Co tam w liściach piszczy – Przegląd płyt z października i listopada

Jesień zawitała już na dobre. Sprawdźmy co tam było słuchane w czasie, gdy za oknem było czerwono-żółto.

Alvvays – Blue Rev. Trzeci już album w dorobku zespołu z Toronto to miła i energiczna dla ucha rzecz. Niby to zwykły power-pop, ale ile tutaj inspiracji muzycznych można wyłapać. Zaczynając od wszelkiej maści shoegazowych wpływów, po indie rock lat 90. Słuchać, że takie zespoły jak The New Pornographers czy też The Raspberries są dobrze znane Kanadyjczykom. Sam „Blue Rev” to solidny zestaw gitarowej muzyki okraszonej damskim wokalem. Płyta może świata nie zmienia, nie sprawia, że węgiel jest tańszy i lepiej się pali, ale jak się tego słucha to tak trochę cieplej się robi. Sprawdźcie w zimne, jesienne wieczory. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Brodka – Sadza. Rozpisywanie się o metamorfozie Moniki Brodki od gwiazdki pop do gwiazdki indie w zasadzie nie ma już sensu bo artystka już od ponad dekady idzie pod prąd względem mainstreamowego popu. Od momentu wydania „Grandy” każdy jej album czy też utwór to zupełnie inna, nieprzewidywalna estetyka i styl. To samo jest na „Sadzy”, który wydaje się być krążkiem najmniej przystępnym dla randomowego słuchacza. Z drugiej jednak strony jest to album na, którym dzieje się bardzo wiele. Sun Kill Moon, Steve Reich i Skalpel? Też lubię posłuchać, lecz to nie jedyne inspiracje. Czego tu w zasadzie nie ma? Jakieś techno r’n’b w „Utrata” czy też techno folk w „Sadzy„. Sporo smaczków, a wszystko krąży wokół elektroniki i muzyki klubowej. Już widzę Brodkę na Tauronie czy też Carbonie w Zabrzu! W „Hydroterapii” pojawia się Zdechły Osa, ale jego występ raczej nie wnosi za wiele do całości a stanowi wyłącznie ciekawostkę. Z kolei ostatnie „Outro” to zniekształcony kawałek Brodki z popowych czasów artystki „Miał Być Ślub„. Bardzo fajna, acz krótka płyta. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Dream Unending – Songs of Salavation. Generalnie nie słucham za wiele metalu, ale jak już go włączam to staram się by były to rzeczy dobre. I taki też jest album Dream Unending. Aczkolwiek inaczej sobie wyobrażam muzykę „zbawienia”. Z tym, że ta płyta też pasuje. Generalnie, jest tu dużo spokoju. Jak na metal oczywiście. Piosenki mają nieśpieszny rytm i bardziej przypominają gitarowy soundtrack do Władcy Pierścieni. Momentami jest melancholijnie (czyli tak jak lubię o tej porze roku) a momentami mrocznie (to też lubię w jesieni). Twardy wokal przeplata się tutaj z żeńskim śpiewem a perkusista chyba ani razu nas nie uraczył podwójną stopą, co może być dla niektórych minusem. Dla mnie jest bardziej niuansem, a całość odbieram dość pozytywnie. Można puścić przy babci. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Junior Boys – Waiting Games. Przesłuchałem najnowsza płytę duetu z Hamilton w Stanie Ohio. i cóż by tu rzec? Wolałem wrócić do ich starszych nagrań. Nie jest źle, ale brakuje mi tego „czegoś”. Kompozycje są zbyt rozciągnięte, brakuje energii a chłopaki wydają się być znudzeni. Co prawda to wciąż solidny poziom, ale po takich albumach jak: „Last Exit” czy też „It’s All True” należałoby się spodziewać czegoś więcej. Może z czasem się jeszcze przekonam, póki co jest tylko 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Dawid Podsiadło – Lata Dwudzieste. Przyznam, że nie przepadałem za Panem Podsiadło na początkach jego muzycznej przygody. Z biegiem czasu moje nastawienie do typa z wąsem się zmieniło. Nie mogę nazwać się wielkim fanem, ale toleruje jego muzykę. Uważam, że idealnie wpasował się w polską scenę popową. Tak też i oceniam „Lata Dwudzieste„. Ani to album wielki, ani też przesadnie denerwujący. Ot, przyjemna płytka, którą można przesłuchać i zapomnieć. Są tu utwory lepsze jak „Halo„, „Wirus” – który momentami brzmi jak „Everybody” Backstreet Boys czy też „Tazosy” (W sumie to nie przypadek, że są na początku płyty). Są i momenty słabsze jak pretensjonalny „Post” czy też zwykle nudny „awejniak” z doczepioną Nosowską. Pojawia się także sanah, ale tu też bez większy fajerwerków. Można sprawdzić, ale bez spiny. Usłyszycie w radiu. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Taylor Swift – Midnights. Ale to zleciało. To już 10 album w dorobku Taylor Swift. Oczywiście nie będziemy wypominać wokalistce z Nashville pierwszych czterech krążków. Dopiero przy wydaniu „1989″ można było Taylor traktować poważnie. I trzeba przyznać, że fajnie sobie radzi. Przede wszystkim potrafi połączyć mainstreamowy pop z tym niezależnym. Choć, brzmi to nieco kuriozalnie. Mnie najbardziej urzekła przy okazji wydania „Folklore” w 2020. Aczkolwiek na każdym jej wydawnictwie po 2014 roku potrafię znaleźć coś dla siebie. I tak też jest z „Midnights”. Całościowo album wypada tak sobie, ale jak posłucham poszczególnych utworów takich jak: „Snow On The Beach” nagrany wspólnie z Laną Del Rey, „Karmę” czy też „Maroon” to już jest lepiej. Poszperajcie w tej płycie, może też znajdziecie coś dla siebie. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Ostateczna transformacja Deafheaven – recenzja „Infinite Granite”

