugiej natomiast nieco psychodeliczna, gitarowa, transowa.

Iceage – Beyondless (2018). Punkowi nihiliści z Danii zaczynali od mocnego, gitarowego punk rocka na „New Brigade”. Jednak każda ich następna płyta była już znacznie łagodniejsza, dostępniejsza i czerpiąc z różnych wzorów, nie tylko ostrego gitarowego grania. W ten o to sposób dochodzimy do „Beyondless” – najbardziej kompletnej i najlepszej płyty grupy. Czuć tutaj dojrzałość zespołu, który postawił na gatunkową mieszankę nie rezygnując jednak w pełni z punk rockowego podejścia. Generalnie wszystkie ich płyty mi się podobają, z tymże każda w inny sposób. Dlatego warto zapoznać się z ich całą dyskografią.

Idles – Joy as an Act of Resistance (2018). Najprawdziwszy punk rock zmartwychwstał! John Talabot ze spółką nagrał jeden z najlepszych albumów gitarowych w 2018 roku. Brytyjczycy z Bristolu idealnie połączyli stary dobry protest song z nutą ironii i angielskiego humoru. Jeżeli chodzi o teksty to podejrzewam, że Idles nie mieli sobie równych w zeszłym roku tamtym czasie. Co więcej jest w tym tyle szczerości, charyzmy i świeżości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz zachwycałem się tego typu muzyką. Idles dali mi dużo radości tym albumem i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło.

Iza Lach – Krzyk (2011). Do tej pory głowie się, co do cholery stało się z Izą Lach?!? Po wydaniu fenomenalnego albumu „Krzyk„, głośnej współpracy ze samym Snoop Doggiem (Zastanówcie się teraz, który polski artysta współpracował z tego typu gwiazdą) oraz zebraniu wielu nagród dziewczyna po prostu przepadła. Nagrała jeszcze potem innowacyjny album „Painkiller” i …. Słuch o niej zaginął. Nie wydała już nic więcej, a szkoda. Potencjał był ogromny, słychać to zwłaszcza na krążku „Krzyk„. Delikatny głos Izy łączy się tutaj z niezwykłymi kompozycjami popowymi opartymi o brzmienie syntezatorów. Urocze i sentymentalne teksty o niespełnionej miłości są jednymi z lepszych jakie ukazały się na polskim popowym rynku muzycznym w minionej dekadzie. Jednym słowem płyta świetna. Szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji…

James Blake – Overgrown (2013). Angielski producent i wokalista tworzył w minionej dekadzie najbardziej innowacyjną muzykę. Już jego debiut z 2011 roku „James Blake” robił furorę w niezalowym świecie. Jednak gdy dwa lata później zaczął podbijać także świat hip-hopu i r’n’b to wiedziałem, że coś się święci. I rzeczywiście tak było. Blake zrewolucjonizował podejście do czarnej muzy a jego śladem poszło wielu artystów. „Overgrown” okazało się kamieniem milowym dla gatunku, a mieszanie rapu z ambitniejszymi dźwiękami nabrało szerszego wydźwięku. Generalnie, miniona dekada była dobra dla hip-hopu, i to głównie dzięki takim płytom jak ta od Jamesa Blake’a.

Jessie Ware – What’s Your Pleasure? (2020). Brytyjska wokalistka już wcześniej wkupiła się w moje łaski dzięki albumowi „Devotion” z 2012 roku. I gdy wydało mi się, że artystka nie nagra już nic więcej wartego na uwagę to odpaliła petardę. „What’s Your Pleasure?” to pop idealny. Taneczny, melodyjny a zarazem ładnie łączący kropki muzycznych nawiązań. Niezwykle istotnie jest uderzenie w rytmy DISCO lat 70, co staje się coraz bardziej popularnym zabiegiem. Ware udowadnia, że można nagrywać ambitnie nie porzucając jednocześnie tej całej kiczowatej otoczki spod znaku Abby i podobnych klimatów.

Kamasi Washington: The Epic (2015). Amerykańskiego saksofonistę można śmiało określić odkryciem dekady. Nim ukazało się omawiane „The Epic” Kamasi Washington wydał swoim własnym nakładem dwa krążki: „The Proclemation” z 2007 i wydane rok później „Light of The World”. Wspomniane płyty nie przyniosły sławy artyście, dlatego też przyjęło się mówić, że „The Epic” jest debiutem artysty. Z całą pewnością jest to najlepsza rzecz jaka wydarzyła się w muzyce jazzowej ostatnich dziesięciu lat. Jest dziko, energicznie, nie przewidywalnie i z pasją. Kamasi Washington wypluwa płuca grając na saksofonie, a to wszystko przy akompaniamencie żwawej perkusji i przyjemnych dźwięków gitary. Wydawnictwo składa się aż z 3 krążków i jest to potężna dawka muzyki, którą można chłonąć bez końca.

