Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.

Wakacyjny przegląd płyt – Co było słuchane w ostatnim czasie?

Niestety wiosenny przegląd nie doczekał się publikacji, dlatego też płyty z maja i czerwca łączą swoje siły z tymi z lipca i sierpnia. W ten o to sposób powstaje Kapitan Recenzja, który zbiera te wszystkie krążki w jeden post. Mam nadzieje, że zainspiruje Was do przesłuchania czegoś ciekawego.

Car Seat Headrest – The Scholars. Poczynania indie rockowej grupy z Leesburg w stanie Virginia sprawdzam nieustanie od 2016 roku, czyli od momentu wydania kapitalnego „Teens of Denial„. Po drodze był równie wyborny „Twin Fantasy„, a ostatni ich krążek to „Making a Door Less Open” z 2020 roku. Teraz wrócili po pięciu latach przerwy z „The Scholars„. I jak jest tym razem? Przyznam, że dość przeciętnie. Przesłuchałem ten krążek kilka razy w okolicach maja i do końca lata niestety zdążyłem o nim już zapomnieć. W zasadzie nie wiem czemu, gdyż robiąc ponowny odsłuch w sierpniu całość wydała mi sie dość zgrabnie nagrana. Will Toledo postawił na bardziej melodyjną odmianę indie rocka, bo już otwierający całość CCF (I’m Gonna Stay With You) zachwyca melodyjnością oraz linią syntezatora. „Devereaux” to z kolei podniosły i wpadający w ucho refren, który niebezpiecznie krąży wokół muzyki country. „The Catastrophe (Good Luck With That, Man)” chyba został stworzony świeżo po przesłuchaniu jakiejkolwiek płyty Wavves a „Gethsemane” to prawdziwy wulkan energii, ponowie bawiący się z klawiszami. Nie brakuje ponownie na płycie utworów nie zdrowo długich, największym takim potworem jest „Planet Desperation„, który trwa prawie tyle co odcinek serialu komediowego (18 minut). Materiał na „The Scholars” jest OK, ale już się przekonałem, że nie jest to płyta, którą bedzie się pamiętało latami. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Kali Uchis – Sincerely. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Taka idea na pewno przyświeca Kali Uchis. Po wydaniu świetnego albumu „Red Moon in Venus” w 2023 roku oraz jeszcze lepszego, latynoskiego „Orquideas” rok później, artystka ponownie nie czekała długo z wydaniem nowego materiału. I tak o to 9 maja nakładem legendarnego Capitol Records ukazał się jej piąty długograj pt. „Sincerely„. Całość zaczyna się mocno nastrojowo dzięki chwytliwym balladom „Heaven is a Home...” oraz „Sugar! Honey! Love!”. I w zasadzie ten nieśpieszny, klubowy klimat utrzymuje się tutaj przez cały czas trwania płyty. Nie ma tutaj mocnych, radiowych bangerów, bo nawet single „Sunshine & Rain…” czy też „All I Can Say” ciężko takimi nazwać. Pomimo tego płyta została przyjęta ciepło zarówno przez słuchaczy jak i recenzentów. 2 miejsce na liście billboard już o czymś świadczy. Dla mnie jednak najważniejsza jest zawartość, a ta jest ponownie wyborna. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Kukon / @atutowy – Pauza. Jakub Konopka, zwany Kukonem to gość, który w rapie zrobił już sporo. 12 krążków nagranych od 2018 roku robi wrażenie. Jednak obecnie w polskim hip-hopie, każdy nagrywa już kilka razy do roku coś nowego. Poza tym ilość nie zawsze przekłada się na jakość. „Pauza” na pierwszy rzut ucha wydaje się być solidnym, rapowym materiałem. Kukon pomimo młodego wieku (29 lat na karku) rzuca przemyślenia i mądrości życiowe niczym 50 latek. Muzycznie także album daje radę, gdyż produkcja jest różnorodna. Słuchałem „Pauzy” w momencie premiery i teraz wróciłem po paru miesiącach przerwy. Wciąż uważam, że Kukon mądrze mówi, ale nie sądzę, by ten materiał zapisał się na trwałe w historii polskiego rapu. Brakuje także bangerów, które mogłyby przynajmniej na ten album nakierować. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Billy Woods – GOLLIWOG. Dziewiąty studyjny album amerykańskiego rapera to prawdziwy oldschool. Nie znajdziecie tutaj trapowych beatów, wokali z auto-tunem, ani także popularnych nazwisk jako gościnne występy. W zamian otrzymujemy typową nawijkę niczym z lat 90, totalnie nie melodyjne podkłady i skrzypiący, mglisty i zakurzony klimat. Przyznam szczerze, że słuchanie tej płyty to prawdziwy test dla fanów gatunku. W szczególności, kiedy raper urodzony w stolicy rymuje do dziwnych dźwięków płaczu. Niby człowiek słyszał już wszystko, ale chyba nie. Doceniam podejście do tematu w starym stylu, ale „GOLLIWOG” to nie jest moja bajka. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Water From Your Eyes – It’s a Beautiful Place. Water From Your Eyes to indie rockowy zespół, który powstał w Chicago, a obecnie przebywa w Nowym Jorku. Pomimo tego, że „It’s a Beautiful Place” to ich siódmy album, który powstał na przestrzeni ośmiu lat to jest to mój pierwszy kontakt z amerykanami. Głównie za sprawą rekomendacji, zawsze dobrze zorientowanego portalu Pitchfork. Generalnie nie zawsze zgadzam się z ich ocenami, jednak albumy, które polecają przeważnie trzymają mocny poziom. Tak, jest i w tym przypadku. Może, nie jest to do końca rodzaj muzyki, który mógłbym chłonąć całymi dniami. Jednakże cieszy fakt, że indie rock potrafi jeszcze zaprezentować coś oryginalnego. Materiał na „It’s a Beautiful Place” to świeży powiew muzyki gitarowej, który jest zbudowany na dość nieoczekiwanych rozwiązaniach. Charakterystyczna linia tempa, gitarowe riffy przywołujące klasyki z lat 90 z The Smashing Pumpkins na czele, wyciszony wokal odwołujący się do shoegaze’owych legend oraz dobra energia to skrótowy opis najnowszego dzieła od Water From Your Eyes. Za pierwszym razem mnie nie przekonali, przy drugim odsłuchu było lepiej, trzeci z kolei był już objawieniem. A to wszystko w ciągu 90 minut, bo całość trwa zaledwie 29 minut i 11 sekund. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

