MaRina Łuczenko – Hardbeat

Słów kilka o polsko-ukraińskim popie.

Ok, nie będę tutaj przedstawiał analizy współczesnego pop, który dla wielu skończył się wraz z śmiercią Króla – Michaela Jacksona. Tym bardziej nie będę się rozpisywał o ukraińskim popie na temat, którego nie wiem nic i nie znam nic poza „Seksualną”. Natomiast przedstawię wam sylwetkę pewnej wschodzącej gwiazdy. Marina Łuczenko – urodzona na Ukrainie, mieszkająca w Polsce. Showbiznes również wybrała polski, mimo młodego wieku (rocznik Alexandre Pato) zdążyła pojawić się już w wielu programach telewizyjnych od Szansy na Sukces po Taniec z Gwiazdami (ała). Ja osobiście kojarzyłem ją z siedzenia na stołku w Vivie, gdzie robiła ładne miły i pokazywała swoje nogi. Przy okazji w tym programie toczyły się „dyskusje”  na tematy miary „artyści jednego przeboju”. Poza paroma małoznacznymi rólkami w tvn-owskich serialach można ją kojarzyć dzięki trzem singlom, wydanym w ostatnim czasie.

Mowa o „Pepper Mint”, „Glam Pop” oraz „Electric Bass”. Ostatni z nich promuje debiutancki album „Hardbeat„. I tu pozostanę chwilkę. Będę bezpośredni. Ta płyta nie jest wybitna, nie jest rewelacyjna. Nie jest oryginalna w żadne sposób (No alarms, no suprises), nie czuć powiewu świeżości. Wszytko wydaje się być już wcześniej zagranymi schematami, które są po prostu modne i mogą się sprzedać. Marina nie jest polską Uffie, jednak do czegoś hipsterska młodzież musi tańczyć bez poczucia obciachu i żenady. I tutaj Marina idealnie trafia. Dziewczyna jest młoda, modna, ma fajny głos i generalnie muza na „Hardbeat‚ jest spoko. Bez obciachu, tanecznie i trendy. To wystarczy. Także spokojnie mogę dać piąteczkę. Ocena: 5/10.

Posłuchaj

The Diogenes Club – The Diogenes Club

The Diogenes Club wydaje w końcu debiutancki długogrający album, który jest nad wyraz dobry.

Krążek zatytułowany po prostu „The Diogenes Club” to kwintesencja muzyki prostej i miłej, określonej mianem synth-pop’u. Już od samego początku płyty gdy tylko usłyszałem pierwsze utwory: „Green Eyes” i „The Fall Line”, wiedziałem, że będzie dobrze. Nie myliłem się.Było tak do samego końca, potwierdziła to reszta kompozycji zgromadzonych na debiucie grupy. Co mi się podoba? Ta lekkość i zgrabność kompozycyjna piosenek. Ten magiczny wokal kojarzący się z Georgiem Michaelem, te barwne, proste melodie. Wszystko tworzy nastrój takiej prostoty, że na samo pomyślenie o tej płycie pojawia się uśmiech na twarzy. Słuchanie jej w nudny dzień jest trafnym sposobem na fajne zabicie czasu.

Być może moja krótkowzroczność nie pozwala dostrzec nierozwiniętych tematów przez grupę, jednak tak na prawdę mi na jesienne wieczory nie potrzeba nic bardziej (w sensie muzycznym) od takiego „The Longest Day” czy też „Awake For The Week”. The Diogenes Club odnalazło się w gustach takiego marzyciela jak ja i wielu hipsterskich gustach także. Będą czołówki zestawień mimo malkontenckiego bredzenia „eee synth-pop je prefere coś tam coś…”. Poza tym czy tej jesieni mamy tylko dwie opcje: podziwiania głupawej Paris Hilton czy też zamartwianie się tą całą sprawą gospodarczą, finansową świata i myśleniu o sobie w kategoriach „stracone pokolenie”? Mam nadzieje, że nie. Także dalej, dalej ręce hipstera i słuchać, bo na prawdę fajniusia płytka. Spodoba się wam. Ocena: 8/10.

P.S. Z tym hipsterem żartuje, to muzyka dla każdego. Posłuchajcie.

Omar Souleyman – Jazeera Nights: Folk and Pop Sounds of Syria

Czyli Bliski Wschód podbija Europę.

Kultura bliskiego wschodu zawsze niby była nam bliska, ale jednocześnie daleka. To od tej ziemi rozpoczęła się wędrówka ludów, czyli na pewien sposób wszyscy jesteśmy potomkami ludzi w sandałach i z obfitym wąsikiem. Z jednej strony kultura ta była wykorzystywana przez wielu artystów natomiast z drugiej tępiona przez wielu polityków. Dodatkowo jesteśmy świadkami obecnych przemian i procesu demokratyzacji tych krajów. Globalizacja ma swoje dobre strony jak i złe. Zagrożeniem z pewnością jest fakt, że kultura Azji może zaniknąć, jednak patrząc na to z innej strony to taki Omar Souleyman będzie mógł coś opowiedzieć o Syrii w Polsce. To nie to o czym chciałem napisać oczywiście. Bo pozostaje pytanie co ten syryjski Krzysztof Krawczyk będzie robił w Polsce?

Mimo, że nie znam tego języka, którym on się po rozumuje i śpiewa oraz nie rozumiem tego co niesie przekaz liryczny tych utworów to należy zwrócić uwagę na melodię, dźwięki, brzmienie, tempo utworów i zawarte co jakiś czas okrzyki typu” Jehallle” czy „hollllja”. To wszystko buduje otoczkę dla tej płyty, która stanowi idealny soundtrack do nocy w Syrii, gdzie ludzie pijąc wino tańczą grupową depkę. I trzeba przyznać, że ta płyta jest szalona. Mój brat uważa, że oszalałem. Być może te brzmienia tak na mnie wpłynęły. Ale pomyślcie sami ile słuchacie muzyki anglosaskiej a ile wywodzącej się z innych kultur? Nie warto czasem czegoś dla odmiany innego posłuchać? Sama ludzka ciekawość powinna was nakierować i nie zrażajcie się, że to brzmi jak muzyka z gier strategicznych typu „Faraon”. Dajcie szanse „Halla hallla”. Ocena: 6/10.

posłuchaj

P.S. Rozkminicie tą popielniczkę w prawym dolnym rogu, cóż za motyw egzystencjalny.