Cut Copy – Zonoscope

Australijczycy po trzech latach wracają z nowym materiałem, który ma momenty, momenciki, ale niestety nie ma tego co miała poprzedniczka.

Do momentu usłyszenia Where I’m going podczas zeszłorocznego lata wiązałem z nimi ogromne nadzieje. Na prawdę duże były. In Ghost Colours to dla mnie płyta cud, album dekady, który pokochałem tak samo jak momenty przy których mi towarzyszył. A były to zawsze dobre chwile. Więc jak łatwo się domyśleć, słysząc te nutki zawsze się uśmiecham. Jednak pierwszy singiel z nowej płyty leciutko rozczarował. Niby wesoły, niby coś tam fajnego, ale jednak to nie to. To tak jak oglądasz mecz a twoja ulubiona drużyna wygrywa jedną bramką strzeloną w 90 minucie z spalonego. Przez cały mecz nic nie grali, jednak wygrali, 3 punkty są. Zonoscope niby też zdobywa 3 punkty, bo płyta jest równa, melodyjna i generalnie dobra. Jednak w tych piosenkach się nie zakochujemy, lubimy się tylko i momentami jest to szorstka przyjaźń.

Oczywiście są chwile na Zonoscope, które przypominają o Cut Copy jako o zespole magicznym. Tylko, że dla mnie to ciut za mało. Spodziewałem się czegoś innego, nie wiem czego, ale z pewnością czegoś innego. Być może to tylko taki moment przejściowy dla zespołu. Bo tak czasem słuchając tej płyty wydaje się jakby zabrakło pomysłu. Płyta trwa ponad godzinę a całość kończy 15-minutowy żarłacz błękitny o tytule Sun God. Nie ma tutaj jakiś wybijających się z szeregu hitów, każdy utwór stanowi całość. Oczywiście dominacja lat 80, electro, indie-pop, chórki. To wszystko jest i to na poziomie. Z tym, że nie przekłada się to na coś więcej. A Cot Copy po albumie z 2008 roku jest już zespołem od którego chce się czegoś więcej.

Mimo to nie należy zapominać, że udało im się nagrać krążek generalnie na poziomie, bez polotu, ale na poziomie i to także trzeba docenić. Od zespołów, które już coś dokonały zawsze wymaga się więcej i Cut Copy jest takim zespołem a Zonoscope w tym przypadku staje się ofiarą świetnego In Ghost Colours. Ocena: 6/10

posłuchaj

Newest Zealand – Newest Zealand

Kolejny projekt Borysa Dejnarowicza stanowiący łakomy kąsek dla fanów Lake & Flames.

Tym razem guru niezalu w Polsce, bóg w porcysowych klimatach, krytyk i muzyk w jednym nagrał album przy pomocy świty polskiej muzyki niezależnej i nie tylko. Taka Ala Boratyn (ex-Blog 27) może słucha i Radiohead, i Becka, ale już śpiewa w całkiem innych klimatach. Poza tym na płycie udzielają się w wiekszym lub mniejszym stopniu muzycy między innymi  takich zespołów jak: Muchy, Renton, The Car is On Fire, Kolorofon, Furaia Futrzaków, Afro Kolektyw czy też Mitch & Mitch. I to i tak nie wszystko.

Płyta ta jest zlepkiem piosenek, pomysłów, które powstały na przestrzeni kilku ostatnich lat. I tak jak niczym of Montreal Borys w sposób radosny śpiewa smutne rzeczy. Wyczuć można także wpływy wielu muzyków z Arielem Pinkiem na czele, ale przecież wiadomo, że Pan Dejnarowicz osłuchany chłopak jest. To i na Primavere do Barcelony się wybierze a to też zapoda deejayowskim setem jako dj laski wyrywam. Słuchając tej płyty za pierwszym razem pomyślałem, że to godna kontynuacja Lake & Flames, ostatniej płyty Car is On Fire z Borysem w składzie. Single Yous Sincerely czy też As Sure As Sunrise są fajnymi gitarowymi piosenkami popowymi ,które śmiało można by wcisnąc gdzieś pomiędzy Oh Joe a Can’t Cook (Who Cares?).

Sama płyta jest jedną z lepszych jakie wyszły w tym roku w Polsce. Może nie tak przebojowa, ale równa i melodyjna. Jest coś w niej ciekawego i uroczego zarazem.  Można ją uznać za takie fajne podsumowanie muzyczne ostatniej dekady w Polsce. Pytanie co teraz będzie robił sam Dejnarowicz dalej? Z pewnością za pare lat wyda kolejne wydawnictwa o innych nazwach, z innymi pomysłami, lecz mające te same korzenie. Nie musimy się zgadzać z jego osądami muzycznymi, ale trzeba mu przybić mocno piątkę za tworzenie fajnego popu z głową. Posłuchajcie i oceńcie sami, ja idę mielić mak. strzałka. Ocena: 7/10

posłuchaj

The Radio Dept. – Clinging To A Scheme

Jeżeli nie jesteście fanami gitarowego indie grania Dinosaur Jr. to polecam wybranie się pod namiot trójki gdzie będzie grała szwedzka grupa indie popwa The Radio Dept.

Clinging To A Scheme to jedna z tych płyt, która wpada w ucho już od pierwszych przesłuchań. Słychać tutaj shoegaze wymieszane z indie popem o odrobiną elektroniki. Melodie są łatwo przystępne i ogólnie miłe dla ucha jednak nadal pozostają przy tym ambitnymi utorami. Dla mnie dość sporo skojarzeń z zeszłorocznym albumem Phoenix, a dokładnie z momentami nie singlowymi. Bo ta płyta nie jest tak przebojowa by móc z niej wybierać single dekady, ale każdy kawałek począwszy od Domestic Scene do You Stopped Making Sense stoi na równym, dobrym poziomem. Żaden raczej się nie wychyla by nie dostać od innych równych kawałków w czapę.

Takie lajtowe granie dobrze wpływa na moje poczucie muzycznej estetyki. Na korzyść tych dźwięków można dodać, że w mojej playliście lecą zaraz po nich utwory Radiohead i nie wyłapuję tego od razu, że to już Thom Yorke i spółka gra swoje melodie. To już od czymś świadczy. Nie słyszałem ich wcześniejszych dokonań, ale wiem, że w muzie siedzą już prawie całą dekadę 2000-2009 a najnowsza płyta wydaje się być najlepszą w całej dyskografii wg podpowiedzi allmusic.com. No cóż tak jak w wstępie mówiłem, jeżeli nie przekonywuje was gwiazdor offowy Dinosaur Jr to myślę warto sprawdzić tych szwedów, na koncercie o północy pod dachem namiotu może wytworzyć się fajny klimat, taki jaki jest na Clinging To A Scheme. Gdzie dzięki chwytliwym riffom gitarowym, bogatej warstwie muzycznej ozdabianej rożnymi klawiszami i znudzonym jakbym wokalem Johana Duncansona tworzy się miły nastrój fajnego dnia spędzonego gdzieś w Szwecji. Pitchfork docenił, ja również. Ocena: 7/10.

posłuchajcie Heaven’s On Fire i zapalcie cygaro.