Muzyczne podsumowanie roku 2009: Wydarzenia

Witam wszystkich w nowym roku. Nie wiem jakie macie odczucia co do poprzednich dwunastu miesięcy, ale ja je wspominam bardzo miło, szczególnie drugą połowę roku, która była chyba najlepsza w życiu. Tyle o moich odczuciach co do 2009. Na ten 2010 roku chciałbym życzyć wszystkim bez wyjątku spełnienia najskrytszych marzeń, by był dla was owocny i byście mogli go dobrze wspominać. Dążcie do spełnienia waszych marzeń, odnajdzie szczęście a jeżeli już je znaleźliście to za nic nie pozwólcie go sobie zabrać. Co dla was przygotowałem tym razem? Muzyczne podsumowanie w tym roku później niż w latach wcześniejszych, ale za to w innej, lepszej formie. Podzielone na trzy części. W tej podsumuje najciekawsze wydarzenia w muzyce w perspektywie mojej osoby. Zaczynamy:

10. Pavement wraca. No wrócili, trasa koncertowa zatwierdzona. Tylko gdzie Polska?

9. Peja vs Tede. Wszystko zaczęło się od incydentu na koncercie rapera z Poznania. Generalnie trzeba przyznać, że obaj wykazali się raperskim kunsztem z tym, że Tede dla mnie bardziej przekonywujący.

8. Porcys. Głównie chciałbym zwrócić uwagę, że końcówka roku była dobra pod względem codziennych aktualizacji. Pomysł z recenzjami kilku autorów, początkowo wydawał się słaby, gdyż recenzje straciły w pewnym sensie swoją wyrazistość, ale częste update’y na plus. Poza tym szacun Borysowi za reckę nowego U2.

7. Wszechobecna Lady GaGa. Pamiętam jak kiedyś widziałem z nią wywiad w 2008 roku. Była wtedy po wydaniu jednego singla Just Dance, który szalał. Mówiła wtedy, że ciągle chce być na topie, że co singiel to lepiej, bardziej przebojowo. Uśmiechnąłem się wtedy i pomyślałem „wielu by tak chciało”. Jakie było moje zdziwienie gdy ona tak jak powiedziała tak zrobiła. Mimo, że strasznie komercyjna, nie grzesząca urodą to ma jednak ten pop w sobie.

6. The Beatles znowu w sklepach! No ten rok był dobry dla fanów Paula, Johna, Ringo i Georga. Pomijając grę The Beatles Rockband w którą nie miałem okazji zagrać, ale wydaje mi się dobra inicjatywa to na półki sklepów wróciły wszystkie płyty. All You need is Love! Yeah Yeah Yeah!

5. Ars Cameralis. Nie byłem, Grizzly Bear nie dotarli, ale sam fakt, że takie gwiazdy jak choćby wspomniane niedźwiedzie czy Andrew Bird, Yo La Tengo oraz St. Vincent mają zagościć w Katowicach były dużym newsem z pewnością lepszy line-up niż Offa. Większe nazwy, które były oczekiwany nie pojawiły się ostatecznie i to nie pozwoliło się znaleźć festiwalowi Rojka w moim zestawieniu.

4. Dobre płyty. Na początku myślałem, że nic fajnego nie wyjdzie w tym roku. Jednak patrząc na to co powstało w 2009 roku mogę powiedzieć, że dekada została przyzwoicie zakończona. Głównie dzięki takim zespołom jak Animal Collective, Grizzly Bear, Phoenix czy Neon Indian. Poza tym dobre powroty wyjadaczy: Yo La Tengo, Flaming Lips i oczywiście Dinosaur Jr.

3. The Resistance. Płyta generalnie nie porwała, nie powaliła na kolana. Wydaje się być jednak ciut lepsza od Black Holes and Revelations. Mi jednak chodzi o coś innego. O to, że o tej płycie wszędzie słyszałem. Było to wydarzenie duże. Uprising nie dość, że można było usłyszeć w każdym pubie to jest to jeden z hitów listy przebojów utworzonej przez Watykan.

2. Radiohead w Polsce. Długo oczekiwani w Polsce, bo aż 15 lat. Skrupulatnie omijali nasz kraj aż w końcu pojawiła się wiadomość, że w sierpniu, w Poznaniu wystąpi Thom Yorke i spółka. O tym gigu pisałem już tutaj. Dodam tylko, że wydarzenie trochę zostało pominięte w tych najważniejszych muzycznych mediach, ale warto było być. Radiohead dali niesamowity koncert, zapewniając rozrywkę wszystkim fanom zespołu. No i Creep na końcu. Z tą piosenką mam wyjątkowe wspomnienia.

