Charli XCX – True Romance

charli-xcx-true-romance-sized-400x400Charli XCX już od dobrych dwóch lat karmi nas coraz to fajniejszymi singlami. Nadeszła pora by zebrać  to wszystko do kupy i wydać jako longplay pełen fajnego popu idealnie pasującego na coraz cieplejsze dni.

Tak właśnie powstał „True Romance”, który stanowi zlepek wszystkich dotychczasowych singli oraz kilku nowych piosenek. Pora recenzowania wydaje się być właściwa, zwłaszcza, że za oknem plus 20 stopni. Drugie w karierze LP Charli XCX czaruje nas z kilku powodów. Po pierwsze młoda wokalistka (rocznik 1992) w za dużych butach idealnie balansuje pomiędzy elementami electro-popu, teen-popu i hip-hopu. Wciąż czuć ducha Uffie, która przetarła szlak dla wielu popowych artystek urodzonych po 1990. Po drugie zwracają na siebie uwagę teksty pełne uszczypliwości i momentami ironii. Pomimo niezbyt wielkich umiejętności wokalnych Charlotte Aitchison fajnie się bawi głosem i rytmem, i to zdecydowanie spory plus, gdyż dobrze się tego słucha.

Płyta zaczyna się dość niepozornie od „Nuclear Season” jednak drugi w kolejności „You (Ha Ha Ha)” to fajny teen-popowy banger z kapitalnym refrenem. Podkład „Take My Hand” silnie przypomina te użyte na „Sex Dreams and Denim Jeans”. „Stay Away” jest dobrze znane od 2011. Mimo, że uwielbiam tą piosenkę to w kontekście całej płyty lekko odstaje od reszty. Może to wina tego, że kojarzę tą piosenkę z listopadowymi wieczorami co koliduje z obecną porą roku? Podoba mi się ckliwość „Set Me Free”, nawijka Brook Candy w „Cloud Aura” oraz energiczność „Black Roses”.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór „What I Like”. Nie porwał mnie gdy usłyszałem go za pierwszym razem. Obecnie jednak to piosenka do której najczęściej wracam z całej płyty. 3 minuty fajnego popu zaczyna się od 20 sekundowego, czaderskiego intro. Dalej obok fajnej nawijki Charli XCX, która próbuje rapować pojawia się niepokojąca melodia z okolic 0:50. No i fajny, gorący refren. Od kliku dni można posłuchać przeróbki utworu wzbogaconego o rapsy Danny’ego Browna. Najlepiej ten utwór podsumowuje jeden z komentarzy na youtube – „omg 90’s and early 2000’s are back yaaaaaaaaaaaaay!”.

Dalej się robi coraz mroczniej, ale nie mniej ciekawie. Głównie za sprawą topornego początku „You’re The One” oraz ciężkiego klimatu „How Can I”. Fajnym kawałkiem nawiązującym do przełomu lat 80 i 90 jest ostatni na track-liście „Lock You Up”. Generalnie „True Romance” pozostawia po sobie wrażenie udanie spędzonego czasu. Dużo tu fajnej, letniej muzy przeplatanej z mroczniejszą stroną popu. Ocena: 7/10.

Inc. – No World

incnoworld-608x608Nikt w poprzednim roku tak nie czarował i wabił wspaniałymi singlami jak Inc. Dlatego też, ich debiutancki album był wyczekiwany przez rzeszę ludzi, w tym mnie.

Inc. to dwu osobowy projekt Andrew i Daniela Aged. Duet braci z Los Angeles udowadnia dwie rzeczy. Po pierwsze jak robić dobrą muzę, a po drugie jak robić dobrą muzę w rodzinnym gronie. Obserwuje tę dwójkę od zeszłego roku, a konkretnie od chwili gdy usłyszałem utwór „The Place”, który jest openerem „No World”. Musze przyznać, że czekałem na tą płytę, mimo, że coraz mniej mnie „jarają” płytowe premiery i nawet MBV przesłuchałem bez większych emocji. Jedno jest jednak pewne – czekałem, doczekałem się, przesłuchałem kilkanaście razy i nie czuje się zawiedziony.

