Przegląd płyt z lutego i marca

Przyznam, że w minionym czasie nie miałem głowy do słuchania muzyki ani tym bardziej pisania o niej. Wszystko za sprawą tragicznych wydarzeń na Ukrainie, gdzie codziennie giną niewinni ludzie za sprawą chorej żądzy władzy jednego ruskiego skurwiela. Staram się nie łączyć polityki ze swoją twórczością na blogu, jednak obok takich wydarzeń nie można obejść obojętnie. Dlatego też proszę nie dajcie się nabrać na „negowanie” tej wojny. Tam są niszczone bloki, domy, szkoły, szpitale… Ruscy zwyrodnialcy mordują niewinnych ludzi, gwałcą kobiety i dzieci, kaleczą i znęcają się nad zwykłymi ukraińskimi obywatelami. To są najgorsze zbrodnie wojenne od wielu lat! Pomagajmy na tyle ile możemy, bo sami też doświadczyliśmy wojny i nie chcielibyśmy tego znowu przeżyć. Tyle tytułem wstępu, w reszcie wpisu wrzucam parę płyt, które udało mi się przesłuchać w tym czasie.

Beach House – Once Twice Melody. Dream Popowy duet z Baltimore gościł na moim blogu już kilkakrotnie. Recenzowałem „Teen Dream„, „Bloom” oraz „7„. Już przy ostatniej recenzji zauważyłem, że zespół w końcu wyzbył się swojej największej wady- przestał nudzić. Dobrze słychać to zwłaszcza na ich tegorocznej propozycji, gdzie dzieje się aż nadto. Już od pierwszych dźwięków tytułowego „One Twice Melody” wiemy, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym. Francusko-Amerykański duet dobrze się odnajduje w bardziej popowych aniżeli tych sennych utworach, co słychać na „Superstar” czy też „Pink Funeral„. Pomimo tego, że to album składający się z czterech płyt i trwający niemal tyle co piłkarski mecz to nie męczy on nas tak, jak niektóre ich wcześniejsze wydawnictwa. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Mitski – Laurel Hell. Japońsko-amerykańska wokalistka z Nowego Jorku idzie za ciosem i po wydaniu świetnego albumu „Be The Cowboy” ponownie zachwyca słuchaczy. Jej najnowszy materiał to zestaw 11 utworów obracających się w regionach indie-popu, synth-popu, disco, glam-rocka oraz nowej fali. Jak widać, artystka nie pozwala się zamykać w szufladkach gatunków muzycznych i notorycznie eksperymentuje brzmieniowo. Całość trwa nieco ponad 30 minut, dlatego też album słucha się dość szybko i przyjemnie. Po odsłuchaniu ostatniego utworu miałem za każdym razem ochotę wracać do tych kompozycji ponownie. Album ten też momentami przywoływał mi na myśl najlepsze dzieła z gatunku indie z okres 2010-2011. Dlaczego z tych lat? Sam nie wiem, ale fajnie. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Spoon – Lucifer On The Sofa. Nie jest to z pewnością najlepsza płyta zespołu z Austin w Teksasie. Jednak całkiem przyjemnie się jej słuchało. Britt Daniell z ekipą ładnie się tutaj odnajduje w melodyjnym indie rocku. Kompozycje może nie zapadają w pamięć i za parę lat mało kto będzie wracał do tej płyty, jednak jako tło do wiosennych porządków ta płyta nadaje się jak mało która. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale z ciekawości sprawdzić można. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Tears of Fears – The Tipping Point. Oh, jaka to świetna płyta! Przyznam, że nie spodziewałem się po tej legendzie popu niczego odkrywczego. Co więcej, to dzięki tej płycie zagłębiłem się bardziej w dyskografię grupy i odkryłem tam wiele smacznych słodyczy. Jednak wróćmy na chwilę do ich najnowszej propozycji. Przeważnie płyty wydane na tym etapie kariery, a szerzej mówiąc samego życia twórców to odgrzewanie sprawdzonych patentów, bazowanie na wcześniej wypracowanych schematach i zadowalanie stałych słuchaczy. W tym przypadku zespół może i nie oddala się od wcześniej obranej drogi, ale ich muzyka jest na tyle świeża i otwarta, że jest w stanie przyciągnąć większą rzeszę fanów. I co najważniejsze nie brzmią jak obciachowi dziadersi, dla których jedynym eksperymentem jest połączenie gitar z syntezatorami i nagrywanie „rocka z pazurem”. To poważnie kawał dobrej muzyki i aż mi trochę szkoda, że poświęcam im tylko wpis grupowy. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Muzyczna nowa fala – Przegląd płyt ze stycznia

Pierwszy miesiąc roku za nami. Sprawdźmy co tam było słuchane w tym czasie.

