of Montreal – Paralytic Stalks

Kolejna porcja smutnych piosenek na wesoło w wykonaniu Kevina Barnesa.

Wydawałoby się, że of Montreal najlepsze lata ma za sobą. Zwłaszcza niesamowity był dla nich okres 2004 – 2007, który był pewnego rodzaju apogeum w ich twórczości. Zespół z Athens wydał wtedy „Satanic Panic in Attic”, „The Sunlandick Twins” oraz „Hissing Fauna, Are You the Destroyer?”. Każda z tych płyt wiele wniosła do gatunku odrealnionego popu i zebrała świetne recenzje. Potem był pamiętny koncert na Offie po czym nastąpił dziwny okres. Następne płyty nawet nie zbliżyły się do poziomu poprzedniczek. Być może formuła częstego wydawania płyt zebrała żniwo wypalając pomysły zespołu? Może problem tkwił głębiej w głowie Kevina Barnesa? Bo „Skeletal Lamping” oraz „False Priest” to krążki moim zdaniem mocno słabiutkie.

Dlatego też nie miałem zbyt dużych oczekiwań od tegorocznej propozycji zespołu. Po pierwszym przesłuchaniu „Paralytic Stalks” moje zdanie się nie zmieniło. Zadziałało chyba złe nastawienie. Jednak im więcej czasu poświęcałem tej płycie to tym lepszą opinię o niej miałem. Ostatecznie mogę stwierdzić, że of Montreal wracają do formy, bo na „Paralytic Stalks” są na prawdę dobre momenty, które pokazują, że Kevin Barnes nie zapomniał tworzyć odjazdowych, zakręconych i przede wszystkim kolorowych popowych kawałków. Oczywiście nie jest cały czas superancko, pojawiają się dłużyzny, momenty słabe. Jednak całość stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Dlatego z czystym sumieniem szósteczkę mogę dać. Ocena: 6/10.

Afro Kolektyw – Piosenki po polsku

Afro Kolektyw w całkowicie nowej odsłonie.

Kiedyś byłem ogromnym fanem hip-hopu. Na tyle, że nie słuchałem niczego innego. I pamiętam do tej pory jak w czasach gimnazjalnych zachwycałem się Afro Kolektywem. Było to coś innego, całkiem inny rap. Zabawny, zawadiacki, ironiczny, z elementami jazzu hip-hop. Podobał mi się ten tellingstory, te wszystkie gorzkie żarty. Coś pięknego, coś zupełnie innego od tych wszystkich osiedlowych smętów o ciężkim życiu. Lubiłem wtedy jak „murzyn bije w kokos”.

Tymczasem na początku roku zespół wydał płytę z muzyką w zupełnie innej konwencji. Chwycili gitary, włączyli syntezatory, Afrojax zaczął nawet śpiewać. Materiałowi na „Piosenki po polsku” bliżej jest do Muszek, The Car is On Fire i Rentona. Jaki jest tego efekt? Cóż, słychać wyraźnie, że utwór, utworowi nie równy. Mamy przecież fajne, singlowe „Wiąże sobie krawat”, „Niemęskie granie” czy „Czasem pada śnieg w styczniu”. Natomiast po drugiej stronie znajdują się utwory średnie, będące raczej zapchajdziurami. Mimo to doceniam odwagę i próbę zmiany. Nie neguje ich nowej twarzy. Ba, będę ich słuchał dalej bo uważam, że Afro Kolektyw ma potencjał na fajny indie zespół. Jednak wolałbym raczej posłuchać kolejnych gorzko-śmiesznych utworów traktujących o dziwnej miłości.Może uda się to jakoś połączyć? Już kiedyś połączyli kropki. Ocena: 6/10.

 

Lana Del Rey – Born To Die

Rok 2011 został już oficjalnie zamknięty. Czas by przejść do roku 2012, który przyniósł nam już pierwsze, ciekawe propozycje muzyczne. Oto pierwsza i zdecydowanie najlepsza płyta jaką usłyszałem w nowym roku.

Lana Del Rey, czyli Elizabeth Grant w świecie muzyki po raz pierwszy zaistniała dwa lata temu, gdy jako Lizzy Grant wydała EP-kę „Kill Kill”. Na początku tego roku już jako Lana Del Rey wydała rewelacyjną EP-kę „Lana Del Rey”, która była pewnego rodzaju zapowiedzią pełnego albumu „Born To Die”, który pojawił się oficjalnie 20 dni później.

Początek krążka stanowią cztery dobrze znane nam piosenki z EP-ki „Lana Del Rey”, ułożone w innej kolejności. Początek jest na prawdę mocny. Tytułowe „Born To Die” wprowadza nas w magiczny świat Pani Grant. Kolejne „Off to the Races” chyba najbardziej mnie oczarowało. Powód? Wsłuchajcie się jak głos młodej wokalistki zmienia barwy, jak czaruje. Jestem zachwycony. Nie mniej fascynuje mnie jej głos na innych trackach. „Video Games” oraz „Diet Mtn Dew” również jest świetnym popisem jej umiejętności. Wydawać się, że reszta piosenek to zapchajdziury. Zdecydowanie tak nie jest. Wysoki poziom został zachowany do ostatniego „Lucky Ones”. Co poza świetnym głosem Pani Grant mnie zachwyciło najbardziej? Warstwa muzyczna, dużo patosu, dużo klawiszy jak i innych, różnych, fajnych zabiegów. Warstwa liryczna również na poziomie.

Teraz pytanie skąd tak duży hype? Nie mała w tym zasługa jej ojca milionera, który zadbał by o córce usłyszały odpowiednie kręgi. Oczywiście nie przeszkadza mi to ze względu na świetny materiał na płycie. Gorzej by było gdyby bogaty tatuś promował małą zdolną córkę. Lawina krytyki spadła również na młodą piosenkarkę za występ na żywo podczas Saturday Night Live. Ja osobiście jestem przekonany, że to kwestia czasu aż Lana Del Rey „się wyrobi”. Z uwagę będę śledził jej dalszej karierę. Ocena: 8/10.

posłuchaj