Jak wyrywać laski na gust muzyczny? Krótki poradnik dla amatorów.

Ok, sprawa jest nieco delikatna i nie łatwa. Zapewne wielu z Was spędza wieczory samotnie zasłuchując smętów w stylu Thurstona Moore’a albo Swans, a przy odrobinie alkoholu i zapomnienia porywa na kołysanie głową przy Gangu Albanii. Znajomi mają Was za freaków a rodzice nie traktują poważnie. I te odwieczne pytanie babci: „Kiedy przyprowadzisz jaką dziewczynę? Taki fajny chłopak”. Nie jest dobrze. A nawet powiedziałbym, że jest źle. Bez obaw, wujek Paweuu Wam pomoże! Jak wyrwać laskę na gust muzyczny? O tym poniżej.

Zacznijmy od tego, że bardzo trudno jest zaimponować dziewczynie gustem muzycznym. Bo co to w ogóle jest? Słuchasz dobrej muzyki, wielkie mi coś. Pokaż lepiej ile zarabiasz i czym jeździsz! No, ale załóżmy, że jedyna zajebista rzecz jaką posiadacie to właśnie gust muzyczny.

Wybór celu.

Na początku należy odpowiednio wybrać swój cel ataku miłosnego. Starszej kobiecie, po rozwodzie z dzieckiem raczej nie zaimponujecie tym, że byliście dwa razy na koncercie Sonic Youth, w tym jednym w Berlinie. Także większość blond bogiń was wyśmieje, jak usłyszą od was takie nazwy jak: Bon Iver, Phoenix czy też Grizzly Bear. A ruda, która tańczy jak szalona? Dla niej istniej  tylko disco, którego pewnie nie słuchacie na co dzień. Prawda? Postarajcie się odpowiednio wyselekcjonować kandydatkę. Z doświadczenia wiem, że gustem muzycznym bardziej zaimponujesz licealistce lub studentce aniżeli kobiecie pracującej na poważnym stanowisku w banku. No, ale mogę się mylić. Wyczujcie podczas rozmowy czy jara się line-upem tegorocznego OFFa, słucha muzyki na spotify i czy ma konto na Last.Fm. Jeżeli nie wyłapiecie tego, nie brnijcie dalej. To nie ma sensu.

Zachowanie umiaru.

Gdy znajdziecie już swój cel, to nie przechodźcie do ofensywy totalnej niczym Milan z epoki Van Bastena. Nie opowiadajcie podjarani o wszystkich koncertach z Offa 2011 ani albumach synth popowych z 2013 roku. Postarajcie się wsłuchać co ma do powiedzenia druga osoba, a odpowiednie karty wykładajcie na stół z czasem. „Za miesiąc gra w Warszawie Moderat? Widziałem dwa razy, opowiadałem Ci?„. Pamiętajcie o tym, że gustem muzycznym można imponować do momentu. Dlatego zachowanie odpowiedniego umiaru jest ważne, by nie wyjść na totalnego świra. Pokażcie, że robicie też inne rzeczy, a muzyka to Wasz zajebisty dodatek.

Urozmaicenie.

Jesteście wiernymi fanami Radiohead? Pokażcie, że od czasu do czasu słuchacie bardziej mainstreamowe rzeczy jak Coldplay czy Katy Perry. Nawet Britney Spears nie podpadnie. W zasadzie nic nie podpadnie, jeżeli będziecie umieli się obronić. Pamiętajcie, że dobry gust muzyczny to szeroki wachlarz muzyczny. Nawet w krytykowanym disco można znaleźć pozytywne brzmienia. Nie bójmy się ich!

Dodatki.

Noszenie opasek z festiwali pół roku po wydarzeniu jest faux-pas. Zdejmujcie od razu, pokażcie, że w między czasie robiliście równie zajebiste rzeczy (chociaż pewnie tak nie było). Także zajrzyjcie do swojej garderoby. Koszulki z zespołami są spoko, o ile nie chodzicie w nich cały czas. Jeżeli codziennie rano ubierasz przetarty t-shirt z logiem Joy Division, to musisz koniecznie to zmienić. Nie oblepiajcie się też cali w przypinki i przyszywki. Ja wiem, że Beatlesi i Stonsi wnieśli bardzo wiele, a jest jeszcze Bowie i Dylan. I, że każdego szkoda, ale musicie z czegoś zrezygnować!

Nie krytykuj.