Angèle – Nonante-Cinq. 27-letnia Belgijka wydała swój drugi długograj, który zasłużenie zbiera pozytywne recenzje. Przyjemny, melodyjny i taneczny pop ładnie się komponuje ze słodkim, francuskim wokalem Pani Van Laeken. Poza wprawiającymi w ruch nóżkę dance popem jest tutaj sporo momentów sentymentalnych i nostalgicznych, przybierających momentami formę teatralną. Angèle śpiewa tutaj o rozstaniu, złamanym sercu i miłości do swojego rodzinnego miasta (posłuchajcie „Bruxelles je t’aime„). Warto sprawdzić, gdyż Belgijka notuje poważny progres a przy okazji jest o niej coraz głośniej, zwłaszcza po wspólnym kawałku z Duą Lipą. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Bonobo – Fragments. O najnowszej płycie muzyka z Brighton powiedziano w zasadzie już wiele. I tak, jest to prawda, że to jego jedna z najlepszych płyt. Na „Fragments” Anglik zachował idealną równowagę z onirycznym klimatem a parkietowym basem. W końcu to lider nieoczywistych mieszanek w muzyce. Do tańca porywają wspaniałe „Rosewood” czy też „Otomo„. Z drugiej jednak strony jest sporo kawałków do zwykłej komplementacji i rozmyślań jak chociażby „Tides”. Sporo roboty robią tutaj występy gościnne. Na szczególne wyróżnienia zasługują przede wszystkim Jamila Woods oraz Jordan Rakei. Niby to siódmy już longplay w jego kolekcji, a koleś dalej potrafi wymyślić proch. Dobry album zarówno na karnawał, jak i na post. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Burial – Antidawn. William Bevan – Brytyjski producent muzyczny, którego wszyscy dobrze znają jako Burial, postanowił powrócić po raz pierwszy z dłuższym materiałem od wydania legendarnego już albumu „Untrue” z 2007 roku. Co prawda „Antidawn” to wciąż formalnie EP-ka, ale trwająca 43 minuty, czyli płyta do której już trzeba przysiąść na spokojnie. 5 nowych utworów na tegorocznej EP-ce Buriala to zestaw mocno posępny i mroczny. Liczne szmery, trzaski, pogłosy, dźwięki otoczenia sprawiają jakbyśmy się czuli pośrodku niczego. Słyszymy, że gdzieś coś gra, ale nie potrafimy zlokalizować źródła muzyki. Są to tylko muzyczne strzępki a słowa typu „Nowhere To Go” wprawiają nas tylko w niekomfortowym położeniu. Brytyjczyk nie cacka się ze słuchaczem na tym materiale, ale jest on na tyle interesujący, że chcemy do niego wrócić. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Dodos – Grizzly Peak. Trochę wstyd się przyznać (a może w sumie i nie), ale The Dodos na dobre rozpocząłem słuchać właśnie przy okazji wydania ich najnowszego, dziewiątego już krążka „Grizzly Peak„. Odkąd interesuje się wszystkim co z indie rockiem jest związane, grupa ptaszyn dodo gdzieś tam się zawsze pojawiała. Jednak nigdy u mnie na blogu. Czas to zmienić, bo szczyt misia grizzly to dobry materiał. Jeżeli tęsknicie za starymi dobrymi czasami i chcecie powrócić do grania w stylu Menomeny, Wolf Parade, Phoenix i tym podobnych kapel to warto sprawdzić ten krążek. Ostrzegam jednak, że nie znajdziecie tu żadnych innowacji. Ta płyta na pewno nie pojawi się na rocznych podsumowaniach, ale przecież nie jemy steków wołowych, owoców morza czy też rolady z kluskami codziennie na obiad. Taki chleb z pasztetem też czasami bywa pyszny. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Earl Sweatshirt – SICK!. Thebe Neruda Kgositsile skradł nasze serce już dwukrotnie. Za pierwszym razem przy okazji wydania debiutanckiego długograja „Doris” w 2013 roku oraz przy okazji wydania „Some Rap Songs” w 2018 roku. Tegoroczne „SICK!” ponownie zaskakuje szczerością i krótką formą. 10 utworów trwających niespełna 25 minut to format krótszy niż niektóre EP-ki, ale nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest jak zwykle wysoka. Zapomnijcie o plastikowych beatach, auto-tune, Lil Waynie jako featuring i laskach trzęsących tłustymi zadami. Earl spocona-koszula stawia na klasykę spod znaku Nasa i Raekwona. Muzycznie podkłady krążą wokół jazzu i elektroniki, a występy gościnne ograniczają się do Zelooperz i Armanda Hammera. Sam Earl z nową fryzurą pozostaje tym samym ziomkiem, którego słyszeliśmy na poprzednich albumach. Warto sprawdzić. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

