Afro Kolektyw – Piosenki po polsku

Afro Kolektyw w całkowicie nowej odsłonie.

Kiedyś byłem ogromnym fanem hip-hopu. Na tyle, że nie słuchałem niczego innego. I pamiętam do tej pory jak w czasach gimnazjalnych zachwycałem się Afro Kolektywem. Było to coś innego, całkiem inny rap. Zabawny, zawadiacki, ironiczny, z elementami jazzu hip-hop. Podobał mi się ten tellingstory, te wszystkie gorzkie żarty. Coś pięknego, coś zupełnie innego od tych wszystkich osiedlowych smętów o ciężkim życiu. Lubiłem wtedy jak „murzyn bije w kokos”.

Tymczasem na początku roku zespół wydał płytę z muzyką w zupełnie innej konwencji. Chwycili gitary, włączyli syntezatory, Afrojax zaczął nawet śpiewać. Materiałowi na „Piosenki po polsku” bliżej jest do Muszek, The Car is On Fire i Rentona. Jaki jest tego efekt? Cóż, słychać wyraźnie, że utwór, utworowi nie równy. Mamy przecież fajne, singlowe „Wiąże sobie krawat”, „Niemęskie granie” czy „Czasem pada śnieg w styczniu”. Natomiast po drugiej stronie znajdują się utwory średnie, będące raczej zapchajdziurami. Mimo to doceniam odwagę i próbę zmiany. Nie neguje ich nowej twarzy. Ba, będę ich słuchał dalej bo uważam, że Afro Kolektyw ma potencjał na fajny indie zespół. Jednak wolałbym raczej posłuchać kolejnych gorzko-śmiesznych utworów traktujących o dziwnej miłości.Może uda się to jakoś połączyć? Już kiedyś połączyli kropki. Ocena: 6/10.

 

Lana Del Rey – Born To Die

Rok 2011 został już oficjalnie zamknięty. Czas by przejść do roku 2012, który przyniósł nam już pierwsze, ciekawe propozycje muzyczne. Oto pierwsza i zdecydowanie najlepsza płyta jaką usłyszałem w nowym roku.

Lana Del Rey, czyli Elizabeth Grant w świecie muzyki po raz pierwszy zaistniała dwa lata temu, gdy jako Lizzy Grant wydała EP-kę „Kill Kill”. Na początku tego roku już jako Lana Del Rey wydała rewelacyjną EP-kę „Lana Del Rey”, która była pewnego rodzaju zapowiedzią pełnego albumu „Born To Die”, który pojawił się oficjalnie 20 dni później.

Początek krążka stanowią cztery dobrze znane nam piosenki z EP-ki „Lana Del Rey”, ułożone w innej kolejności. Początek jest na prawdę mocny. Tytułowe „Born To Die” wprowadza nas w magiczny świat Pani Grant. Kolejne „Off to the Races” chyba najbardziej mnie oczarowało. Powód? Wsłuchajcie się jak głos młodej wokalistki zmienia barwy, jak czaruje. Jestem zachwycony. Nie mniej fascynuje mnie jej głos na innych trackach. „Video Games” oraz „Diet Mtn Dew” również jest świetnym popisem jej umiejętności. Wydawać się, że reszta piosenek to zapchajdziury. Zdecydowanie tak nie jest. Wysoki poziom został zachowany do ostatniego „Lucky Ones”. Co poza świetnym głosem Pani Grant mnie zachwyciło najbardziej? Warstwa muzyczna, dużo patosu, dużo klawiszy jak i innych, różnych, fajnych zabiegów. Warstwa liryczna również na poziomie.

Teraz pytanie skąd tak duży hype? Nie mała w tym zasługa jej ojca milionera, który zadbał by o córce usłyszały odpowiednie kręgi. Oczywiście nie przeszkadza mi to ze względu na świetny materiał na płycie. Gorzej by było gdyby bogaty tatuś promował małą zdolną córkę. Lawina krytyki spadła również na młodą piosenkarkę za występ na żywo podczas Saturday Night Live. Ja osobiście jestem przekonany, że to kwestia czasu aż Lana Del Rey „się wyrobi”. Z uwagę będę śledził jej dalszej karierę. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Cults – Cults

Powrót kultowych melodii z lat 60 w wersji indje-popowej, które mają dopełnić nam wakacyjne leniuchowanie.

Oj tak, ta płyta to typowa wakacyjna, lekka i bez kompleksowa zbitka melodyjnych piosenek, których zadaniem ma być uzupełnianie wakacji czymś po prostu „fajnym” (w szerokim rozumieniu tego słowa). Cults to nowojorski (można było jeszcze obstawiać Los Angeles) duet Madeline Follin (śpiewa) oraz Briana Oblivion (robi całą resztę). Na płycie widać, a raczej słychać, że para raczej z nich dobrana. Udało im się skomponować fajny, przyjemny debiutancki krążek, który słucha się wyłącznie w ciepłe, słoneczne dni. Utwory nie są długie i nie ma ich dużo, także czas spędzony przy tej płycie nie jest duży, ale i co najważniejsze nie jest zmarnowany.

Stylistycznie odwołują się do lat 60, czyli łatwych piosenek o wszystkim i o niczym. Poza tym przypomina to jak już zauważono Peter, Bjorn and John, ale zrzynki nie ma, są tylko skojarzenia z wakacjami 2006, które były gorące. Mamy tu wszystko co musi zadziałać i jakiś klawisz, i handclaping, i cymbałki, i nieskomplikowane konstrukcje piosenek, które mają za zadanie się podobać. I się podobają. Oczywiście nie jest to nic nowego, ale c’mon people! To tylko płyta na wakacje. Nikt nie słucha na plaży Paranoid Android ani podczas górskiej wycieczki Briana Eno. Cults dobrze w tym momencie trafia, jest fajnie, ale już we październiku nikt nie będzie pamiętał o Abducted czy Go Outside. Póki co urlopowiczu, pakuj Cults do torby. Ocena: 7/10.

Posłuchaj