Zapewne jedyny słuszny gust muzyczny to Wasz. Opanujcie się z krytyką jak usłyszycie pochlebne opinie na temat Chainsmokers czy też nowych płyt Muse. Nie wyśmiewajcie się z tego, że kiedyś była na Woodstocku. Każdy w życiu popełnia błędy, ale też trzeba akceptować ludzi. Z resztą jeżeli Waszą jedyną pozytywną cechą jest gust muzyczny… to wiecie sami.

Zwierzęta.

Dziewczyny kochają zwierzęta. Teraz wyobraźcie sobie taką kombinacje – macie kota o imieniu Pixies albo psa, którego wołacie Ringo. Miękkie nogi gwarantowane. A teraz marsz do zoologicznego bądź schroniska!

Imprezka!

Ostatnia rada, która przyszła mi do głowy. Jako muzyczne nerdy nie zamykajcie się na ludzi. Pokażcie, że macie wielu znajomych z którymi się spotkacie. Dziewczyny lubią być w centrum zainteresowania. Zorganizuj więc imprezkę z ciekawymi ludźmi i jeszcze lepszą muzyką.

Ok, młode wygłodniałe wilki, ruszajcie w miacho! Te rady, jakimś cudem mogą Wam pomóc. Jednak nie gwarantuje tego, bo sam jestem amatorem w tej dziedzinie. Jeżeli jednak komuś się uda, to pochwalcie się w komentarzach. Kto wie, może zmienię branże i zostanę osobistym coachem?

Playlista do biegania

running-picParę lat temu stworzyłem na łamach bloga listę 10 piosenek, idealnie motywujących do biegania i ćwiczeń. I był to strzał w dziesiątkę, jeżeli chodzi o klikanie. Jednakże z perspektywy czasu, nie mam pewności, czy ów lista to rzeczywiście dobre piosenki do biegania. Aktualizuje sprawę, i liczę na to, że i w tym przypadku kliknięcia będą się zgadzać.

Bill Conti – Gonna Fly Now. Playlistę rozpoczynam z dużego kopyta. Z własnego doświadczenia wiem, że najgorzej jest się zmobilizować i zacząć. A moim zdaniem, nie ma nic bardziej mobilizującego do biegania (czy tam ćwiczeń) jak soundtrack Billa Contiego do filmy „Rocky„. Zawsze, po każdym seansie tego filmu nabieram ogromną chęć do fizycznego wysiłku. Myślę, że na każdego to działa.

Posłuchaj

Fatboy Slim – The Rockerfeller Skank. W sumie to nie wiem, czy ten utwór lepiej pasuje do biegania, czy też jazdy samochodem. Jednak był w soundtracku do Fify ’99, a piłka nożna to głównie bieganie, prawda?

Posłuchaj

Arctic Monkeys – Brianstorm. Oj przy tym kawałku można zasuwać. Szybkie tempo nadawane przez perkusje nie pozwoli nam zwolnić. Swoją drogą, pamiętam, że do tego kawałka też nieźle się skakało w Dance Revolution.

Posłuchaj

Yeasayer – Madder Red. Amerykanie z Yeasayer również potrafią podyktować odpowiednie tempo. Sprawdzone przez stronę jog.fm

Posłuchaj

The Prodigy – Smack My Bitch Up. W sumie to klasyk jeżeli chodzi o jogging na wysokich obrotach.

Posłuchaj

Queen – Don’t Stop Me Now. Tak jak w tytule, przy tym klasycznym utworze Brytyjczyków, nikt was nie zatrzyma.

Posłuchaj

Arcade Fire – Ready To Start. Pomimo tego, że Kanadyjczycy z Arcade Fire nie grają już tak fajnie jak kiedyś, to mają w swoim repertuarze energiczne kawałki, które spokojnie mogą nam posłużyć jako muzyczne tło do biegania.

Posłuchaj

CHVRCHES – Lungs. Szczypta elektronicznego indie-popu w sam raz na bieganie przy zachodzącym słońcu.

Posłuchaj

The Black Keys – Fever. Chłopaki z Black Keys robią przyjemną i energiczną muzykę. Myślę, że „Fever” rozrusza niejednego leniuszka.

Posłuchaj

Muse – Assassin. Na koniec proponuje trochę metalowych zapędów od Muse. Ciężkie gitary i naparzająca perkusja nie powinny wam pozwolić na chwilę wytchnienia. Jeżeli nie jesteście fanami Brytyjczyków – wyobraźcie sobie, że uciekacie przed hordą nastoletnich fanek Bellamy’ego. Równie dobrze podziała na mobilizację podczas biegu.