No Joy – Bugland. Pierwsze odsłuchy świata robaków nie dawały większych nadziei, że jeszcze do tej płyty wrócę. Wróciłem, tylko po to by się upewnić i okazało, że się mylę. Za każdym kolejnym odsłuchem odnajduję w tym materiale coś nowego i ciekawego. I teraz mogę oficjalnie powiedzieć, że ten materiał lawirujący pomiędzy shoegaze a dream popem to w sumie bardzo dobra i innowacyjna płyta. Kanadyjski band to w sumie nie takie nowicjusze. Na muzycznym rynku istnieją od 2009 roku i w tym czasie zdążyli wydać pięć albumów. Co prawda, poprzednie cztery krążki nie zyskały większego rozgłosu, nawet w niezalowej niszy. Jednak „Bugland” robi robotę i zasłużenie jest wysoko oceniany. „Bugland” to krótki materiał, bo trwający zaledwie 33 minuty i 42 sekundy. Jednak w tym czasie kanadyjskie trio potrafiło zahaczyć o takie gatunki jak: dream-pop, noise rock, jazz, shoegaze, muzykę elektroniczną czy też indie-rock. Myślę, że warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Zimowy zestaw – Przegląd płyt z I kwartału roku

Sprawdźmy co tam było słuchane na początku roku. Nie było może tego dużo, ale znalazło się kilka muzycznych perełek. Okazuje się, że tegoroczna zima wcale nie była taka najgorsza i poza rekordowo wysoką temperaturą miała także wiele do zaoferowania na muzycznym rynku.

