Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.

Kiedyś to było – Jak wyglądało życie w 2007 roku.

Zapytacie pewnie skąd ten wyskok z 2007 rokiem? Otóż w dniu dzisiejszym mija dokładnie 15 lat odkąd na bloga wrzuciłem ten WPIS. Sporo wody w Wiśle od tego momentu upłynęło, a blog wciąż istnieje. Postanowiłem z tej okazji wrócić do pamiętnego 2007 i nieco go przypomnieć dla młodszych pokoleń jak to się kiedyś żyło przed Tik-Tokiem, covidem i Robertem Lewandowskim w gazie.

Na początek małe wspomnienie moich wyczynów pisarskich. Nie będę ukrywał, że tworząc bloga miałem ledwo skończone 18 lat i nie wiele wiedziałem (w zasadzie nic nie wiedziałem) o dziennikarstwie muzycznym. Dlatego też moje pierwsze recenzje wyglądały jak jakieś notatki z wikipedi. Generalnie początkowe treści skupiały się na moich zainteresowaniach z tamtego czasu, czyli indie rocku, Milanie i filme. Blog miał formę encyklopedii, która miała za zadanie przybliżać sylwetki moich ulubionych kapel takich jak: Muse, The Killers, Bloc Party czy też Franz Ferdinand. Dopiero w latach 2008-09 nauczyłem się nieco lepiej opisywać swoje muzyczne odczucia i miałem nawet w planie poprawę starych treści, których się wstydziłem. Na szczęście tego nie zrobiłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że to piękny wehikuł czasu, dzięki któremu mogę wejść do swojej głowy w czasach licealnych.

Zainteresowanie moimi treściami początkowo było nijakie, do momentu opublikowania pamiętnej notatki EMO. Nie wiem czy wszyscy to pamiętają, ale w tamtym czasie modnie było nosić się na tzw. EMO. Temat ten był o tyle głośny, gdyż nie wiązał się wyłącznie z modą, ale także z emocjonalnymi zachowaniami jak popadanie w depresje czy podcinanie żył. W zasadzie swoim wpisem nie odkryłem ameryki, jednak przyciągnął każdego poszukującego w wyszukiwarce słowa „emo”. Do tej pory to wpis, który jest w czołówce wyświetleń na blogu.

Rok 2007 to także moja pierwsza wizyta na festiwalu muzycznym. W tamtym czasie wybrałem się na Openera do Gdyni, gdzie grały moje ulubione zespoły z tamtego okresu, takie jak: Muse, Bloc Party, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach czy też Beastie Boys. Całość niezgrabnie opisałem w swojej relacji, którą możecie przeczytać TUTAJ. Jak przystało na blog kulturalny zrobiłem także pierwsze podsumowanie, które wyglądało niczym jak rozdanie jakiś tandetnych nagród pokroju MTV czy Brit Award… Dziś bym umieścił tam zupełnie inne longplaye… Listę wstydu możecie zobaczyć TUTAJ.

Przejdźmy teraz do roku 2007. 15 lat temu Mata miał 7 lat i dopiero co nauczył się wiązać sznurowadła (albo nie?), Ariana Grande miała 14 lat i za umawianie się z nią groził prokurator a jej rówieśnikowi Dawidowi Podsiadło zaczął kiełkować pierwszy wąsik. W mainstreamie rządził Timbaland, którego hiciory leciały na każdej imprezie. Pamięta ktoś jeszcze „Give It To Me„, „The Way I Are” albo „Apologize” nagrane z OneRepublic? Najlepiej sprzedawała się Avril Lavigne i jej album „The Best Damn Thing„, której recenzja (przepisana z internetu) ukazała się w gazetce szkolnej mojego liceum, i w efekcie tego wywołało liczne niezadowolenia u czytelników 🙂 Oko chłopaków cieszyła Fergie, która rozpoczęła karierę solowo. Dziewczyny natomiast w tym czasie marzyły o umówieniu się z członkami Maroon 5 czy też Justinem Timberlakiem. Na polskiej scenie muzycznej rządziła Gosia Andrzejewicz, Doda i świeży debiutant Feel. Oczywiście ukazało się wtedy także całkiem sporo dobrej muzyki. Takie płyty jak: „Friend And Foe” Menomeny, „Untrue” Buriala, „Hissing Fauna, Are You the Destroyer?” of Montreal, „Terroromans” Much, „Strawberry Jam” Animal Collective czy też „Sound of Silver” LCD Soundsystem świadczą, że muzycznie to był bardzo dobry i owocny rok. Warto także wspomnieć, że Radiohead jako pierwszy zespół postanowił udostępnić swój nowy album „In Rainbows” w internecie nie narzucając ceny. Nową płytę radiogłowych można było ściągnąć za darmo, jak i za dowolną wpisaną kwotę.

