Muzyczna nowa fala – Przegląd płyt ze stycznia

Pierwszy miesiąc roku za nami. Sprawdźmy co tam było słuchane w tym czasie.

Angèle – Nonante-Cinq. 27-letnia Belgijka wydała swój drugi długograj, który zasłużenie zbiera pozytywne recenzje. Przyjemny, melodyjny i taneczny pop ładnie się komponuje ze słodkim, francuskim wokalem Pani Van Laeken. Poza wprawiającymi w ruch nóżkę dance popem jest tutaj sporo momentów sentymentalnych i nostalgicznych, przybierających momentami formę teatralną. Angèle śpiewa tutaj o rozstaniu, złamanym sercu i miłości do swojego rodzinnego miasta (posłuchajcie „Bruxelles je t’aime„). Warto sprawdzić, gdyż Belgijka notuje poważny progres a przy okazji jest o niej coraz głośniej, zwłaszcza po wspólnym kawałku z Duą Lipą. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Bonobo – Fragments. O najnowszej płycie muzyka z Brighton powiedziano w zasadzie już wiele. I tak, jest to prawda, że to jego jedna z najlepszych płyt. Na „Fragments” Anglik zachował idealną równowagę z onirycznym klimatem a parkietowym basem. W końcu to lider nieoczywistych mieszanek w muzyce. Do tańca porywają wspaniałe „Rosewood” czy też „Otomo„. Z drugiej jednak strony jest sporo kawałków do zwykłej komplementacji i rozmyślań jak chociażby „Tides”. Sporo roboty robią tutaj występy gościnne. Na szczególne wyróżnienia zasługują przede wszystkim Jamila Woods oraz Jordan Rakei. Niby to siódmy już longplay w jego kolekcji, a koleś dalej potrafi wymyślić proch. Dobry album zarówno na karnawał, jak i na post. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Burial – Antidawn. William Bevan – Brytyjski producent muzyczny, którego wszyscy dobrze znają jako Burial, postanowił powrócić po raz pierwszy z dłuższym materiałem od wydania legendarnego już albumu „Untrue” z 2007 roku. Co prawda „Antidawn” to wciąż formalnie EP-ka, ale trwająca 43 minuty, czyli płyta do której już trzeba przysiąść na spokojnie. 5 nowych utworów na tegorocznej EP-ce Buriala to zestaw mocno posępny i mroczny. Liczne szmery, trzaski, pogłosy, dźwięki otoczenia sprawiają jakbyśmy się czuli pośrodku niczego. Słyszymy, że gdzieś coś gra, ale nie potrafimy zlokalizować źródła muzyki. Są to tylko muzyczne strzępki a słowa typu „Nowhere To Go” wprawiają nas tylko w niekomfortowym położeniu. Brytyjczyk nie cacka się ze słuchaczem na tym materiale, ale jest on na tyle interesujący, że chcemy do niego wrócić. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Dodos – Grizzly Peak. Trochę wstyd się przyznać (a może w sumie i nie), ale The Dodos na dobre rozpocząłem słuchać właśnie przy okazji wydania ich najnowszego, dziewiątego już krążka „Grizzly Peak„. Odkąd interesuje się wszystkim co z indie rockiem jest związane, grupa ptaszyn dodo gdzieś tam się zawsze pojawiała. Jednak nigdy u mnie na blogu. Czas to zmienić, bo szczyt misia grizzly to dobry materiał. Jeżeli tęsknicie za starymi dobrymi czasami i chcecie powrócić do grania w stylu Menomeny, Wolf Parade, Phoenix i tym podobnych kapel to warto sprawdzić ten krążek. Ostrzegam jednak, że nie znajdziecie tu żadnych innowacji. Ta płyta na pewno nie pojawi się na rocznych podsumowaniach, ale przecież nie jemy steków wołowych, owoców morza czy też rolady z kluskami codziennie na obiad. Taki chleb z pasztetem też czasami bywa pyszny. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Earl Sweatshirt – SICK!. Thebe Neruda Kgositsile skradł nasze serce już dwukrotnie. Za pierwszym razem przy okazji wydania debiutanckiego długograja „Doris” w 2013 roku oraz przy okazji wydania „Some Rap Songs” w 2018 roku. Tegoroczne „SICK!” ponownie zaskakuje szczerością i krótką formą. 10 utworów trwających niespełna 25 minut to format krótszy niż niektóre EP-ki, ale nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest jak zwykle wysoka. Zapomnijcie o plastikowych beatach, auto-tune, Lil Waynie jako featuring i laskach trzęsących tłustymi zadami. Earl spocona-koszula stawia na klasykę spod znaku Nasa i Raekwona. Muzycznie podkłady krążą wokół jazzu i elektroniki, a występy gościnne ograniczają się do Zelooperz i Armanda Hammera. Sam Earl z nową fryzurą pozostaje tym samym ziomkiem, którego słyszeliśmy na poprzednich albumach. Warto sprawdzić. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