1. Śmierć Króla. 25 czerwiec 2009 roku, wstrząsająca wiadomość. Michael Jackson nie żyje. Nie istotne czy było to morderstwo czy nie. Umarła ważna postać dla muzyki. Kontrowersyjna, ale bardzo ważna. Michael miał mocny wpływ na muzykę pop a przede wszystkim na teledyski, które obok jego tańca charakteryzowały go jako największa gwiazdę muzyki pop. Od tego dnia radia puszczały tylko jego, paradoksalnie Michael dzięki swojej śmierci znowu wrócił na światowy TOP.

Muse – The Resistance

The-ResistanceNo i jest. Najbardziej patetyczna, pretensjonalna, przesadzona i oczekiwana (w pewnych kręgach) płyta roku. Panie i Panowie. O to nowa płyta Muse. The Resistance! Yeaaah.

Powiem szczerze, że w tym momencie jeszcze nie wiem jaką przyznać ocenę. Dowiemy się na samym końcu. Jestem jednak pewien, że piąty już album Muse. Jest albumem nawet dobrym, ale najgorszym w całej ich dyskografii. Patos i pretensjonalność sięga tu zenitu.  Z jednej strony dobrze. Nie dadzą się zaszufladkować w britpop czy srindie, ale zabawa w zbawianie ludzkich dusz a la Queen nie wyjdzie im na dobre. Zacznijmy od początku.

Od dawna było wiadomo, że Muse będzie szedł w stronę „rocka progresywnego”, elektronikę i zabawy z orkiestrą. Tytuły piosenek, które zespół prezentował na swoim Twitterze tylko tą tezę potwierdzały. „Exogenesis: Symphony”? WTF? W Lipcu zespół zaprezentował w kawałkach United States of Eurasia. Nie było dobrze. Najgorszy utwór w dziejach tej kapeli nie zachęcał, w dodatku utwierdzał w przekonaniu, że od Black Holes of Revelations będzie już tylko gorzej, gorzej i gorzej. Trochę nadziei na średniactwo przywrócił Uprising, najgorszy do tej pory singiel zespołu.

W końcu nadszedł wrzesień. Można było przesłuchać 30 sekundowych fragmentów, które nie za bardzo wzruszały. W końcu gdy dało się posłuchać całości dochodzi się do pewnego łatwego wniosku: „fajnie, fajnie, ale to najgorsza ich płyta”. Początek eksperymentalny jak to zwykle u Muse bywa. Uprising, z fajnymi momentami i nawet niezłym basem. Resistance, Undisclosed Desires czy Guiding Light poprzez klawisze, syntezatory niebezpiecznie zahaczają już w tym momencie o kicz. Jednak pomijając to warto odnotować dobre teksty i nawet niezłe momenty. Gdzieś na wysokości 2:05 Resistance nabiera ta „coś” co lubię u Muse. Undisclosed Desires to kolejna część przygód z disco a la Supermassive Black Hole. No i tekst niczego sobie. „I want to reconcile the violence in your heart / I want to recognize your beauty’s not just a mask”. Spoko. Widoczne duże inspiracje dokonaniami grup z lat 80 jak wspomniany wcześniej Queen czy nawet Duran Duran. Te solówki gitarowe na Guiding Light czy cały już United States of Eurasia, który generalnie drażni całością. Tekstem, idiotyczną melodyjką wyrwaną niczym z gry „Perskie Wojny” i chórkami. Argghhh.

Fani powinni być bardziej zadowoleni z drugiej części płyty, która dla mnie jest auto kopią z lekksza. Taki Unnatural Selection. OK dynamiczny, fajna perkusja. Nie brzmi wam to jednak jak New Born? Są fajne momenty, ale już ta hardkorową końcówkę można było sobie odpuścić. MK Ultra. Tutaj fani pieją z zachwytów. I generalnie rozumiem tą postawę bo w sumie mocny punkt płyty. Granie spod znaku The Small Print, już wyobrażam sobie Bellamy’ego skaczącego z gitarą większą od niego przy tym utworze. No i dochodzimy do najlepszego momentu płyty. Oj tak, tak. Nie tylko ja podzielam taką opinię, że I Belong To You/Mon Coeur S’Ouvre a Toi to najlepszy kawałek na płycie:

xxx
2009-09-11 15:12:23
szczerze….czy mi sie podoba?

Ja1
2009-09-11 15:12:54
pewnie nie

xxx
2009-09-11 15:12:56
zarąbista,jestem w polowie ale naprawdę fajna!
2009-09-11 15:13:03
no co ty super

Ja1
2009-09-11 15:13:12
to luzacko

xxx
2009-09-11 15:13:19
zaraz druga po Creep,ale fajna jest sciagne ja sobie

mawgli mówi:
wrzesień 12, 2009 o 8:13 am | Odpowiedz edytuj

Ja słuchałam ‘mon coeur s’ouvre a Toi…’ zarąbista.Posłuchaj warto.;))

No i jak się okazuje najlepszy kawałek na płycie to cover. Nie dobrze. Na koniec jeszcze Bellamy spełnia swoje marzenia o albumie z orkiestrą. Fani spod znaku Absolution powinni być zadowoleni. Oczywiście sporo Chopina z nutką wokalu Bellam’ego wyrwanego niczym z Micro Cuts, riffującą gdzieś w tle gitarą i spokojna perkusją. Zespół eksperymentuje na maksa. Brak tutaj radiowych killerów w stylu Starlight. Oni mogą sobie na to pozwolić. Młody rocznik ich ubóstwia a angielskie media ustawiają w jednym szeregu z Radiohead a nawet The Beatles. Muse ma się dobrze. Nie nagrywa już takich płyt jak Showbiz czy Origin of Symmetry. Wystarczy przejechać się po Ameryce z Bono. Efekt Gwarantowany.

