Juvelen – Make U Move EP

Jonas Pettersson najnowszą EP-ką zapowiada wyśmienicie taneczne wakacje 2011.

Make U Move EP jest pewnego rodzaju trailerem nadchodzących gorących dni, drinków z palemką, podświetlanych dancefloorów i pestek w plażowych piaskach nad polskim morzem. 4 wyśmienite tracki, które wchodzą w moje gusta jak nóż w masło. Juvelen idealnie trafia w sedno pojęcia „udanej zabawy”. Nie chodzi przecież o nocne golcowanie z butelką soplicy w ręce? O nie, nie. Make U Move jest świetnym parkietowym killerem, który wyciągnie do tańca najbardziej trzeźwego gbura na imprezie. For Only U pomoże nam się zrelaksować, dychnąć i łyknąć czegoś dobrego. Jednak to nie koniec zabawy, to dopiero połowa.

Sweat It Out idealnie wkomponuje się w każde wakacyjne krajobrazy, od puszczy białowieskiej po ulice zapchane rewolucjonistami w Syrii. Na koniec należy baunsować po murzyńsku a la Lil Wayne przy rytmach Hope U Like It. YES I LIKE IT!!! Proszę zabierzcie tę płytę na wakacje, proszę amatorski dejocie puść to na dyskoo. YOO. Udanej zabawy wszystkim. Ocena: 9/10.

Posłuchaj

100 LAT 100 LAT 100 LAT 100 LAT 100 LAT 100 LAT !!!!!!!!! A kto z nami nie wypije, niech go piorun…. 100 LAT!!!

Blondie – Panic of Girls

Powrót legendy new wave’u z przełomu lat ’70 i ’80 po 8 latach utwierdza w przekonaniu, że starymi dziadami oni jeszcze nie są.

Na ten album czekałem od września tamtego roku, gdy tylko doszły mnie słuchy, że Debbie i ekipa nagrywają. Blondie troszkę zmniejszyła się ostatnio średnia wieku, jednak trzon grupy nadal tworzy najistotniejsze trio Debbie Harry – Chris Stein – Clem Burke, czyli charyzmatyczna, legendarna wokalistka, świetny gitarzysta i jeden z najlepszych perkusistów ever. Jednak trzeba przyznać, że taki Matt Katz-Bohen na klawiszu to nie to samo co Jimmy Destri i niezapomniane melodie z Atomic czy też Hearts of Glass.

Mamy rok 2011, czego spodziewać się po zespole, który swoje lata świetności miał ponad 30 lat temu? Trzeba przyznać, że  Eat to The Beat (z 1979) to ostatni wyśmienity ich album, lata 80 to już czas innych artystów i mimo, że próbowali się dostosować (Debbie nawet rapowała) to już nie było to samo. Zespół jeszcze wrócił w 1999 z albumem No Exit, który wypromował tylko jeden światowych hit Maria. Jednak to był, krótki zryw z podziemi. Razem już nie brzmieli tak dobrze jak osobno, taki album Debbie Necessary Evil to potwierdza. W 2010 trzon grupy zebrał się do kupy, koncertował po Stanach i zaczął nagrywać. Efekty recenzuję poniżej.

Od razu muszę zaznaczyć, że ta płyta jest mocno energiczna i od pierwszej piosenki słucha się jej jakby była nagrana przez szczeniaków, debiutantów. Debbie Harry, która w tym roku kończy 66 lat ma więcej werwy niż nie jeden młodszy wokalista. Ona nigdy nie schodziła poniżej dobrego poziomu. Chris Stein, który na karku liczy już 61 lat wciąż jest świetnym gitarzystą. Natomiast Clem Burke to co wyrabia na tej płycie z bębnami przypomina mi jego świetne tomy w Dreaming. Ciężko jako tako mi zakwalifikować sam materiał. Z jednej strony są to utwory, które przypominają mi ich rockowo-popowe energiczne granie z okresu Parallel Lines, w nieco odświeżonej formule. Z drugiej widzę, że zespół nie patrzy jedynie wstecz bo mamy przykładowo cover Beiruta „Sunday Smile”, który wydaje się być najlepszym trackiem na całym albumie. I co do tego mam mieszane uczucia, bo świetnie odegrali tą piosenkę, jednak nie jest ona przez nich napisana. No win situation. Jednak przecież nie brak tutaj innych dobrych piosenek. Z pewnością na uwagę zasługują: sielankowe Girlie, Girlie czy też napieprzające D-Day.

Na koniec zespół zostawił „europejskie” niespodzianki. Mamy tutaj Le Bleu, francuską balladę, która swojego znaczenia dopiero nabiera podczas rejsu po Sekwanie. Dla hiszpańskojęzycznych przyjaciół natomiast mamy utwór Wipe Off My Sweat, który jest jakby brakującym ogniwem w dyskografii Shakiry.

Podsumowując, cieszę się z nowej płyty Blondie jednak zauważam, że nie wprowadza zespołu na nową drogę na szczyt a jedynie jest ciekawym dodatkiem do ich bogatej historii. Ocena: 6/10.

posłuchaj

Sky Ferreira – As If! (EP)

Sky Ferreira, czyli nowa ulubienica awangardowej młodzieży.

Słuchałem już jej poprzedniego lata, gdy opalałem się i sączyłem browara przy rytmach One, później widziałem Obsession jako soundtrack jakiegoś serialu o wampirkach. A teraz? Tegoroczna maturzystka (jeezuu, to już ten moment kiedy zaczynam słuchać młodszych od siebie) wydaje świetną Ep-kę, którą zapowiada pełną gęba coś kosmicznego. Tak, dwa zeszłoroczne single plus 5 kawałków z As if! w pełni obrazują jej możliwości.

Czuć w tym coś z Sex Dreams and Denim Jeans, ale szkopuł w tym, że Sky w porównaniu do Uffie UMIE ŚPIEWAĆ. Poza tym wszyscy już chyba znają tą historię z teledyskiem tej pierwszej gdzie występuje ta druga. Sztama. Do rzeczy. 5 piosenek to krótki materiał, jednak mający w sobie power, pop i power-pop. Sex Rules w tym roku powalczy w zestawieniu singli, poza tym jak już zauważyli chopki z Porcysa to tym kawałkiem całkowicie się odcina od wcześniejszej muzyki gospel z która obcowała.Traces to bardzo melodyjna ballada Haters Anonymous to zabawa z muzyką electro i refrenem a la Lady Gaga, gdzie jest ten tak zwany kop. 99 tears to drugi z Ep-ki hicior, który idealnie pokazuje umiejętności songwriting’eskie Sky. Całość uwieńczone jest fajową nutka zatytułowaną „108”.

Sky Ferreira jest świetna, ma dużo fajnych pomysłów a pisanie hitów jej przychodzi lekką ręką. Zapomnijcie o Lady G., Beyonce i innych. Posłuchajcie jej, na pewno rozgrzeje wam te zimne majowe dnie. brrrr. Ocena: 8/10

posłuchaj