King Krule – The Ooz (2017). Kolejna płyta w zestawieniu i kolejny potężny debiut. Archy Marshall, który ukrył się pod pseudonimem King Krule nagrał jedną z najbardziej klimatycznych płyt dekady. „The Ooz” to wędrówka po zamglonych zakamarkach Londynu w porze mocno już nieprzyzwoitej. Longplay z 2017 roku to także nie oczywista mieszanka gatunkowa, gdzie post-punk miesza się z trip-hopem, indie rockiem i punkowym jazzem. Pisząc recenzję tej płyty w czasie premiery, zakładałem, że odciśnie ono swoje piętno w historii muzyki. Tak też było, dlatego czapki z głów przed rudowłosym królem!

Kanye West – Yeezus (2013). Przyznam szczerze, że nie po drodze było mi z Kanye w minionej dekadzie. O ile jest wielkim fanem jego płyt z jeszcze wcześniejszego czasu: „Late Registration”, „808s & Heartbreak” czy też „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to późniejsze wydawnictwa nie urywały dupy. Jednocześnie stwierdziłem, że nie może zabraknąć tak charakterystycznej postaci w moim podsumowaniu. Generalnie wszystkie jego płyty z minionej dekady oceniałem dość podobnie, dlatego postanowiłem wyróżnić tylko jedno dzieło i padło na „Yeezusa” z 2013 roku. Wydaje mi się, że to jego najbardziej innowacyjny i najoryginalniejszy krążek z tego czasu. West rapuje tutaj do surowych, okrojonych w brzmieniu i jednocześnie agresywnych beatów opartych na elektronice. Patrząc na rozmach MBDTF to decyzja by iść w tą stronę nieco zaskakuje. Jednakże gdy zdamy sobie sprawę z tego jaką postacią jest Kanye West to dochodzi do nas to, że w zasadzie to posunięcie było zupełnie naturalne.

Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city (2012). Od tej płyty wszystko się zaczęło. Kendrick Lamar wkroczył dzięki niej do elity hip-hopowego świata, gdzie zajmuje miejsce do tej pory. Genialne linijki opowiadające o życiu w Compton – legendarnej dzielnicy Los Angeles łączą się tutaj z świeżym podejście do beatów. Co prawda ciemną stronę miasta aniołów znamy już z innych płyt jak chociażby „Straight Outta Compton„, jednak czy te historię mogą się znudzić? Nie przesadzę jeśli powiem, że to hip-hopowa czołówka nie tylko zachodniego wybrzeża, ale sięgająca o wiele dalej.

Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly (2015). Udany sequel to rzecz arcy ciężka. Nie wielu ta rzecz się udała. Do nielicznego grona na pewno można wpisać rapera z Compton. Lamar kontynuuje historię rozpoczęte na „good kid, m.A.A.D city” dodając im szerszej perspektywy i rozciągając omawiane problemy szerzej. Muzycznie także rozwinął brzmienie płyty. Sporo tutaj jazzowych klimatów, ale znajdzie się także soul, gospel czy też funk. Pod tym względem Lamar osiągnął perfekcje. Czasami złota zasada sequelu: „Wszystkiego więcej” popłaca, w tym przypadku Kendrick Lamar dał przykład jak robić to idealnie.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz (2011). Ostatnia jak do tej pory płyta zespołu z Świebodzina to rzecz wielka. Owszem, nie jest to krążek wybitny, który zmienia polską muzykę alternatywną na zawsze. Lecz, nie było w minionym innej polskiej płyty, której słuchałbym częściej. Nazwa albumu idealnie go opisuje. Z jednej strony mamy szorstkie, ciężkie brzmienie gitarowe i dość mroczny klimat z drugiej znajdziemy tutaj wiele smacznych cukierków. Zagański i spółka potrafili tutaj zaciekawić i zaintrygować. Szkoda tylko, że tak szybko dopadło ich ŻYCIE i nie nagrali już nic nowego od tamtego czasu. Ja wciąż czekam, jakby co.

 

Muzyczne podsumowanie roku 2018

Tradycyjnie już przedstawiam 10 najlepszych w mojej opinii płyt zeszłego roku. Znalazło się sporo miejsca dla cięższego grania, którego słuchałem w 2018 całkiem sporo jak i rapu, i polskiej muzyki. Nie wiele brakło Thomowi Yorke’owi i Cloud Nothings by się znaleźć w TOP10, niemniej uważam, że wymieniona przeze mnie dziesiątka to obowiązkowa lista do przesłuchania dla każdego fana dobrych dźwięków.

10. Mac Miller – Swimming. Z całą pewnością wstawienie ostatniej płyty Millera na moją listę nie jest wyłącznie pośmiertną laurką dla rapera. Autentycznie sporo słuchałem i zachwycałem się tym krążkiem w zeszłym roku. Świetna produkcja, kapitalne teksty plus kilka rap bangerów pokroju „Self Care” sprawiło, że miałem dla ex Ariany Grande więcej uznania niż choćby dla „Ye” Westa.

9. Rycerzyki – Kalarnali. Rycerzyki swoją nową płytą zapowiedzieli mi wiosnę. A, że jest to moja ulubiona pora roku podczas której wychodzę z zimowego stanu depresyjnego to mam z tym krążkiem wiele miłych i pogodnych wspomnień! A poza tym krakowski band świetnie sobie radzi z melodyjnym i momentami tanecznym indie-popem.

