Miguel – Kaleidoscope Dream

Czas na recenzje płyty, której słucham non-stop od całego tygodnia.

Kim jest ten cały Miguel, że zajął tyle mojego czasu? Cóż to za śpiewak o pseudonimie artystycznym wyrwanym prosto z  serialowej, taniej produkcji kolumbijskiej? Przyznam szczerze, że zanim usłyszałem „Kaleidoscope Dream” to Miguel, a właściwie Miguel Jontel Pimentel był dla mnie osobą całkowicie anonimową, mimo, że rok temu sięgnął nawet po nagrodę Grammy.

Teraz już wiem o nim wszystko. Wiem, że jak był mały to marzył o tańcu (ja w tym wieku chciałem być archeologiem), jednak gdy podrósł zajął się na poważnie śpiewaniem. W 2007, kiedy Paweuu Alternativ stawiał pierwsze pokraczne kroki, Miguel podpisał pierwszy kontrakt. W 2010 wyszedł jego debiutancki krążek a rok później przyszła cała seria nagród. Jednak dopiero w tym roku postawił kropkę nad i. Nagrał rewelacyjny album „Kaleidoscope Dream”.

Omawiany album to kwintesencja R&B. Utwory na „Kaleidoscope Dream” są dopieszczone w każdym centymetrze, na płaszczyźnie wokalnej oraz muzycznej. Słowa Miguela w niektórych piosenkach  niosą się tak jakby płynęły jakąś magiczną rzeką miłości. Ten koleś ma świetny feeling. Często jego genialny głos wzbogacany jest ostrymi gitarowymi riffami. Brzmi to naprawdę nieźle i urzekająco. Wystarczy wsłuchać się w taki „Arch & Point” czy też „Gravity”. Absolutna perełką na tym nieziemskim krążku jest utwór „Don’t Look Back”. Ta piosenka bije na głowę wszystkie inne utwory popowe, które usłyszałem w tym roku. Świetny początek, tekst, chórki w tle. Słuchając takich piosenek nie boję się powiedzieć, że Miguel to Prince XXI wieku.

Innym kapitalnym utworem na płycie jest „Use Me”, gdzie gitarowy riff mówi nam wszystko o tym, czego Miguel słuchał w młodości. I te pełne uczuć „Don’t blame meee”, które stanowi ważną część tego utworu. Warty wspomnienia jest także utwór nagrany z Alicią Keys „Where’s The Fun In Forever?” . Przyznam szczerze, że głosy tej dwójki nieźle się dopełniają. Na koniec do omówienia zostawiłem sobie słodką balladę „Pussy is Mine”. Słodkie brzmienie z dość gorzkim tekstem o uczuciu do dziewczyny, która jadła chleb już z niejednego pieca stanowi pewne podsumowanie dzisiejszego ducha R&B.

Generalnie jestem pod wrażeniem „Kaleidoscope Dream”. To fajny, melodyjny i precyzyjny album o ciekawym brzmieniu. Będzie płyta roku? Ocena: 9/10.

Jessie Ware – Devotion

Zaczyna się wrzesień, zmora wszystkich uczniów. Jednak pod pewnymi względami jest to mój ulubiony miesiąc, jest to także dobry okres dla muzyki. Dlatego też w tym miesiącu będziecie mogli znaleźć tutaj dużo dobrej muzyki. Na start Jessie Ware.

Jessie Ware to tegoroczne odkrycie muzyki pop. Ta 27-letnia Brytyjka swoją drogę muzyczną rozpoczynała już w 2010 roku udzielając się wokalnie na utworach SBTRKT. Jednak dopiero teraz zrobiło się o niej głośno za sprawą debiutanckiego albumu „Devotion”. I to właśnie o tej płycie chciałbym troszkę opowiedzieć.

Lubicie pop? Ten album to odpowiedź na odwieczne pytanie „jaka muzyka powinna lecieć w radiu?”, by zadowolić bardziej wymagające ucho (oczywiście) i te drugie, mniej wymagające. Po przesłuchaniu „Devotion” jest to już oczywiste. I wcale nie zostało to osiągnięte w nie wiadomo jaki sposób. Prostota. Utwory na „Devotion” mają pewnego rodzaju urok, momentami są takie nieśmiałe, ale potrafią pokazać pazur. Dodatkowo pozytywnie na nasze odczucia oddziałuje wybitnie miły dla ucha i jednocześnie specyficzny wokal samej Jessie Ware. Po przesłuchaniu takich rewelacyjnych piosenek jak „Wildest Moment” czy też „Running” nie można być nie ZACHWYCONYM. W takich chwilach marzy się o jakimś wybyciu gdzieś, tam, w TE nasze miejsca. Chyba żadna płyta w tym roku tak mocno mnie nie rozmarzyła jak te piosenki.

Pomimo tego, że jest to debiutancka płyta Jessie Ware to jest ona bardzo dojrzała. Poza wyżej wspomnianymi singlami dużą rolę na „Devotion” odgrywają także takie utwory jak: „110%”, „Night Light” oraz „No to Love”. Natomiast sam opener, którego niektórzy się czepiają uważam za klimatyczną zapowiedź nadchodzących fajnych melodii. Polecam każdemu. Dosłownie każdemu powinien się spodobać ten krążek. Ocena: 8/10.

P.S. W listopadzie odbędą się dwa koncerty Jessie Ware w Polsce. Myślę, że warto tam być.

Yeasayer – Fragrant World

Wakacyjna propozycja od Yeasayer.

Yeasayer to jedna z tych grup, której każde nowe wydawnictwo budzi wiele sprzecznych odczuć. Wszystko za sprawą genialnego, debiutanckiego albumu „All Hour Cymbals” do którego siłą rzeczy porównuje się każdą nową płytę nowojorskiego bandu. Amerykanie nie lubią stać w miejscu i często eksperymentują ze swoją muzyką. Dla ortodoksyjnych fanów debiutu Yeasayer często te eksperymenty są gorzką pigułką do przełknięcia.

Na najnowszym albumie „Fregrant World” nie jest inaczej. W porównaniu do swoich poprzedniczek płyta ta wydaje się być dojrzalsza. Utwory na niej są bardziej odważne przy jednoczesnym nie odchodzeniu od typowo popowego brzmienia. W zasadzie pop, który serwuje na zespół z Brooklynu śmiało można nazwać „plemiennym popem”. To muzyka miejskiej dżungli jakim jest Nowy Jork. Całkowicie inny punkt widzenia. Podziwiam ich za to. Yeasayer na trzech swoich dotychczasowych krążkach wypracował swój, własny niepodrabialny styl. A trzeba przyznać, że obecnie jest to nie lada sztuka przy zalewie całej masy przeciętnych melodii i wtórnych pomysłów.

Mocną stroną grupy jest umiejętność nagrywania świetnych singli. Słuchając „Fregrant World” od razu słychać, które utwory będą tymi promującymi płytę. Jednak nie oznacza to, że reszta piosenek jest gorsza. Wręcz przeciwnie. Reszta jest po prostu taj jakby „mniej radiowa”. Jednak  czego bym nie napisał o tej płycie to i tak znajdzie się spora część czytelników, która będzie kręcić nosem. Dlatego odsyłam każdego do przesłuchania „Fregrant World” i wypracowania swojej własnej opinii. Od siebie dodam tylko tyle, że jak dla mnie ta płyta jest na prawdę dobra i z całkowitą pewnością będzie mi towarzyszyć aż do coraz szybciej nadchodzącej jesieni. Ocena: 8/10.