Katy B – On a Mission

Kolejna odsłona brytyjskiej muzyki, którą polubiłem i wy też możecie.

Katy B, czyli Kathleen Brien ukończyła legendarną szkołę BRIT School, która wypchnęła w świat między innymi takie gwiazdki jak: Adele, Amy Winehouse, Kate Nash czy też Katie Melue. Fakt ten oczywiście nie jest najważniejszy a jedynie potwierdza, że dziewczyna mimo młodego wieku ma już odpowiedni warsztat i z pewnością nie będzie skrzeczeć. Najistotniejsze będzie to, że na swoim debiutanckim albumie postanowiła pobawić się z modnym ostatnio dubstepem i połączyć go z popowym wokalem i dodać to tego jeszcze elementy R&B, funky a nawet house.

I jaki jest wynik końcowy? Moim zdaniem ciekawy. Hype tej wokalistki nie ominął i po raz kolejny brytyjskie media zarzuciły opiekuńczą sieć na swoją nową, tymczasowa pupilkę. Jadnak pomijając te wszystkie przesadne komentarze, zarówno cały hype jak i te negatywne recenzje ludzi, którzy dissują wszystko co tylko zaistniało w mediach nazywając to komercyjną tandetą, to należy stwierdzić, że jest to najbardziej singlowy album tego roku, póki co. Bo taki Katy on a Mission totalnie miażdży a drugi hit z płyty Lights on z Ms Dynamite na featurringu już szaleje na tv i to jeden z tych parkietowych killerów, który będzie rządził i dzielił.

Oczywiście opinie na temat reszty materiału są w pewien sposób uzasadnione bo nie dorównują zbytnio części przebojowego materiału. Nie czyni to jednakże całości nudnym, bezsensownym krążkiem. Mi on przypadł do gustu. Katy B wygląda na miłą dziewczynę, która nawet nie została skażona słynną „brytyjską urodą” a jej fajny głos cieszy ucho mimo, częstych bezsensowych fraz. Poza dwoma singlami jest jeszcze sporo fajnych momentów między innymi Witches Brew, czy też Perfect Stranger, które składają się na te muzyczne bunga-bunga. Ponadto On a Mission jest idealną alternatywa dla tych, którym znudziła się nowa płyta Britney Spears czy też tym co Sky Ferreira nie przypadła do gustu (są tacy?). Mi oczywiście ani nie znudził się krążek Brit ani też Sky nie wydała się słaba, której słucham już od zeszłorocznych wakacji. A Katy B po prostu lubię i jak usłyszę jej kawałek na jakiejś imprezie to z pewnością będę klaskał w ręce i głośno tupał nogą. Ocena: 7/10.

potańcz

Britney Spears – Femme Fatale

Femme Fatale, czyli przykład na to, że i w mainstremie można znaleźć coś fajnego.

Najnowszy album Brit to esencja fajności popu, który czerpie pełnymi garściami z tego niezależnego popu, którego puszcza się o 2 w nocy. Bo słuchając takiego How I Roll czy też (Drop Dead) Beautiful to wyraźnie wpada w ucho zeszłoroczne Sex Dreams and Denim Jeans Uffie. Oczywiście można tu wspominać o innych niezależnych artystach typu Meg itd, których słuchać na tym albumie, ale przede wszystkim należy zwrócić na jak wysokim poziomie produkcyjnym stoi ten album. Tu jest tyle świetnych dźwięków, momentów, momencików. Czegoś takiego szukałem na nadchodzącą wiosnę i letnie, ciepłe dni. Lato 2010 dla mnie to przede wszystkim Uffie, Phoenix oraz Menomena. W tym roku będzie to Britney.

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć fenomenu jej twórczości. Pani Spears nie miała głosu a i też nie wpisywała się w mój kanon piękna, początkowo była niespełnionym seksualnym marzeniem amerykanów w średnim wieku i tym, czym chciała być każda nastolatka. Później stała się celebrytką a sodówka też uderzyła do główki i w związku z tym były już różne momenty w jej karierze. Oczywiście ma na koncie, kilka udanych singli, którymi może się pochwalić. Ostatnim takim z pewnością jest Womanizer. Do całego albumu, nigdy mnie nie przyciągnęła, aż do teraz.

Famme Fatale to zbiór fajnych piosenek, pełnych eksperymentów i srogich hooków. Mógłbym zachwalać jak innowacyjny był Hold It Against Me, (aczkolwiek teledysk naszpikowany już nawet nie „krypto” reklamami odrzuca z lekksza), jak I Wanna Go porywa do tupania, klaskania i gwizdania, jak poraża mnie Trip To Your Heart, zwłaszcza moment w 1:51. Nasze ucho jest pieszczone przez słodkie słowa Brit: „Break this chains that keep us apart / I’ll fly away on a trip to your heart”. Ale rozpisywanie się na temat każdego otworu w tym momencie traci sens, bo każdy jest na dobrym, równym poziomie. Może nie ma to tak potencjału komercyjnego, bo już w role wchodzi tylko RMF MAXX i masy nie będą tego śpiewać jednym głosem a i też znajdą się tacy fani, którym nowa płyta nie przypadnie do gustu. Mimo to zachęcam każdego nieprzekonanego do Britney, warto posłuchać. To na prawdę świetny krążek. Ocena: 8/10.

posłuchaj

The Pains of Being Pure at Heart – Belong

Wiosna panie sierżancie, wiosna panie f…

Czekałem na tę porę roku odkąd za oknem widziałem nie odstępującą ani na chwilę srogą zimę. Wiosna to moja ulubiona pora roku, wszystko odżywa, także mój dobry nastrój i chęć słuchania czegoś bezpretensjonalnego, beztroskiego. Painsi to taki właśnie zespół, nie gigantyczny, lecz swobodnie poruszający się z gitarą w świecie syntezatora. Kompozycje na Belong tak jak na poprzednim albumie wzbudzają u mnie pozytywne reakcje. Jakby to powiedzieli masowi internetowi Ekshibicjoniści LUBIĘ TO. W porównaniu do debiutanckiego albumu jest jakby bardziej gitarowo, damski głos poszedł raczej bardziej w tył a skupiono bardziej się na fajnych melodiach na klawiszu. Dało to dość fajny efekt i przyznaje, że dobrze tego się słucha. Może i nie odkryli ameryki, ale kto by się tym przejmował w końcu wiosna idzie.

Wstaki gitarowe są na prawdę porządne, to jak wchodzi gitara w Even in Dreams przypomina mi wejście Johhnego Greenwooda w Creep. Poza tym wciąż dużo skojarzeń z My Bloody Valentine a My Terrible Friend to jakby nawiązanie do Joy Division i ich hiciora Love will tear us apart. Teksty może nie są odkrywcze: „Everyone is pretty and fun, everyone is lovely and young / Everyone is gentle and gone, but everyone’s just everyone”, ale za to nadrabiają brzmieniem.

Płyta idealnie komponuje się z moim nastrojem, gdy na ulicach robi się coraz bardziej kolorowo a szare szaliki i rękawiczki czekają w szafie na kolejną zimę. Już sobie wyobrażam piknikowanie obcowanie z naturą przy dźwiękach Belong. Dobrze też powinno zadziałać dla tych, którzy chcą podbijać miasto i serca niewiast niczym Clarence Seedorf. Ok, ja tu puszczam wodze wyobraźni a tym czasem czerwcowe obrony tuż, tuż. Posłuchajcie Belong, warto. Płyta mimo, że jest gorzko-słodka to wprowadza w dobry nastrój i pozwala cieszyć się każdą jej sekundą. Ocena: 7/10.

posłuchaj