8. Kendrick Lamar – Black Panther: The Album. To był dobry rok dla muzyki filmowej. Bo obok tego znakomitego krążka Kendricka Lamara pojawił się równie kapitalny soundtrack autorstwa Thoma Yorke’a do filmu „Suspiria” (któremu nie wiele zabrakło by się znaleźć na mojej liście). O ile sam film „Czarna Pantera” uważam za jeden za najbardziej przehajpowanych obrazów w historii Wszechświata (za co te nominacje do Oscara?!?) to już sama muzyka broni się świetnie. A Nagroda Akademii Filmowej za piosnkę „All The Stars” dla rapera to dla mnie formalność.

7. Iceage – Beyondless. Moi duńscy punk rockowi koledzy po raz kolejny zachwycili. Przyglądam się im od 2011 roku i wciąż potrafią mnie wciągnąć. Wpierw ostrym nihilistycznym punkiem, później kowbojskim punkiem z nutą melancholii by przejść do najbardziej dojrzałej i wpadającej w ucho dawki muzyki gitarowej. Każda ich płyta była inna, każda wspaniała, a ta prawdopodobnie najlepsza do tej pory.

6. Beach House – 7. Siódmy album Beach House to najwybitniejsza rzecz jaka im się przytrafiła. Zespół wynurzył się z marazmu nudy i rutyny w której zakopał się już dawno temu. Nie sądziłem, że twórcy dream popu z Baltimore jeszcze kiedyś zabłysnął. To pokazuje, że nie należy nikogo przedwcześnie skreślać. Pójście w bardziej psychodeliczne brzmienie opłaciło się amerykańskiemu duetowi, na tyle, że po raz pierwszy ich wysokie miejsca w całorocznych zestawieniach są całkowicie zasłużone.

5. Pusha T – Daytona. Mało w tym roku słuchałem hip-hopu w porównaniu do lat minionych. Jakoś średnio kupuje te nowe trendy w stylu Migos, czy trapy a la Scott Travis. Doceniam jednak to co w zeszłym roku zrobił Pusha T. Gościa lubię już od jakiegoś czasu a „Daytona” wydaje się chyba jego najlepszym dokonaniem. Świetne beaty, nie za długie utwory oraz nieprzesadzona nawijka samego autora. Dobry rap w klasycznym wydaniu.

4. Idles – Joy as an Act of Resistance. O Idles usłyszałem dość późno, jednak nie przeszkodziło im to w wskoczeniu do samej czołówki mojego zestawienia. Wyróżniam ich przede wszystkim za świetne teksty, angielskie poczucie humoru oraz zdrowe, mocne brzmienie. W tym roku słuchałem znacznie więcej cięższego, gitarowego grania, a Idles idealnie się z tym zgrali. Chciałoby się rzec więcej takich płyt, ale wtedy Idles nie byliby tak wyjątkowi jak teraz.

3. Mitski – Be The Cowboy. Tytuł może być mylący, pod żadnym pozorem nie jest to żaden zestaw kowbojskiego country na rodeo. Nowojorska artystka o wschodnich korzeniach zamiast tego serwuje nam wyśmienity album o samotności w którym wrzuca trochę electro-popu, trochę rocka. Jaki efekt tego? Płyta roku wg Pitchforka, a w reszcie zestawień także czołowe pozycje. Zupełnie zasłużenie!

2. Car Seat Headrest – Twin Fantasy. Indie Rock wciąż żyje! Co więcej Amerykanie z Leesburga w stanie Wirginia udowodnili, że warto czasem odświeżyć coś starszego. „Twin Fantasy ” przecież pierwotnie ukazało się w 2011 roku, jednak wtedy nie odbiło się większym echem. Nawet w ich rodzimym stanie. Jednak gdy zespół zyskał większy rozgłos po krążkach „Teens of Style” oraz „Teens of Denial” ukazała się wznowiona wersja „Twin Fantasy„. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż materiał ten okazała się jednym z najlepszych indie rockowych wydawnictw minionego roku.

1. Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love. Najczęściej słuchany album przeze mnie w minionym roku musiał po prostu wygrać w tym zestawieniu. Ba, mamy styczeń 2019 a ja wciąż słucham tego genialnego krążka. Niby tylko 9 utworów, ale ile w tym mocy. Takie utwory jak: „Honeycomb” czy też „Canary Yellow” to ponad 12 minutowe hymny, które bawią się różnorodnością. Amerykanie postawili na większe eksperymenty w brzmieniu i opłaciło im się to z nawiązką. Już nikt nie może ich zaszufladkować wyłącznie jako twórców tzw. „BlackGaze”, gdyż tym krążkiem udowodnili, że żaden im gatunek nie jest straszny. Żałuje tylko, że nie udało mi się dotrzeć na ich koncerty w Poznaniu i stolicy. Może w tym roku na jakimś festiwalu się spotkamy? Oby!