O romansach mniejszych i większych z dream popem i shoegaze grupy Deafheaven wiedzieliśmy od zawsze. Już na „Sunbather” zespół dawał znaki, że muzyka spod znaku My Bloody Valentine im się podoba. Jednak do tej pory to wszystko było zasłonięte grupą warstwą black metalu. Przy okazji wydania „Ordinary Corrupt Human Love” grupa z San Francisco pokusiła się o większą dawkę „lajtowych” utworów i wydawało się, że całkowite odejście od ciężkiego brzmienia to kwestia czasu. I tak też się stało, gdyż ich najnowsza propozycja „Infinite Granite” ma z metalem tyle samo do czynienia co „Sunbather” z muzyką Slowdive.

Są ostrzejsze momenty, jednak gdyby ująć to w matematycznych proporcjach to wynik by oscylował w granicy 90-10 na korzyść shoegaze. George Clark zaczął „normalnie” śpiewać, Kerry McCoy łaskotać nasze uszy spokojnymi riffami a podwójna stopa została zdemontowana z zestawu perkusyjnego i schowana na strychu w domu Daniela Tracy’ego. Kompozycję wciąż pozostały rozbudowane, gdyż utwory trwają w granicy 6-8 minut. Jednak największą zmianą jest gatunek muzyczny. Teraz można już oficjalnie nazwać Deafheaven zespołem z pogranicza dream popu i shoegaze. Całkiem możliwe, że na serwisach metalowych już nie znajdziecie informacji o ich koncertach w Polsce 😉

Czy zespół zrobił dobrze obierając tą drogę? Oczywiście, że tak. Już od dawna obserwowaliśmy ich podążanie w tym kierunku, dlatego też nie jest to wielkie zaskoczenie. Co więcej grupa z zachodniego wybrzeża USA idealnie się w tych klimatach odnajduje. Co w dobry sposób udowadnia opisywany album. „Infinite Granite” to płyta wyśmienita. Już od pierwszych dźwięków „Shellstar” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Dalej tylko nas Deafheaven w tym utwierdzają. „In Blur” to podróż w modne w ostatnim czasie lata 90 a „Great Mass of Colour” pięknie buduje napięcie. Pociesze fanów metalowej strony grupy, że ostrzejsze momenty znajdą na „The Gnashing” oraz „Villain„. „Other Language” ładnie się rozkręca z każdą sekundą trwania a całość dopełnia nieco senne „Mombasa”, które przy końcu potrafi nas jeszcze kopnąć.

Podsumowując, najnowszy krążek grupy Deafheaven to oczekiwane przejście na lżejszą stronę muzyki. Grupa pomału odcina się od metalowego dziedzictwa na rzecz wpływów grup shoegazowych z lat 90 i wychodzi na tym bardzo dobrze. „Infinite Granite” to płyta melodyjna, dbająca o detale brzmienia, czerpiąca pełnymi garściami z osiągnięć takich bandów jak chociażby Slowdive czy My Bloody Valentine. Co prawda lubiłem, gdy Clark i spółka zagrali z „pierdolnięciem” i takie momenty jeszcze tutaj znajdziemy, jednak nowe oblicze grupy bardziej do nich pasuje. Ode mnie 9/10, trochę na zachętę by nie tracili werwy i dalej robili swoje.

Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.