FKA Twigs – CAPRISONGS. O Pani Tahliah Debrett Barnett wspominałem już tutaj wielokrotnie, dlatego też żadnym zaskoczeniem nie jest, że musiałem sprawdzić jej najnowszą pozycję „CAPRISONGS„. Niech nie zmyli was nazwa tego materiału. To z całą pewnością nie jest żadna letnia playlista do odpalania na dyskotekach w Mielnie czy Łebie. Amerykańska wokalista porusza się tutaj w rożnych gatunkach i stylistykach, ale żaden z nich nie można porównać do wakacyjnych przebojów spod ręki Calvina Harrisa. Najbardziej taneczny kawałek ma tytuł „Tears in the club„, także tego… Czuć, że FKA Twigs z każdym kolejnym albumem jest dojrzalsza i pewniejsza na scenie muzycznej. Tegoroczny longplay jest tego idealnym przykładem. Dobre teksty i rozbudowane melodie dają efekt jednolitej i zgrabnej całości. Ulubione momenty? Sprawdźcie „oh my love„, „which way” oraz „ride the dragon„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Odwiedzam radiostację z lat 80 razem z The Weeknd – recenzja „Dawn FM”

Mało kto pamięta, ale o The Weeknd pisałem na blogu zanim Abel Makkonen Tesfaye osiągnął światową sławę dzięki takim album jak „After Hours” czy też „Starboy„. O jego mixtape „Echoes Of Silence” wspominałem na początku 2012 roku TAK. Ogólnie jego trzy produkcje z 2011 roku przykuły moją uwagę na tyle, że widziałem w nim drugiego The-Dream. Dziś wiem, że zrobił znacznie większą karierę. Wspólne utwory z Laną Del Rey, Kendrickiem Lamarem, Arianą Grande czy też Daft Punk, udział w filmie „Nieoszlifowane diamenty” razem z Adamem Sandlerem (Wybitna rola Sandlera), listy przebojów, występy na SuperBowl itd.

Tak szczerze, od momentu wydania „Kiss Land” straciłem nim zainteresowanie. Cały ten mainstream i kierunek, który obrał nie pasował mi do piosenek, które zachwycały mnie na „House of Balloons” czy też „Echoes Of Silence„. Teraz wracam do Abela, za sprawą jego najnowszego albumu „Dawn FM„. Płyta już zawitała do wszystkich radiostacji za sprawą pierwszych singli: „Take My Breath” oraz „Sacrifice„. Jednak recenzenci póki co przyjmują album z chłodem, zwracając uwagę, że The Weeknd ponownie nie potrafi nagrać równego albumu.

I jest to niestety prawda, gdyż „Dawn FM” ma sporo nierówności. Podoba mi się zabieg stworzenia koncept albumu, który zabiera nas do radiostacji z lat 80. Chociaż sam pomysł jest już mocno wyświechtany, gdyż retromania na lata 80 i 90 jest w mainstreamie od paru dobrych lat. Tutaj jednak ten krok spełnia swoją funkcję, a The Weeknd dobrze się odnajduje w tonach muzyki elektronicznej z lat 80. Znajdziemy tutaj parę ciekawych kompozycji takich jak m.in. „Less Than Zero”, „Out of Time” czy też „Every Angel is Terrifying„, jednak jest też sporo momentów słabszych, które nie zapadają w pamięć.

Obwieszczanie, że „Dawn FM” jest płytą roku już na początku stycznia (spotkałem się z takimi opiniami) jest sporą przesadą, której raczej nie warto komentować. Generalnie nowa płyta The Weeknd jest na tyle spoko, że będzie można się do niej pobujać w czasie karnawału. Jednak do końca roku jest sporo czasu, a w tym czasie pojawią się z pewnością o wiele ciekawsze muzyczne propozycje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

10 Najlepszych płyt 2021 roku

Prawdę powiedziawszy nie słuchałem w minionym roku za wiele nowej muzyki. Pewien wewnętrzny obowiązek i wieloletnia tradycja nakazuje mi rozpocząć nowy rok klasycznym muzycznym podsumowaniem. Dlatego też zestawienie to będzie mocno subiektywnym zlepkiem płyt, które po prostu najwięcej mi towarzyszyły w minionych 12 miesiącach. A postanowienie na nowy rok? Takie jak zawsze. Więcej słuchać dobrej muzyki i więcej nią się dzielić na blogu. Mam nadzieję, że w 2022 roku spotkamy się tutaj jeszcze wiele razy.

10. Rysy – 4 Get. Rysy zachwycały mnie już w 2015 roku, jednak kolejny ich krążek ukazał się dopiero 6 lat po debiucie. Warto było czekać bo to porządna dawka muzyki elektronicznej. W tym roku sporo słuchałem techno, jednak to Rysy najbardziej mnie urzekły. Producencki duet z Warszawy ma talent to mieszania gatunków, gdyż za sprawą występów gościnnych otrzymujemy ciekawą mieszankę z pogranicza techno, popu i alternatywy.