Zabawa w robienie z siebie zlepek najlepszych wykonawców w dziejach trwa. Ocena: 6/10. Posłuchajcie sobie Mon Coeur S’Ouvre a Toi.

Muse – Showbiz

muse-showbiznot everyone likes Muse… FUCK THEM!!!

Zgadza się. Muse to band, który nienawidzisz z wielu powodów. Bo tak Borys napisał, bo Bellamy jest zbyt natchniony, bo utwory przepełnione patosem, bo Starlight ma denerwującą melodyjkę, bo mają swoją armię wyznawców. Muse to także band, który kochasz z wielu powodów. Bo Paweuu tak powiedział, bo dają wspaniałe koncerty, bo ich muzyka na Ciebie wpływa, bo sprawiają Ci frajdę, bo mają niezłe solówki itd.

Pomijając tą całą otoczkę trzeba stwierdzić, że udało im się osiągnąć status gwiazdy. W Wielkiej Brytanii uważani za najlepszy zespół w dziejach obok Radiohead, The Beatles, Rolling Stones, Joy Divisiom. Na koncertach zbierają tysiące ludzi, sprzedawalność płyt rośnie, na last.fm Muse w czołówce odsłuchań mimo, że ostatnią płytę wydali 3 lata temu. Anglicy są popularni i być może to najpopularniejszy zespół rockowy XXI wieku, tak jak niegdyś Queen czy Nirvana. Muse to zjawisko.

Jednak jak bym chciał przypomnieć czasy o których sami muzycy chcą zapomnieć. Czasy z XX wieku. Dokładnie z 1999 roku, kiedy Muse debiutował. Wtedy wydali swój pierwszy album zatytułowany Showbiz. Według niektórych najlepszy. Inni sądzą, że najgorszy. Ja sądzę… ani tak, ani tak. Na pewno lepszy niż ostatnie dwie płyty Muse: Black Holes and Revelations i Absolution. Wydaje mi się, że Origin of Symmetry było bardziej przemyślana płytą.

Szczerze powiedziawszy nie kupiłbym w 1999 roku ich płyty. Zespół, który nie tak dawno temu grał gothic metal i nazywał się Rocket Baby Dolls szczerze powiedziawszy nie przyciągnąłby mojej uwagi. Mimo to zespołowi udało się zabłysnąć. Obyło się bez pomocy NME bez której wiele zespołów nie miało by racji bytu.

Skupmy się teraz na samej płycie. Ma fajny początek. Hipnotyzująca partia klawiszowa w Sunburn zniewala. Bellamy poza tym, że naprawiał rury w Teignmouth to także świetnie grał na pianinie. Efekty zauważalne. Muscle Museum to pierwszy utwór z którego emanuje patos. Nazwa piosenki ma wiele wspólnego z nazwą zespołu. W słowniku pomiędzy wyrazami Muscle i Museum znajduje się słowo Muse. Po drodze mamy utwory bardziej energetyczne jak Cave czy Uno w którym Bellamy wykrzykuje: „You could’ve been number one / And you could’ve ruled the whole world / And we could’ve had so much fun / But you blew it away”. Czyżby złamane serduszko panie Bellamy? Są także wzruszające ballady jak Unintented w której Bellamy dalej drąży temat: „You could be my unintended / You could be the one Ill always love”. Showbiz to najbardziej rozbudowany utwór pod względem rytmicznym jak i melodyjnym. Od tego momentu na każdej płycie Brytyjczyków można znaleźć taką perełkę: Citizen Erased, Butterflies and Hurricanes, Knights of Cydonia.

Nie wiem jak wy, ale mi się ta płyta podoba. Szkoda, że sam zespół sam mało nawiązuje do tych czasów. Zamiast tego nagrywa utwory z Skinnerem (ten z The Streets) imitując Linkin Park. Na koncertach także unikają utworów z tej płyty. A szkoda. Jeżeli kojarzysz Muse tylko z ostatnich dwóch płyt to warto byś sprawdził drugie oblicze zespołu. Zanim pojawiły się przeogromne  koncerty i teledyski z helikopterami. Ocena: 8/10.

To może jednak Sunburn? Smacznego!