A co tam działo się na dużym i małym ekranie? W kinach grali kolejne części Piratów z Karaibów, Harry’ego Pottera i Shreka. Tobey Maguire był w tym czasie Spidermanem a Pixar wypuścił „Ratatuj„. Ukazał się też w tym czasie takie klasyki jak: „There Will Be Blood„, „No Country for Old Men„, „The Host” czy też „Zodiac„. Netflix co prawda istniał już od 10 lat, jednak seriale wówczas oglądało się w telewizji bądź ściągało się je z torrentów. Pamiętacie takie tytuły jak: „Zagubieni„, „Heroes„, „Californication„, „Dr House” czy też „Dexter„? To były gorące seriale tamtego czasu. Co więcej w 2007 roku rozpoczęła się transmisja „Teorii Wielkiego Podrywu” oraz „Mad Mena„, natomiast zakończył się serial „Rodzina Soprano„.

W 2007 roku w Europie ukazała się konsola PlayStation 3. W tym czasie grano w takie gierki jak: „Call of Duty 4„, „FIFA 2008„, „PES 2008„, „Assassin’s Creed” czy też „GTA: Vice City Stories„. Ja osobiście w tym czasie najwięcej czasu poświęcałem niezmordowanemu FM-owi, gdzie głównie grałem Milanem lub drużynami z polskiej ligi.

A co tam w sporcie się działo? Robert Lewandowski klepał biedę w Zniczu Pruszków, Kylian Mbappe miał 9 lat i naklejał plakaty Ronaldo na ścianę a Messi rozegrał dopiero pierwszy sezon, jako podstawowy zawodnik Barcelony. W tamtym czasie rządził mój, piękny Milan z Kaką, Pirlo, Seedorfem, Nestą i Maldinim w składzie. Wygrali wówczas Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy oraz Klubowe MŚ. W Ekstraklasie mistrzem zostało Zagłębie Lubin wyprzedzając GKS Bełchatów o jeden punkt. W tym roku przyznano Polsce i Ukrainie organizacje EURO 2012. Z innych dziecin sportu to: Adam Małysz zdobył swój czwarty i ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich, W NBA wygrali San Antonio Spurs a najlepiej punktującym zawodnikiem był śp. Kobe Bryant.

A tak ogólnie co tam się działo w 2007 roku? To był fajny rok, pomijając fakt, że Premierem Polski był Jarosław Kaczyński… Dla mnie był to czas zmian za sprawą wejścia w pełnoletność. Szybko zdobyty dowód niestety nigdy nie został użyty do udowodnienia legalności zakupu alkoholu. Nie mniej od tego czasu z większą pewnością siebie urzędowałem w mikołowskich pubach. Co więcej w tym czasie rozpocząłem także kurs na prawo jazdy, które udało się zdobyć wraz z początkiem 2008 roku.

