Passion Pit – Gossamer

Wakacji ciąg dalszy.

Pora na kolejną płytę z serii tych wakacyjnych. Drugą najczęściej przeze mnie katowaną płytą na urlopie po albumie Franka Oceana było najnowsze dzieło Passion Pit „Gossamer”. Dla amerykańskiej grupy indie-popowej z Cambridge jest to drugi krążek w dorobku, jednak dopiero teraz udało się podbić listy przebojów.

Przepis na sukces okazał się bardzo prosty. Wystarczyło zgromadzić na „Gossamer” kawałki electro-pop’owe spod znaku MGMT z chwytliwymi, melodyjnymi refrenami. I mimo, że wydaje się to być prymitywne to w pewien sposób zmusili mnie do powrotu do naiwnych czasów kiedy na wakacyjnych imprezach słuchało się tanecznych hitów od Klaxons. Jednak dla tych kilku chwil bezrefleksyjnego odpoczynku jestem w stanie im to wybaczyć. Poza tym dobrze się tego słucha, zanim się obejrzymy cała płyta jest już przesłuchana. I trzeba ją włączać od początku.

Słuchając takich kawałków jak „I’ll Be Alright”, „Take a Walk” czy też „Hideaway” aż czuje się cukier w uszach. Kolorowe synthowe melodie, falsetowy wokal, rozbudowana perkusja dodaje wakacyjnego klimatu. I mimo, że za kilka miesięcy nie będziemy pamiętać o tych piosenkach to na chwilę obecną do radia samochodowego czy też słuchawek pasuje to jak ulał. Poza tym jak puścimy na jakiejś imprezie to przy odrobinie słodkich drinków będzie można się do tego „pobawić”. Słuchając tych utworów nie ma obciachowej nędzy bo jakąś minimalną wartość estetyczną ta płyta prezentuje. Może i nie jest to elektronika tych wymiarów co kawałki robione z nudów przez Thoma Yorke’a, ale przecież mowa o albumie, który z definicji musi być lekki i łatwy do strawienia. Bawcie się, odpoczywajcie, relaksujcie i słuchajcie Passion Pit. Ocena: 7/10.

Violens – True

Tylko prawdziwy malkontent powie, że w tym roku brakuje dobrych płyt. Grupa Violens udowadnia, że jest inaczej wydając trzeci album, który okazuje się najlepszym ich dziełem w dorobku.

„True” to zdecydowanie jedna z lepszych płyt jakie dane było mi słuchać w tym roku. Zapoznałem się z nią już parę tygodni temu, ale by o niej cokolwiek sensownego napisać musiałem sobie wyrobić zdanie notorycznie słuchając cały album od „Totally True” do wieńczącego dzieło „So Hard To See”.

Już pojawiające się w sieci single zapowiadały bardzo ciekawy album. I nie było żadnej przykrej niespodzianki, gdy przesłuchałem całość. „True” to bardzo miły w odbiorze, lekki, troszkę smętny, troszkę radosny album oparty o fajne gitarowe brzdąkanie. Dzięki specyficznemu wokalowi Jorge’a Elbrechta i Iddo Arada całość ma niepowtarzalny klimat zamglonej, tajemniczej wyspy, którą można odkrywać codziennie na nowo. Dobrze powie ten, kto uważa, że to fajny album na lato, ale nie będzie w błędzie także osoba, która będzie zakochiwać się w tych utworach podczas jesiennych, deszczowych wieczorów.

Poza typowo indie-popowymi balladami mamy tutaj także do czynienia z bardziej energicznymi utworami takimi jak: „All Night Low”, gdzie Vilolens pokazuje wyjątkowo ostrego pazura wprowadzając troszkę punkowej rebelii. Podczas odsłuchiwania „True” nuda nas nie dopadnie, w pełni gwarantuje. Oj czuje, że dzięki takim utworom jak „When to Let Go”, „Unfolding Black Wings” czy też „Sariza Spring” będzie pierwsza dziesiątka roku 2012. Ocena: 9/10. A jak by, że inaczej?

Guillemots – Hello Land!

Dobrego indie popu nigdy za wiele.

Nie słyszałem wcześniej o tym angielskim zespole. Gdy jednak zagłębiłem się w temacie okazało się, że nie jest to debiutancki projekt, dwudziesto-paru latków. Na koncie już kilka płyt, z czego „Hello Land!” jest czwartą w dorobku tego bandu. Troszkę mnie to zdziwiło bo słuchając tego albumu czuć było na nim debiutancką energię i świeżość. Tak jakby ta cała energia, która się zbierała w nich przez całe, młode życie wybuchła w jednym momencie dając „Hello Land!”. Nie wielu zespołom udaje się po energicznym i fajnym debiucie wydać kolejną równie dobrą płytę. Jest to tak zwany syndrom drugiej płyty. Niektóre natomiast bandy odkrywają siebie dopiero przy drugim, trzecim albumie. Gillemtos udało się na etapie czwartego studyjnego albumu zachować wszystko to, co najlepsze w debiutanckich płytach.

Wróćmy jednak do samej płyty. „Hello Land!” to ciekawy i fajny zbiór dobrych piosenek na ciepłe letnie dni. Intro w postaci „Spring Bells” nie zapowiada jeszcze niczego ciekawego, ale już drugi epicki „Up On The Ride” zachęca do słuchania. Ten rozbudowany, prawie siedmiu-minutowy szlagier składa się z dwóch części. Z czego ta pierwsza jest typowym utworem „manana”. Leżymy sobie, dłubiemy w nosie, patrzymy w sufit/niebo itd. Lekka gitarka i anielski chórek tylko zmagają uczucie pełnego relaksu. Po krótkim przejściu zaczyna się imprezka. Bije w nas duża słodkość damsko-męskiego wokalu rzucającego „Oh, stay near my baby / I know I’m not an easy ride”. To na prawdę jest dobre, przypomina stare, dobre lata 60 prostej piosenki o miłości.

Następny w kolejności „Fleet” trzyma poziom, używając tych samych sztuczek co poprzedniczka by zatrzymać słuchacza. Na plus rewelacyjny bas. Kolejny „Southern Winds” troszkę nas usypia, jednak senny klimat kończy się wraz z „Outside”, które brzmi jak jeden z tych energicznych, debiutanckich kawałków Arcade Fire. Następna piosenka powinna być hymnem wszystkich ludzi pracy dzięki wałkowanemu zdaniu „Nothing’s going to bring me down”. Dwie ostatnie piosenki „Byebyeland” oraz „I Lie Down” stanowią długie, rozbudowane outro albumu. Osobiście zamieniłbym je kolejnością, ale tak też jest ok.

Troszkę nie równy ten album, jednak dzięki takim kompozycjom jak „Up on The Ride”, „Fleet” czy też „I Lie Down” stanowi ciekawą propozycję na najbliższe czerwcowe dni. Wszystkim tym, którzy lubią relaksować się przy dobrej, rozbudowanej i melodyjnej muzyce szczerze polecam. Ocena: 8/10.