Posłuchaj

A jakie Wy polecacie kawałki do biegania? Czekam na Wasze komentarze!

Drony, teorie spiskowe i konflikty zbrojne, czyli Muse w natarciu

muse2Muse to jedna z tych kapel z którą łączy mnie ogromny sentyment. W czasach licealnych zasłuchiwałem się w zimnym „Sunburn„, jazgotliwym „Origin of Symmetry„, epickim „Absolution” oraz patetycznym „Black Holes and Revelations„. Nie wyobrażałem sobie by nie mieć na empetrójce chociaż jednej płyty Muse. Potem przyszedł czas studiów i niezapomniany „Resistance” – płyta, którą traktuje mocno osobiście. Następny krążek „The 2nd Law” już tak nie porywał, ale również dobrze wspominam ten album ze względu na koncert w Łodzi. Minęły trzy lata i pojawił się „Drones”. Album, który niemiłosiernie mnie wkurza.

Po przesłuchaniu najnowszej płyty Brytyjczyków czuję się tak jakby bliska mi osoba robiła coś nadzwyczaj żenującego, a ja nie mógłbym jej powstrzymać. Mówiłbym: „Przestań! To absurd, nie rób tego”. A ona dalej swoje. Czuje się tak jakby AC Milan kupił Grzegorza Rasiaka za 3o mln euro i nazywał go najlepszym napastnikiem świata. Czuje się tak jakby Trybson został Prezydentem Polski. Czuje bezsilność.

drones museDrones” to wyjątkowo słaba płyta. Zawsze wiedziałem, że Bellamy i spółka są pozbawieni własnego stylu. Czuć było w ich muzie kombinacje różnych artystów. Na początku byli to Jeff Buckley i Radiohead. Później grupa poszła w stronę progresywnego rocka spod znaku Queen. Następnie na celownik wzięli AC/DC oraz U2. Jednak zawsze mieli smykałkę do fajnego łączenia tych brzmień i nagrywania prawdziwych gitarowych wymiataczy. Na dronach tego nie ma. Jest jedna wielka autoparodia. Zatoczyli koło. Bellamy zaczął zżynać z samego siebie.

Spójrzmy na takie „Mercy„, które brzmi jak kombinacja „Starlight” (klawiszowy motyw przewodni) i „Falling Away With You” (syntezatory). Ciężkie gitary w „The Handler” przywołują na myśl progo-rockowe zapędy z „Black Holes And Revelation„. W „Aftermath” Bellamy ponownie wciela się w skórę Jeffa Buckleya a „Reapers” nie było czasem zapychaczem na „Resistance„? Mistrzostwem w zjadaniu własnego ogona jest jednak 10 minutowy „The Globalist„. Zaczyna się w westernowym stylu jak pamiętne „Knights of Cydonia„, następnie Bellamy przechodzi w nastrój ballady z pogranicza „Sing For Absolution” oraz „Unintented„. To jednak nie koniec bo w okolicy 4:34 otrzymujemy kolejną wersję „Stockholm Syndrome” a na samym końcu wracamy ponownie do klawiszów i coś na kształt patetycznej ballady, która spokojnie znalazłaby się na „Resistance„.

Muse_DronesJak widać na „Drones” znalazło się miejsce na motywy z każdej wcześniejszej płyty Muse. To jednak nie wszystko bo taki „Psycho” brzmi jak „Personal Jesus” Depeche Mode, a Bellamy nawet nie stara się tego zbytnio ukrywać. No cóż, jestem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Już od jakiegoś czasu widoczna była tendencja spadkowa, a tracklista, która pojawiła się na początku roku jasno dała mi do zrozumienia, żebym nie spodziewał się niczego świeżego. Nawet po okładce widać obniżenie lotów. Muse mieli zawsze ładne graficzne opakowania płyt. Ta jest nazbyt wymowna i kiczowata.

I tak o to mam na telefonie pierwszą płytę Muse, której nie chce mi się słuchać. Nawet w fragmentach. Robię to wyłącznie z recenzenckiego obowiązku. Chciałem ostatnio napisać jakąś negatywną reckę, więc czemu nie Muse? Dużo prawdy jest w twierdzeniu Bartka Chacińskiego, który porównuje Brytyjczyków do cover bandu, który fajnie się słucha na żywo, ale na płycie już nie. Ocena: 3/10.

Posłuchaj