Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009). „Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

The War On Drugs – Lost In The Dream

war-on-drugs-ws-1440Słuchając płyty „Lost In The Dream” czuje się jakbym przechadzał po Dolinie Trzech Stawów w pierwszy weekend sierpnia. Ten album  jest offowy w dwojaki sposób. Pierwsze znaczenie odnosi się do niezależności muzyki, co jest sprawą nieoczywistą. Niby z jednej strony jest to indie rock, ale z drugiej jest on już tak mocno ograny, że nie jestem pewien tej całej alternatywy. Druga kwestia offowości to ta, do której piłem w pierwszym zdaniu. To, że The War On Drugs zagrają w tym roku na OFF festiwalu to nie przypadek. Ta muzyka idealnie wkomponowuje się w to, co każdego roku serwuje nam Artur Rojek.

Już pierwszy utwór „Under The Pressure” wprowadza nas w narkotyczny klimat albumu stworzonego przez Adama Granduciela i resztę. Kolejne „Red Eyes” mogłoby spokojnie znaleźć się na ostatniej płycie Bruce’a Springsteena a „Suffering” cofa nas w czasie do przełomu lat 60. i 70. Kolejne, ponad 7 minutowe „An Ocean In Between The Wavves” oparte na gdzieś już zasłyszanym przeze mnie syntezatorze i gitarowych rozwlekłych riffach to idealna definicja amerykańskiego rocka. „Disappearing„, które funkcjonuje na płycie jako fajny wyciszacz mocno przypomina ostatnie piosenki nagrane przez Destroyer. A to nie koniec szerokich inspiracji na „Lost In The Dream„. Czy jest ktoś, kto nie słyszy Boba Dylana w utworze „Eyes To The Wind„? Dociekliwi doszukają się także Toma Petty’ego.

the war on drugs lost in the dreamGeneralnie jest to dobra płyta. Mocno gitarowa, amerykańska i narkotyczna. Momentami jednak Granduciel zamiast wprowadzać mnie w jakiś stan rozmarzenia to zwyczajnie usypia i przynudza. Zwłaszcza pod koniec płyty, gdzie piosenki ciągnął się niemiłosiernie. Jednak nie zmienia to faktu, że „Lost In The Dream” to pozycja godna uwagi. Co prawda stosuje już do bólu ograne schematy, jednak jest w tym to coś co sprawia, że chce się wracać do dzieła amerykanów. Warto dodać, że teksty, w których nie brakuje żywych emocji znacznie podnoszą oceny krążka. Czy będzie lista roku, nie wiem. Póki co polecam, zwłaszcza na ciepłe, letnie dni. Ocena: 7/10.