10 piosenek na upalne dni

Afrykańskie upały dają nam się ostatnio we znaki. Stąd pomysł na wakacyjną playlistę, która umili każdemu leżakowanie w cieniu i sączenie zimnych drinków.

Metronomy – The Bay. Na początek zaczniemy od jednego z letnich hitów grupy Metronomy, którą będziemy mieli okazje podziwiać na najbliższym Off Festiwalu. „The Bay” to idealny utwór dla każdego, kto spędza wakacyjny urlop nad morzem. Wakacyjnego uroku dodaje także fajnie zrealizowany teledysk. Dodatkowo luźny tekst uświadomi nam, że fajnie może być w każdej miejscowości, byle dostęp był do orzeźwiającego morza.

M83 – Midnight City. Jak głosi legenda (a raczej pewna znana reklama znanej marki piwa) to „oni się dzieją”. Wy także „się dziejcie” słuchając w tle Anthony’ego Gonzlaeza oraz łykając schłodzone piwo w zielonej butelce. Oczywiście to nie jest najlepsza piosenka M83, ale chyba najbardziej chwytliwa. Każdy ją słyszał. Także w zróżnicowanym towarzystwie spodoba się każdemu, nawet największemu bucowi uznającemu tylko i wyłącznie letnie hity De Mono. Poza tym końcowy saksofon przypomina piękne letnie dni spędzony z Cut Copy.

Brodka – Dancing Shoes (Kamp! Remix). To co łodzianie zrobili z tym nudnym kawałkiem Brodki to majstersztyk. Oczywiście piosenka sama w sobie nie jest zła, bo nawet z marnej piosenki rewelacyjny remix nie wyciągnie chociaż minimalnej dawki fajności. Tutaj były jakieś podstawy by zrobić hit lata 2012 (Jak do tej pory). Jest tanecznie, ale nie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ten taniec będzie tańcem szaleńczym, obłędnym. Jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną Polska nie ma się czego wstydzić, natomiast jeżeli mowa o polskim popie to cieszę się ogromnie, że Monika Brodka godnie zastępuje nam Nosowską. To świetna piosenka, szkoda tylko, że w radiu nie śmiga. Lżej byłoby w pracy uwierzcie.

Wavves – King of The Beach. O tym zespole już pisałem tyle razy, że… a dobra napiszę to jeszcze raz. Esencja wakacyjnej piosenki. Hook goni hook, fajny refren, istnie punkowa energia połączona z popem ozdobiona złotymi łańcuchami. To musiało się udać. Wróćmy do tej piosenki także i tego lata.

Mystery Jets – Greates Hits. Kolejne wakacje i kolejny raz do głosu dochodzi typowo wakacyjny band Mystery Jets. Uwodzili nas już wcześniej wieloma piosenkami. Najnowsza nie jest od nich lepsza, ALE ma inny ważny plusik. Chodzi mianowicie o wymiar edukacyjny i przypomnienie nam największych hitów w dziejach świata. W tekście pada spora ilość tytułów, które warto znać. Natomiast muzycznie zwrócili się bardziej w stronę klasycznego popu, zahaczając lekko o standardowe country. Dobra piosenka na wakacje, zwłaszcza dla tych, którzy wybrali ofertę agroturystyki, bądź postanowili zostać w domu.

Muse – Survival. Muse? Hej przecież lato 2012 to lato olimpijskie! Także patetyczny i momentami na prawdę dobry singiel Muse wydane specjalnie na okazję zmagań sportowych w Londynie powinien często śmigać w radioodbiornikach. „Survival” może i dupy nie urywa, bo w zasadzie nie wyróżnia się niczym czego byśmy nie usłyszeli na ich ostatniej płycie, jednak ma to „coś” by czekać na najnowszy album i koncert w Łodzi. Tak, jestem sentymentalny.

Dam-Funk – Hood Pass Instact. Nie wyobrażam sobie tej playlisty bez tego gościa. Damon G. Riddick to człowiek, który połączył soul z elektroniką. Efekt? Wiele świetnych, na prawdę świetnych piosenek. Koleś ma dar i dobry „feeling”. Polecam całą płytę „Toeachizown” na wakacje, a na próbkę wrzucam singiel. Yoo.

Pusha T feat. Tyler, the Creator – Trouble On My Mind. Dobra, wiem, że cała hipsterska zajawka Tylerem mieszkającym u babci była rok temu. Nie miałem jeszcze okazji pisać o tym kolesiu. Ten cały Tyler jest dla mnie strasznie niejednoznaczny. Już nawet nie chcę tutaj cytować jego wspomnień, ale jaki by nie był to trzeba jedno mu przyznać, że muzykę robi ciekawą. Mimo, że momentami jest dziwna i mało apetyczna. Tak, hip-hop zmierza w dziwnym kierunku, ale jedno jest pewne (potwierdza to kolejna generacja zdolnych z Asapem Rocky na czele) złote łańuchy nigdy nie wypadną z obiegu. A „Trouble on My Mind” to dobra piosenka do pobujania się. Jeszcze raz YOO.