„No World” to dobry album. Pomimo umiarkowanego zadowolenia przez niektóre media to uważam, że płyta spełnia swoją rolę. Podoba mi się sposób w jaki łączą r’n’b z elementami synth-popowymi i samym popem. W odróżnieniu do pokrewnych im dusz (Purity Ring itd.) „No World” będzie wracać, będzie porównywane do innych dokonań. Nie można przejść obojętnie obok takich hiciorów jak „5 Days” czy też genialnego „Careful”.

Słuchając tej płyty uważnie (najlepiej przez słuchawki) wyłapujemy wiele ciekawych drobinek, które tworzą niezwykle dopracowaną całość. Mocno klimatyczna pozycja dla fanów nastrojowej muzyki. Pod koniec robi się trochę sennie, ale całość oceniam wysoki. Ocena: 9/10.

Posłuchaj

Miguel – Kaleidoscope Dream

Czas na recenzje płyty, której słucham non-stop od całego tygodnia.

Kim jest ten cały Miguel, że zajął tyle mojego czasu? Cóż to za śpiewak o pseudonimie artystycznym wyrwanym prosto z  serialowej, taniej produkcji kolumbijskiej? Przyznam szczerze, że zanim usłyszałem „Kaleidoscope Dream” to Miguel, a właściwie Miguel Jontel Pimentel był dla mnie osobą całkowicie anonimową, mimo, że rok temu sięgnął nawet po nagrodę Grammy.

Teraz już wiem o nim wszystko. Wiem, że jak był mały to marzył o tańcu (ja w tym wieku chciałem być archeologiem), jednak gdy podrósł zajął się na poważnie śpiewaniem. W 2007, kiedy Paweuu Alternativ stawiał pierwsze pokraczne kroki, Miguel podpisał pierwszy kontrakt. W 2010 wyszedł jego debiutancki krążek a rok później przyszła cała seria nagród. Jednak dopiero w tym roku postawił kropkę nad i. Nagrał rewelacyjny album „Kaleidoscope Dream”.

Omawiany album to kwintesencja R&B. Utwory na „Kaleidoscope Dream” są dopieszczone w każdym centymetrze, na płaszczyźnie wokalnej oraz muzycznej. Słowa Miguela w niektórych piosenkach  niosą się tak jakby płynęły jakąś magiczną rzeką miłości. Ten koleś ma świetny feeling. Często jego genialny głos wzbogacany jest ostrymi gitarowymi riffami. Brzmi to naprawdę nieźle i urzekająco. Wystarczy wsłuchać się w taki „Arch & Point” czy też „Gravity”. Absolutna perełką na tym nieziemskim krążku jest utwór „Don’t Look Back”. Ta piosenka bije na głowę wszystkie inne utwory popowe, które usłyszałem w tym roku. Świetny początek, tekst, chórki w tle. Słuchając takich piosenek nie boję się powiedzieć, że Miguel to Prince XXI wieku.

Innym kapitalnym utworem na płycie jest „Use Me”, gdzie gitarowy riff mówi nam wszystko o tym, czego Miguel słuchał w młodości. I te pełne uczuć „Don’t blame meee”, które stanowi ważną część tego utworu. Warty wspomnienia jest także utwór nagrany z Alicią Keys „Where’s The Fun In Forever?” . Przyznam szczerze, że głosy tej dwójki nieźle się dopełniają. Na koniec do omówienia zostawiłem sobie słodką balladę „Pussy is Mine”. Słodkie brzmienie z dość gorzkim tekstem o uczuciu do dziewczyny, która jadła chleb już z niejednego pieca stanowi pewne podsumowanie dzisiejszego ducha R&B.

Generalnie jestem pod wrażeniem „Kaleidoscope Dream”. To fajny, melodyjny i precyzyjny album o ciekawym brzmieniu. Będzie płyta roku? Ocena: 9/10.