Nie było jeszcze w Polsce Facebooka, Twittera, TikToka, Instagrama. Istniały jednak już portale społecznościowe. Pamięta ktoś jeszcze Naszą Klasę? To był polski facebook, który w okolicach godzin wieczornych z powodu przeładowania ładował się niemiłosiernie długo… Funkcje Instagrama spełniał serwis Fotka.pl. Natomiast wymiana poglądów odbywała się na różnorakich forach, a do komunikacji służyło nieodżałowane Gadu-Gadu. Z zagranicznych social mediów prym wiódł MySpace oraz Last.fm, który pozwalał odkrywać nową muzykę. Mocno rozbudowana była blogosfera, stąd też pomysł na powstanie Paweuu Alternativ Blog. Od tego momentu mija 15 lat i wciąż mam energię i pomysły na nowe wpisy. Mam nadzieję, że spotkamy się tutaj ponownie za parę lat i powspominamy stare czasy. Zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich wspominek z tego czasu. Wiem, że teraz ciężko z czytaniem czegokolwiek dłuższego w necie i pisanie komentarzy poza fb, ale liczę, że trafi się tutaj parę ciekawych spostrzeżeń 🙂

Kilka recenzji w kilku zdaniach – styczniowe premiery

Udało mi się przesłuchać paru nowości w tym miesiącu. Postanowiłem obrać formę krótszego opisywania płyt, a dłuższe tekst zostawić na poważne wydawnictwa i teksty specjalne. Efekt poniżej.

Eminem – Music To Be Mordered By. Slim Shady chyba już nie pasuje do obecnych czasów. Bardzo ciężko mi się słuchało jego najnowszych wypocin. Raper od jakiegoś czasu próbuje nawiązać do swoich najlepszych lat, z różnym skutkiem. O ile na „The Marshall Mathers LP 2” byłem w stanie znaleźć jakieś pozytywy to już „Revival” był nie do strawienia. Trzeba chyba zdać sobie sprawę, że lata 2000 nie wrócą. Najnowszy krążek to ograne do bólu schematy rapera, ponowna próba bycia najszybszym raperem i puszczanie oczka w stronę mainstreamu. Generalnie nie polecam. Ocena: 4/10.

Mura Masa – R.Y.C. Drugi długograj Alexandra Crossana to zupełna zmiana klimatu i pójście w spokojniejsze, bardziej melodyjne regiony muzyki. Znajdziemy tutaj sporo „futurystycznego elektro-popu oraz nostalgicznych gitarowych hymnów”. Muzyka bardziej do posłuchania, niż potańczenia. A ja chyba wolałbym jednak to drugie. Mimo to doceniam spróbowania czegoś innego. Ocena: 6/10.

Mac Miller – Circles. Wiedziałem, że powstanie pośmiertnego albumu Maca to tylko kwestia czasu. W końcu MJ i Elvis wydają do tej pory. Ten kto śledzi mojego bloga, to wie, że mam na ten temat dość ostrożne zdanie. Czy żyjący Mac wydałby taki album jakim jest „Circles„? Szczerze wątpię. Nie jestem pewien czy raper na tym etapie twórczości zacząłby śpiewać nostalgiczne pieśni. Nie mniej jako pośmiertny hołd dla twórczości Millera jest to całkiem spoko propozycja. Ocena: 6/10.

Wolf Parade – Thin Mind. Cieszyłem się z powrotu kanadyjskiej indie rockowej grupy w 2017 roku. W końcu lubię wracać do już prawie legendarnego „Apologies to the Queen Mary” z 2005 roku oraz wydanego trzy lata później i niedocenionego „At Mount Zoomer”. Jednak po przesłuchaniu najnowszej propozycji od Dana Boeckera i ekipy stwierdzam, że wilkowa parada prochu już nie wymyśli. Nie mniej fajnie, że jeszcze są. Mam sentyment do indie rockowych bandów z lat 2000. Ocena: 5/10.

of Montreal – UR FUN. Kevin Barnes w końcu dotarł do popu z lat 80. I o ile zawsze gdzieś tam eksperymentował z tego typu brzmieniami, to tym razem jest to bardziej oczywiste. Nie jest to płyta wielka, ale też nikt takiej nie oczekiwał. Grupa wciąż utrzymuje się w grze i regularnie wydaje przyzwoite albumy, które za każdym razem sprawdzam. Ocena: 5/10.