FKA Twigs – CAPRISONGS. O Pani Tahliah Debrett Barnett wspominałem już tutaj wielokrotnie, dlatego też żadnym zaskoczeniem nie jest, że musiałem sprawdzić jej najnowszą pozycję „CAPRISONGS„. Niech nie zmyli was nazwa tego materiału. To z całą pewnością nie jest żadna letnia playlista do odpalania na dyskotekach w Mielnie czy Łebie. Amerykańska wokalista porusza się tutaj w rożnych gatunkach i stylistykach, ale żaden z nich nie można porównać do wakacyjnych przebojów spod ręki Calvina Harrisa. Najbardziej taneczny kawałek ma tytuł „Tears in the club„, także tego… Czuć, że FKA Twigs z każdym kolejnym albumem jest dojrzalsza i pewniejsza na scenie muzycznej. Tegoroczny longplay jest tego idealnym przykładem. Dobre teksty i rozbudowane melodie dają efekt jednolitej i zgrabnej całości. Ulubione momenty? Sprawdźcie „oh my love„, „which way” oraz „ride the dragon„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Odwiedzam radiostację z lat 80 razem z The Weeknd – recenzja „Dawn FM”

Mało kto pamięta, ale o The Weeknd pisałem na blogu zanim Abel Makkonen Tesfaye osiągnął światową sławę dzięki takim album jak „After Hours” czy też „Starboy„. O jego mixtape „Echoes Of Silence” wspominałem na początku 2012 roku TAK. Ogólnie jego trzy produkcje z 2011 roku przykuły moją uwagę na tyle, że widziałem w nim drugiego The-Dream. Dziś wiem, że zrobił znacznie większą karierę. Wspólne utwory z Laną Del Rey, Kendrickiem Lamarem, Arianą Grande czy też Daft Punk, udział w filmie „Nieoszlifowane diamenty” razem z Adamem Sandlerem (Wybitna rola Sandlera), listy przebojów, występy na SuperBowl itd.

Tak szczerze, od momentu wydania „Kiss Land” straciłem nim zainteresowanie. Cały ten mainstream i kierunek, który obrał nie pasował mi do piosenek, które zachwycały mnie na „House of Balloons” czy też „Echoes Of Silence„. Teraz wracam do Abela, za sprawą jego najnowszego albumu „Dawn FM„. Płyta już zawitała do wszystkich radiostacji za sprawą pierwszych singli: „Take My Breath” oraz „Sacrifice„. Jednak recenzenci póki co przyjmują album z chłodem, zwracając uwagę, że The Weeknd ponownie nie potrafi nagrać równego albumu.

I jest to niestety prawda, gdyż „Dawn FM” ma sporo nierówności. Podoba mi się zabieg stworzenia koncept albumu, który zabiera nas do radiostacji z lat 80. Chociaż sam pomysł jest już mocno wyświechtany, gdyż retromania na lata 80 i 90 jest w mainstreamie od paru dobrych lat. Tutaj jednak ten krok spełnia swoją funkcję, a The Weeknd dobrze się odnajduje w tonach muzyki elektronicznej z lat 80. Znajdziemy tutaj parę ciekawych kompozycji takich jak m.in. „Less Than Zero”, „Out of Time” czy też „Every Angel is Terrifying„, jednak jest też sporo momentów słabszych, które nie zapadają w pamięć.

Obwieszczanie, że „Dawn FM” jest płytą roku już na początku stycznia (spotkałem się z takimi opiniami) jest sporą przesadą, której raczej nie warto komentować. Generalnie nowa płyta The Weeknd jest na tyle spoko, że będzie można się do niej pobujać w czasie karnawału. Jednak do końca roku jest sporo czasu, a w tym czasie pojawią się z pewnością o wiele ciekawsze muzyczne propozycje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.