Weezer – Beverly Hills. Weezer to jeden z tych zespołów do, których ma się pewnego rodzaju sentyment. Mimo, że nie nagrywa muzyki ambitnej i często ją kaleczy to jest jakoś tak, że patrząc na tą czwórkę (a w zasadzie słuchając jej) odczuwa się pewnego rodzaju sympatię. Może wychodzi to stąd, że nie bierze się tego zespołu na serio? A może po prostu lubimy czasem posłuchać czegoś naiwnego i melodyjnego? „Beverly Hills” nie będę nawet porównywał do pierwszych singli grupy, które cenie najbardziej. Nie ten poziom. Jednak natężenie wakacji w tej piosence spowodowało, że musiałem ją tu umieścić.

Japandroids – The House That Heaven Built. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam w gorące dni posłuchać czegoś energicznego i gitarowego. Tak, lubię w swojej własnej imaginacji robić z małego Mikołowa upalne Los Angeles. Dlaczego zatem nie spróbować i tym razem? Japandroids daje nam pod tym względem dużo możliwości, mimo, że ten kawałek nie jest jakiś SPECJALNY. Nagrali takich już wiele, ale ten jest nowy i to dalej na mnie działa.

Paweuu Playlist Maj

Deszczowy maj, muzyka nie koniecznie w nastroju szarości i przegłębienia. Tradycyjnie lista 3 kawałków, które zasłuchiwałem w maju.

Muse – Neutron Star Collision (Love is Forever). Nie jestem fanem Zmierzchu ani tym bardziej ultrasem nasty-aktorzyn grających w tym filmiku dla nastolatków. Widziałem pierwszą część i to czysto przypadkowo. Jednak soundtrack całkiem, całkiem. Już wtedy zasłyszeć można było chociażby Supermassive Balck Hole czy też 15 step od Radiohead. Jeżeli chodzi o muzykę do filmu to raczej nie nagrywa jej byle kto a obecne gwiazdy muzyki rockowej, indie czy też popowej. Mamy chociażby takie sławy jak Vampire Weekend, Florence & The Machine, Beck, Bat for Lashes i oczywiście Muse. Bellamy i spółka nagrali także specjalnie z tej okazji kawałek o przewrotnym tytule Neutron Star Collision. Jak widać teorie spiskowe i kosmos dalej w zasięgu zainteresowań autora tekstów Muse. No, ale jeszcze jest drugi tytuł czyli Love is Forever. Tekst na pierwszy rzut oka banalny: „Love is forever/ And we’ll die, we’ll die together/ and lie, said never/ Cause our love, can be forever”, ale w sumie mający w sobie to COŚ co często pojawia się w tekstach Muse. Muzycznie? Początek to Bellamy z akompaniamentem fortepianu. Brzmi to fajnie. Później jest różnie. Jest typowo Resistance’owo, kawałek idealnie mógłby wejść w tą płytę gdzieś pomiędzy I Belong To You a United States of Eurasia. Warto zwrócić uwagę na świetny  refren, jest rockowo i zarazem popowo dzięki klawiszowi i chórkom. Utwór może się podobać, może nie jest innowacyjny, ale też tak nie miało być. Prawdziwa miłość jest wieczna.

Posłuchaj.

Bruce Springsteen – Back in Your Arms. Bruce „The Boss” Springsteen. Ubóstwiany przez Amerykanów, Europejczyków i resztę świata może nie na taka skalę, ale również. Niezmiernie od lat ’70 do dziś. Słynie głównie z rockowych ballad. W ostatnim czasie zasłuchiwałem Back in Your Arms. Rekomendacja była na tyle słuszna, że pomimo szorstkiego momentami drażniącego głosu Bruce wpada w ucho i w serce. Jest coś co wytwarza bożyszcz amerykanek samym sobą, że chce się tego słuchać, chce się do tego wracać. Czasem może wydaje się nie zrozumiały, jednak melodia tłumaczy wszystko. Bruce jest jednak bossem. I dziarsko wygląda.

posłuchaj.

