Frank Ocean – channel ORANGE

OFF festival już się skończył, ale wakacje wciąż trwają. A co robić lepszego w upalne dni niż słuchać dobrej, wakacyjnej muzyki?

O Franku Oceanie od jakiegoś czasu jest dość głośno. Pojawiał się na płytach takich artystów jak Kanye West, Jay-Z czy też Tyler, The Creator. I raczej były to dobre featuringi. Poza tym sam wydał całkiem ciekawy mixtape „nostalgia, ULTRA”. Ostatnio zrobiło się jeszcze głośniej kiedy tuż przed premierą debiutanckiej płyty przyznał się co do swojej orientacji seksualnej. Do tej pory nie wiadomo czy był to zwykły chwyt marketingowy, czy prawda będąca jednocześnie świetnym sposobem na zwrócenie na sobie uwagi. Jedno jest pewne, tegoroczna płyta Pana Oceana to nie przelewki.

Hype na „channel ORANGE” jest całkowicie słuszny. Nowa świeżość jaka się przetoczyła przez amerykański pop jest zdumiewająca. Mnoga ilość zdolnych i młodych tylko cieszy. Wszyscy socjolodzy, kulturoznawcy i filozofowie tego świata powinni temu zjawisku bacznie sie przyglądać. Wróćmy jednak do samego Franka Oceana, znanego również jako Christopher Breaux.

„channel ORANGE” to album idealnie sprawdzający się w wakacje. Wiem to dobrze, gdyż sam mój nadmorski urlop poświęciłem na wałkowanie tych kawałków do upadłego. Nie dziwi więc data premiery (10 lipiec), która przypadła tak na prawdę na okres ogórkowy w muzyce. Jednak to nie jest to rodzaj muzyki z kategorii coco jambo. Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem. 17 utworów przeplatanych fajnymi skitami nie nudzi a pobudza naszą wyobraźnie. Mimo, że sam Frank Ocean nie zachwyca jakoś wybitnie wokalnie to jego lekki głos w połączeniu z dobrą, melodyjną muzyką tworzy przyjemną całość.

Cały czas porównuje ten album do ostatnich dzieł Kanye Westa. Takie małe zboczenie, ale idąc tym tropem Frankowi Oceanowi trzeba przyznać, że potrafił wszystko lepiej wyważyć. Nie jest pompatycznie, ale też nie jest to całkowicie surowy materiał. Ilość osób, które udzielają się tutaj wokalnie także nie jest za duża. Ostatnio panuje moda zakrywania niedoskonałości i braku pomysłów mnoga ilością gościnnych występów. Tutaj tego nie ma, a osoby, które się pojawiają wiele wnoszą do całości. Wystarczy posłuchać „Pink Matter”, gdzie możemy usłyszeć Andre 3000 z Outkast czy też „Golden Girl” z raperem Tyler, The Creator by się o tym przekonać.

Oczywiście nie ubóstwiam tej płyty. Widzę (a raczej słyszę) tutaj parę niedociągnięć, które nie pozwalają mi dać temu albumowi zaszczytnej dziesiątki. Mimo to uważam, że „channel ORANGE” to póki co najlepsza płyta popowa jaką słyszałem w tym roku. Frank Ocean trafił w moje gusta takimi kawałkami jak „Lost”, „Pyramids” czy też wcześniej wspomnianym „Pink Matter”. Bardzo dobrze się tego słucha, sprawdźcie sami. Ocena: 9/10.

Regina Spektor – What We Saw From The Cheap Seats

Trochę popu w oczekiwaniu na ćwierćfinały.

Tak, faza grupowa Euro 2012 już za nami. W dniu wolnym od pojedynków europejskich gigantów warto posłuchać troszkę niezobowiązującego popu.

Regina Spektor idealnie może w tym momencie się odnaleźć. Mimo, że jej nowa płyta dupy nie urywa to została okrzyknięta najlepszym dotychczasowym albumem w dość bogatej kolekcji. „What We Saw From The Cheap Seats” to album cholernie nie równy i momentami nudny. Jednak warto posłuchać jej dla tych kilku na prawdę ciekawych i fajnych utworów. Mam tutaj na myśli szczególnie pierwszą część krążka. Początkowe utwory takie jak: „Don’t Leave Me (Ne Me Quitte Pas)”, „Patron Saint” czy „Oh Marcello” to pop z kategorii umilającej podróż do pracy z rana. Jednak im dalej idąc w las to tym ciemniej i nudniej. Całe szczęście nie muszę chodzić daleko do pracy, a co za tym idzie nigdy nie dobrnąłem do końcowej części płyty. A gdy już ją słuchałem to się dołowałem. Jest smętnie, nijako i nawet fajny głos Reginy nie rekompensuje mi czasu poświęconego dla tych paru piosenek.

Dlatego też ocena końcowa nie może być siła rzeczy wysoka a co najmniej przeciętna. Osobiście wiele bym zmienił na tej płycie. Zabrakło tutaj power popowych singli, które pozamiatałyby. Zamiast tego zaserwowano nam parę smętnych, szarych ballad z mało ciekawym tekstem. Wokalista o rosyjskim pochodzeniu ma dość spory potencjał, który słychać w bardzo przyjemnej dla ucha barwie głosu. Szkoda, że nie został do końca wykorzystany. Ocena: 5/10. Sprawdźcie tych parę piosenek o których wyżej wspominałem.

Paul McCartney – Kisses On The Bottom

Kolejny muzyczny „dinozaur” na łamach Paweuu Alternativ Blog.

Dinozaur z tego względu, że tego typu muzycy są już na wymarciu. Gdy patrzymy jak niektóre legendy muzyki staczają się lub zupełnie na starość im odpieprza (Lou Reed, Mick Jagger) to cieszymy się, że są jeszcze tacy starsi panowie jak Paul McCartney. Mimo, że ponad siedemdziesiąt lat już za nim to nadal w sercu pozostaje młodym chłopakiem, zakochanym w dodatku. Oczywiście wszystko z umiarem.

Wydawałoby się, że były członek Fab four osiągnął już praktycznie wszystko w muzyce. Jednak mimo to nadal nagrywa kolejne albumy, które może już nie zmieniają świata, ale wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem. Co tym razem sprezentował nam eks-beatles? „Kisses On The Bottom” to typowy miłosny album składający się z starych, klasycznych i jazzowych (z początku XX wieku) utworów. Dzięki pomocy takich nazwisk jak Clapton oraz Stevie Wonder a także miejsc nagrywania (te same studio w którym nagrywał między innymi Frank Sinatra) udało się uchwycić na tej płycie nie powtarzalny klimat lat ’30. McCartney wciąż ma świetny głos a jego dwie autorskie kompozycje „My Valentine” oraz „Only Our Hearts” pokazują, że jego dar pisania rewelacyjnych piosenek nie zniknął wraz z upływem lat. Nie wielu tak potrafi.

Możemy trochę kiwać nosami na to, że jest zbyt spokojnie, zbyt nużąco. Jednak ta płyta idealnie trafi jako podkład do romantycznych spotkań z lubą Panowie. Trochę romantyzmu zamiast wulgaryzmu nie zaszkodzi. To wciąż działa. Ponadto jazz ostatnim czasem przeżywa swój renesans dlatego warto sprawdzić „Kisses On The Bottom” bo to piękna, romantyczna płyta. Z pewnością jest to ciekawsza propozycja niż skomercjalizowany (ukrzyżowany) dub-step. Ocena: 6/10.