9. Dry Cleaning: New Long Leg. Jeden z ciekawszych debiutów tego roku. Brytyjski band zabiera nas w podróż po historii post-punku, dodając wiele od siebie. Myślę, że warto dodać do ulubionych.

8. Playboi Carti – Whole Lotta Red. Tego typu rapsy coraz mniej mnie porywają. Ogólnie rap nie stał u mnie wysoko w tym roku, jako gatunek. Nie mniej propsuje. Bo to esencja, która zahacza o coraz szersze kręgi. A sam Playboi Carti może z czasem wyrosnąć na ciekawą postać na zachodniej scenie muzycznej.

7. Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Del Rey Lana musiała się zmierzyć z legendą swojej ostatniej płyty. Wciąż wracam do „Norman Fucking Rockwell!” bo to absolutny już klasyk Pop. Jej następczyni niestety nie przebija NFR, ale nie ma co się łudzić. To było zadanie nie do wykonania. Nie mniej wokalistka wciąż ma to coś.

6. Lost Girls – Menneskekollektivet. O norweskim duecie Jenny Hval – Håvard Volden nie było okazji wspomnieć na blogu. Mimo, że „Menneskekollektivet” to debiutancki krążek to słuchając go ma się wrażenie, że z Lost Girls znamy się już od lat. Niby tylko 5 utworów, ale całość trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Jest psychodelicznie, nieco transowo, mrocznie, czasami dziwnie. Jak to na Skandynawii. Ja nie byłem, ale znam kogoś kto był i opowiedział to i owo. Dobra opcja na długie wieczory, dopasuje się, ale nie poprawi zimowej chandry.

5. The War on Drugs – I Don’t Live Here Anymore. Wydawało mi się, że zespól z Filadelfii pozostanie bandem jednej płyty. Szumu wokół „Lost in The Dream” było sporo, ale w końcu ustał. Zespołowi jednak udało się powrócić. I wiecie co? Ten nowy album wydaje mi się nawet lepszy niż, ten mocno hajpowany z 2014 roku…

4. Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost. Wydaje mi się, że Gregory Okonma nieco spuścił z tonu w tym roku. Jednak może mi się tylko wydawać, gdyż jego ostatnie albumy „Igor” czy też „Flower Boy” to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Nie można wiecznie nagrywać najlepszych płyt, ale to, że wciąż jest w czołówce wiele o nim mówi.

3. Wczasy – To Wszystko Kiedyś Minie. Ładnie nam duet Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło rozwinął się w minionym czasie. Już ich wczesne utwory i cała płyta „Zawody” pokazywały, że chłopaki potrafią w dobre, proste melodie. Wciąż jest śmieszno-smutnie, czyli w sumie tak jak najbardziej lubię. Bo kto mieszka w Polsce to z cyrku się nie śmieje, ale już słuchając tekst „Polska (serce rośnie)” może lekko się uśmiechnąć. Albo może uronić łzę? Sam nie wiem. W 2021 też tylko rzucałem kamyki do jeziora i nie byłem na wyprawie katamaranem, także kumam te klimaty. No, ale chłopaki obiecują, że to wszystko kiedyś minie. Pozostaje zaufać, że tak będzie.

2. Deafheaven – Infinite Granite. W minionym roku grupa z San Francisco często u mnie gościła w głośnikach. A ich rodzime miasto nadal jest w mojej czołówce miast za oceanu, które chciałbym odwiedzić. Można więc powiedzieć, że z Deafheaven mam sztamę. Pomijając jednak całą moją sympatię do chłopaków to uważa, że obrali właściwy kierunek na „Infinite Granite„. Ich blackgaze to coraz więcej shoegaze i post rock niż black metal i screamo hardcore. Co prawda lubię jak grają „ostro”, darcie ryja, podwójna stopa i te klimaty są dla mnie OK, jednak skoro mają potencjał w ładne melodie, to czemu nie?

1. Slowthai – TYRON. Pierwsze półrocze należało do angielskiego rapera. Singiel „Feel Away” wałkowałem na okrągło. Aż żona mi ciągle mówiła: „Znowu oglądasz ten teledysk, gdzie zjadają bobo z ciasta?” No, ale jak tu nie słuchać jak to taka piękna i zajebista piosenka za razem? Pozostałe też nie są gorsze, zwłaszcza te nagrane ze Skeptą i Rakimem Mayersem, znanym szerzej jako A$AP Rocky. Generalnie, za sprawą „TYRONA” doceniłem mocniej Slowthaia i zapoznałem się lepiej z jego wcześniejszą twórczością. Warto, gdyż facet ciągle się rozwija. No i mimo, że jest bardzo bezpośredni, to chyba nie da się go nie lubić.