Kele Okereke – Tenderoni. I tak wokalista Bloc Party postanowił wejść w ostatnio powszechny trend w kapelach indie by nagrywać solo. Tak jak Julian Casablancas czy też ostatnio Brandon Flowers. Tenderoni zwiastuje, że klimaty nie będą raczej typowe dla Silent Alarm czy też A Weekend In The City. Ten kawałek to niezbyt skomplikowane electro z walnięciem. Klubowy wymiatacz, dający popalić naszym uszom. No cóż. Wygląda na to, że Kele rozmienia się na drobne. Nie chce niczego prowokować po pierwszym singlu, ale zapowiada się kiepska płyta. Z resztą nie powinno to dziwić. Mogę powiedzieć, tylko, że wokalnie Kele brzmi bardzo fajnie. Da się do tego potańczyć na imprezie, ale w stosunku do faceta, który nagrywał takie piosenki jak Banquet czy też Helicopter mam nieco większe wymagania. One More chance? heh…

posłuchaj.

5 powodów by zobaczyć Muse live

Nie od dziś wiadomo, że koncerty Muse to wielkie wydarzenia, istne stadionowe widowiska, które warto zobaczyć. W tej spóźnionej urodzinowej notce chciałbym przedstawić 5 najistotniejszych powodów dlaczego warto być w Krakowie 21 sierpnia.

1. Efekty Wizualne. Koncerty Bellamy’ego i reszty zawsze są dopracowane do ostatniego szczegółu. Pomijając liczne telebimy, gdzie przy każdym utworze są inne wizualizacje, które idealnie pasują do klimatu danego utworu to mamy różnorakie lasery, opadające konfetti, oślepiające światła. Poza tym w pewnym momencie koncertu wśród publiki pojawiają się gumowe piłki wypełnione konfetti, które nieźle się prezentują gdy są odbijane we wszystkie strony.Wygląd sceny też jest nie bez znaczenia. Ruchome platformy, gigantyczne anteny. Na tym pewnie nie poprzestaną.

2. Niespodziewane covery. Muse potrafią od czasu do czasu zadziwić. Nie zawsze to robią, ale gdy graja utwór nie spod reki Bellamy’ego to jest czego posłuchać. Będąc w Australii wykonali Back in Black grupy AC/DC przy pomocy wokalisty grupy Jet. A podczas najnowszego tournee Resistance od czasu do czasu przygrywają Popcorn.

3. Wejście. Będąc na ich koncercie w Gdyni miałem okazje zobaczyć jedyny koncert, który nie rozpoczął się od Knights of Cydonia ale od Take a Bow, który był grany przeważnie na końcu. Obecnie chłopaki dodają różnych urozmaiceń. I tak można posłuchać utworu Man with the Harmonica z filmu Pewnego Razu na Dzikim zachodzie. Gdzie basista przygrywa na harmonijce. Trzeba przyznać, że robi to wrażenie. Innym razem wystawiają na ruchomej platformie basistę i perkusistę a do nich przygrywa jeszcze koleś w kilcie na kobzie. No i nie zapomnijmy też o legendarnym wejściu z Wembley. Jednak tego numeru już raczej nie powtórzą, obecnie zaczynają od 3 minutowego intra i niespodziewanego pojawienia się na scenie.

4. Świetne koncertowe piosenki. Nagrali już wystarczająco dużo dobrych piosenek by manewrować nimi tak i za każdym razem robić inny koncert, który pod względem setlisty zadowoliłby każdego. Wykonania na żywo w większości ich piosenek są lepsze niż w wersjach albumowych. Troszkę zawsze żal z powodu braku utworów z Showbiz, które ceni każdy fan Muse, ale za to nadrabiają istnymi stadionowymi killerami w postaci Plug in Baby, Hysteria czy też Time is Running Out. Spodziewać się też można lekkich musowych ballad jak Unintented chociażby.

5. Aranżacje utworów i przejścia. Oni mają na prawdę mocne solówki, są oczywiście ustalone. Bo ich koncerty raczej nie są spontaniczne. To są wyreżyserowane spektakle. I tak wiele utworów kończy niespodziewane szalone, rockowe przejście. Mi najbardziej przypadła do gustu końcówka Map of The Problematique oraz Uprising a jest tego na prawdę wiele. No i nie zapomnijmy o kończącym koncert Stockholm Syndrome.Warto też dodać, że widok biegającego wszędzie z gitarą frontmana Muse jest też niezły. Może jest to przemyślane, ale na prawdę sprawdza się w tego typu „przedstawieniach muzycznych”.

Myślę, że warto zobaczyć jeżeli jest ku temu okazja. To powinno być duże muzyczne wydarzenie, masa ludzi, która zapewne się zjawi na koncercie doda swojego uroku. Tutaj można zobaczyć jak to mniej więcej będzie wyglądać. Dodam na koniec, że powinno być wyjątkowo w weekend Krakowie nie tylko z powodu samego koncertu.