Tomasz Makowiecki – Baialando. Były uczestnik „Idola” (Ta łatka pewnie zostanie z nim na bardzo długo) przypomniał o swoim istnieniu po długiej przerwie. Jego ostatni album „Moizm” został wydany w 2013 roku, czyli 11 lat temu! W muzyce to epoka. Ów album był ówczesnym zerwaniem artysty z mainstremowym popem i twarzą Makowieckiego jadącego na sukcesie z pierwszej edycji Idola. Makowiecki postanowił pójść w indie-pop i muzykę elektroniczną, co okazało się dobrym ruchem. Bo to była zdecydowanie lepsza i ciekawsza muzyka od tych idolowych popłuczyn, które serwował od dekady. Podobnie ma się sprawa z „Baialando„, która utrzymuje się w nurcie muzyki elektronicznej, french-indie i alternatywy. Miłe dla ucha, nieśpieszne melodie kojarzą się z dokonaniami The Chromatics, The Clientele czy też Galaxie 500. W moim odczuciu to zdecydowanie lepsza płyta, niż „Moizm„. A takie utwory jak „Jadę metrem” czy „Nie ma nas” zostaną ze mną na dłużej. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Kali Uchis – ORQUIDEAS. Artystka o kolumbijskich korzeniach nie spoczywa na laurach, gdyż niespełna rok po wydaniu świetnego „Red Moon in Venus” wydaje kolejny, czwarty w kolejności album. „ORQUIDEAS” to krążek oddający hołd drugiemu domowi artystki, jakim jest kraj z Ameryki Południowej kojarzony z kawy, bananów, karteli narkotykowych, Shakiry oraz Radamela Falcao. Okładka i tytuł nawiązują do narodowego kwiatu kraju, płyta jest śpiewana w języku hiszpańskim a brzmieniem mocno stylizuje się muzyką Ameryki Południowej. Brzmi to nieco sztampowo, ale efekt jest niesamowicie klimatyczny. Kali Uchis udało się uchwycić bardzo zmysłowego i sensytywnego ducha muzyki r’n’b tworząc bardzo równy i stojący na wysokim poziomie album. Wystarczy wsłuchać się w takie utwory jak: „Como Asi?„, „Munekita” czy też „Iqual Que Un Angel” by dostrzec, że Kali Uchis ponownie dała radę. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Idles – TANGK. Przyznam, że Brytyjczycy swoim piątym albumem zaskoczyli mnie. Spodziewałem się mocnego, gitarowego, niemalże punkowego brzmienia do jakiego przyzwyczaił mnie ten zespół. A tutaj pierwszy utwór „IDEA 01„brzmi jak jeden utworów Radiohead czy też The Smile. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, jeżeli zobaczymy, że płytę produkował Nigel Godrich, który wcześniej maczał swoje palce w dziełach zespołu Thoma Yorke’a. Super, że Joe Talbot i ekipa eksperymentują i próbują nowych brzmień, gdyż zwyczajnie potrafią w te klocki. Dla fanów starego Idles też znalazło się tutaj miejsce, gdyż parę utworów w tym „Gift Horse” z powodzeniem odnalazłby się na poprzednich krążkach grupy. To na prawdę kawał porządnej muzyki, widzimy się pewnie na liście rocznej. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Future Islands – People Who Aren’t There Anymore. Nie wiem czy słuchał tej płyty król Szwecji, ale zdecydowanie powinien, jeżeli lubi muzykę w klimacie synth indie-popu. Ogólnie dla Future Islands jest to już 7 długograj w ich dyskografii i słychać na nim, że wiedzą o co chodzi w tym biznesie. „People Who Aren’t There Anymore” to melodyjny zestaw indie-popowych piosenek, które momentami nawiązują dla lat 80 jak chociażby utwór „Deep In The Night„. Jednak retrostylistyka nie jest regułą, gdyż generalnie w większej części płyty grupa stawia na gitarowo-perkusyjne rozwiązania jak chociażby w „Give Me Ghost Back” czy „The Tower„. Przyznam, że sporo spędziłem czasu z tą płytą grając jednocześnie w Heroes III i teraz gdy po czasie wracam do tych brzmień to mam przed oczami Harpie, Troglodytów i inne mityczne stworzenia… Nie zmienia to jednak faktu, że najnowsza pozycja od Future Islands jest jak najbardziej OK. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Mannequin Pussy – I Got Heaven. Indie rockowa grupa z Filadelfii jest już na scenie od dekady i w tym czasie wypuściła cztery krążki. Najnowszy, wydany po blisko pięciu latach przerwy to prawdziwy wulkan energii. Jest grunge’owo (co w obecnym czasie można określić jako płynięcie z prądem), bardzo głośno i krzykliwie. Jednak przy tym całym hałasie zachowały się melodie, wystarczy wsłuchać się w taki „Nothing Like” czy też „Loud Bark„, który jest chyba moim ulubionym utworem na płycie. Generalnie grupa bardzo dobrze operuje brzmieniem gitar i potrafi wciągnąć słuchacza. Przyznam, że po pierwszym odsłuchu nie byłem w drużynie Mannequin Pussy. A teraz szukam jakiegoś info w sieci, czy będą w tym roku grać koncert gdzieś w Polsce. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.