Dziun – A.M.B.A.

Ostatnio najgłośniej komentowany debiut w polskiej muzyce pop.

Dziun, która wcześniej gdzieś tam kręciła się wokół Indios Bravos, Pudelsów i Piotra Banach wydaje w tym roku własną, debiutancką płytę. Oprócz muzyki obecna w świecie mody. Pokazy mody, okładki magazynów oraz sesja w Playboyu. Niemalże człowiek renesansu. Jesteśmy naocznymi światkami jak posuwa się do przodu proces przenikania świata mody z światem muzyki.

Jednak nie chciałbym bardziej zagłębiać się w ten temat. Zostałem wywołany do głosu, gdyż po pierwsze spodobał mi się promujący singiel „Dobrze Jest” oraz fakt, że jak sama artystka się chwali na swoim blogu, jest to płyta z pogranicza popu i alternatywy. Czyli coś dla mnie. A.M.B.A. to płyta z pewnością dobrze wyprodukowana, mieszająca stylistyki i gatunki. Pop łączy się z R&B itd. Sama Dziun ładnie śpiewa, łudząco przypomina momentami nasza narodową najlepszą śpiewaczkę – Nosowską. Jednakże szwankuje parę rzeczy. Pierwsza najważniejsza: Teksty. Niestety stoją na niskim poziomie, wręcz momentami prymitywnym. Troszkę irytują, co przeszkadza w odbiorze albumu. Po drugie sama Dziun wydaje się momentami nie prawdziwa. Ja wiem, że promocja wymaga przyjmowanie różnych pozycji, ale to co cenię najbardziej u artysty to szczerość. A tego tutaj mi zabrakło.

Sam materiał na płycie uważam, za równy. Do lajtowego, niezobowiązującego słuchania pasuje i pod tym względem większych uwag nie mam. Gdyby tak wyglądały wszystkie płyty popowe w naszym kraju to znacznie lepiej by się żyło w Polsce. Z pewnością pop spod znaku Dziun stoi wyżej w hierarchii muzycznej niż nie jeden artysta lansowany z uporem maniaka przez radio. Natomiast „Dobrze jest” na chwilę obecną może być naszym hymnem narodowym w związku z wylosowanymi grupami na Euro 2012. Coś jeszcze miałem napisać, ale mi się zapomniało. Posłuchajcie. Ocena: 5/10.

Posłuchaj

MaRina Łuczenko – Hardbeat

Słów kilka o polsko-ukraińskim popie.

Ok, nie będę tutaj przedstawiał analizy współczesnego pop, który dla wielu skończył się wraz z śmiercią Króla – Michaela Jacksona. Tym bardziej nie będę się rozpisywał o ukraińskim popie na temat, którego nie wiem nic i nie znam nic poza „Seksualną”. Natomiast przedstawię wam sylwetkę pewnej wschodzącej gwiazdy. Marina Łuczenko urodzona na Ukrainie, mieszkająca w Polsce. Showbiznes również wybrała polski, mimo młodego wieku (rocznik Alexandre Pato) zdążyła pojawić się już w wielu programach telewizyjnych od Szansy na Sukces po Taniec z Gwiazdami (ała). Ja osobiście kojarzyłem ją z siedzenia na stołku w Vivie, gdzie robiła ładne miły i pokazywała swoje nogi. Przy okazji w tym programie toczyły się „dyskusje”  na tematy miary „artyści jednego przeboju”. Poza paroma małoznacznymi rólkami w tvn-owskich serialach można ją kojarzyć dzięki trzem singlom, wydanym w ostatnim czasie.

Mowa o „Pepper Mint”, „Glam Pop” oraz „Electric Bass”. Ostatni z nich promuje debiutancki album „Hardbeat„. I tu pozostanę chwilkę. Będę bezpośredni. Ta płyta nie jest wybitna, nie jest rewelacyjna. Nie jest oryginalna w żadne sposób (No alarms, no suprises), nie czuć powiewu świeżości. Wszytko wydaje się być już wcześniej zagranymi schematami, które są po prostu modne i mogą się sprzedać. Marina nie jest polską Uffie, jednak do czegoś hipsterska młodzież musi tańczyć bez poczucia obciachu i żenady. I tutaj Marina idealnie trafia. Dziewczyna jest młoda, modna, ma fajny głos i generalnie muza na „Hardbeat‚ jest spoko. Bez obciachu, tanecznie i trendy. To wystarczy. Także spokojnie mogę dać piąteczkę. Ocena: 5/10.

Posłuchaj

The Diogenes Club – The Diogenes Club

The Diogenes Club wydaje w końcu debiutancki długogrający album, który jest nad wyraz dobry.

Krążek zatytułowany po prostu „The Diogenes Club” to kwintesencja muzyki prostej i miłej, określonej mianem synth-pop’u. Już od samego początku płyty gdy tylko usłyszałem pierwsze utwory: „Green Eyes” i „The Fall Line”, wiedziałem, że będzie dobrze. Nie myliłem się.Było tak do samego końca, potwierdziła to reszta kompozycji zgromadzonych na debiucie grupy. Co mi się podoba? Ta lekkość i zgrabność kompozycyjna piosenek. Ten magiczny wokal kojarzący się z Georgiem Michaelem, te barwne, proste melodie. Wszystko tworzy nastrój takiej prostoty, że na samo pomyślenie o tej płycie pojawia się uśmiech na twarzy. Słuchanie jej w nudny dzień jest trafnym sposobem na fajne zabicie czasu.

Być może moja krótkowzroczność nie pozwala dostrzec nierozwiniętych tematów przez grupę, jednak tak na prawdę mi na jesienne wieczory nie potrzeba nic bardziej (w sensie muzycznym) od takiego „The Longest Day” czy też „Awake For The Week”. The Diogenes Club odnalazło się w gustach takiego marzyciela jak ja i wielu hipsterskich gustach także. Będą czołówki zestawień mimo malkontenckiego bredzenia „eee synth-pop je prefere coś tam coś…”. Poza tym czy tej jesieni mamy tylko dwie opcje: podziwiania głupawej Paris Hilton czy też zamartwianie się tą całą sprawą gospodarczą, finansową świata i myśleniu o sobie w kategoriach „stracone pokolenie”? Mam nadzieje, że nie. Także dalej, dalej ręce hipstera i słuchać, bo na prawdę fajniusia płytka. Spodoba się wam. Ocena: 8/10.

P.S. Z tym hipsterem żartuje, to muzyka dla każdego. Posłuchajcie.