10 Najlepszych płyt 2021 roku

Prawdę powiedziawszy nie słuchałem w minionym roku za wiele nowej muzyki. Pewien wewnętrzny obowiązek i wieloletnia tradycja nakazuje mi rozpocząć nowy rok klasycznym muzycznym podsumowaniem. Dlatego też zestawienie to będzie mocno subiektywnym zlepkiem płyt, które po prostu najwięcej mi towarzyszyły w minionych 12 miesiącach. A postanowienie na nowy rok? Takie jak zawsze. Więcej słuchać dobrej muzyki i więcej nią się dzielić na blogu. Mam nadzieję, że w 2022 roku spotkamy się tutaj jeszcze wiele razy.

10. Rysy – 4 Get. Rysy zachwycały mnie już w 2015 roku, jednak kolejny ich krążek ukazał się dopiero 6 lat po debiucie. Warto było czekać bo to porządna dawka muzyki elektronicznej. W tym roku sporo słuchałem techno, jednak to Rysy najbardziej mnie urzekły. Producencki duet z Warszawy ma talent to mieszania gatunków, gdyż za sprawą występów gościnnych otrzymujemy ciekawą mieszankę z pogranicza techno, popu i alternatywy.

9. Dry Cleaning: New Long Leg. Jeden z ciekawszych debiutów tego roku. Brytyjski band zabiera nas w podróż po historii post-punku, dodając wiele od siebie. Myślę, że warto dodać do ulubionych.

8. Playboi Carti – Whole Lotta Red. Tego typu rapsy coraz mniej mnie porywają. Ogólnie rap nie stał u mnie wysoko w tym roku, jako gatunek. Nie mniej propsuje. Bo to esencja, która zahacza o coraz szersze kręgi. A sam Playboi Carti może z czasem wyrosnąć na ciekawą postać na zachodniej scenie muzycznej.

7. Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Del Rey Lana musiała się zmierzyć z legendą swojej ostatniej płyty. Wciąż wracam do „Norman Fucking Rockwell!” bo to absolutny już klasyk Pop. Jej następczyni niestety nie przebija NFR, ale nie ma co się łudzić. To było zadanie nie do wykonania. Nie mniej wokalistka wciąż ma to coś.

6. Lost Girls – Menneskekollektivet. O norweskim duecie Jenny Hval – Håvard Volden nie było okazji wspomnieć na blogu. Mimo, że „Menneskekollektivet” to debiutancki krążek to słuchając go ma się wrażenie, że z Lost Girls znamy się już od lat. Niby tylko 5 utworów, ale całość trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Jest psychodelicznie, nieco transowo, mrocznie, czasami dziwnie. Jak to na Skandynawii. Ja nie byłem, ale znam kogoś kto był i opowiedział to i owo. Dobra opcja na długie wieczory, dopasuje się, ale nie poprawi zimowej chandry.

5. The War on Drugs – I Don’t Live Here Anymore. Wydawało mi się, że zespól z Filadelfii pozostanie bandem jednej płyty. Szumu wokół „Lost in The Dream” było sporo, ale w końcu ustał. Zespołowi jednak udało się powrócić. I wiecie co? Ten nowy album wydaje mi się nawet lepszy niż, ten mocno hajpowany z 2014 roku…

4. Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost. Wydaje mi się, że Gregory Okonma nieco spuścił z tonu w tym roku. Jednak może mi się tylko wydawać, gdyż jego ostatnie albumy „Igor” czy też „Flower Boy” to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Nie można wiecznie nagrywać najlepszych płyt, ale to, że wciąż jest w czołówce wiele o nim mówi.

3. Wczasy – To Wszystko Kiedyś Minie. Ładnie nam duet Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło rozwinął się w minionym czasie. Już ich wczesne utwory i cała płyta „Zawody” pokazywały, że chłopaki potrafią w dobre, proste melodie. Wciąż jest śmieszno-smutnie, czyli w sumie tak jak najbardziej lubię. Bo kto mieszka w Polsce to z cyrku się nie śmieje, ale już słuchając tekst „Polska (serce rośnie)” może lekko się uśmiechnąć. Albo może uronić łzę? Sam nie wiem. W 2021 też tylko rzucałem kamyki do jeziora i nie byłem na wyprawie katamaranem, także kumam te klimaty. No, ale chłopaki obiecują, że to wszystko kiedyś minie. Pozostaje zaufać, że tak będzie.

2. Deafheaven – Infinite Granite. W minionym roku grupa z San Francisco często u mnie gościła w głośnikach. A ich rodzime miasto nadal jest w mojej czołówce miast za oceanu, które chciałbym odwiedzić. Można więc powiedzieć, że z Deafheaven mam sztamę. Pomijając jednak całą moją sympatię do chłopaków to uważa, że obrali właściwy kierunek na „Infinite Granite„. Ich blackgaze to coraz więcej shoegaze i post rock niż black metal i screamo hardcore. Co prawda lubię jak grają „ostro”, darcie ryja, podwójna stopa i te klimaty są dla mnie OK, jednak skoro mają potencjał w ładne melodie, to czemu nie?

1. Slowthai – TYRON. Pierwsze półrocze należało do angielskiego rapera. Singiel „Feel Away” wałkowałem na okrągło. Aż żona mi ciągle mówiła: „Znowu oglądasz ten teledysk, gdzie zjadają bobo z ciasta?” No, ale jak tu nie słuchać jak to taka piękna i zajebista piosenka za razem? Pozostałe też nie są gorsze, zwłaszcza te nagrane ze Skeptą i Rakimem Mayersem, znanym szerzej jako A$AP Rocky. Generalnie, za sprawą „TYRONA” doceniłem mocniej Slowthaia i zapoznałem się lepiej z jego wcześniejszą twórczością. Warto, gdyż facet ciągle się rozwija. No i mimo, że jest bardzo bezpośredni, to chyba nie da się go nie lubić.

Król goes pop – recenzja albumu „Dziękuje”

Błażej Król – człowiek orkiestra (muzyk, kompozytor, tekściarz i wokalista w jednym) z Gorzowa Wielkopolskiego w świecie niezalu pojawił się dzięki zespołowi Kawałek Kulki. Większość fanów alternatywnych brzmień będzie raczej bardziej go kojarzyć dzięki duetowi UL/KR, który robił szum w latach 2012-14. Pamiętacie zresztą ich debiutancki krążek „UL/KR” z 2012? Ja o nim wspominałem tutaj. Po rozpadzie projektu tworzonego z Maurycym Kiebzą-Górskim, Król rozpoczął solową karierę. I przez te siedem lat nagrał już 6 albumów. Jedne bardziej udane, inny mniej. Nie mniej warte uwagi. Zwłaszcza „Wij” z 2015 oraz jego przedostatni „Nieumiarkowania„, które ukazały się w 2019. Dzięki udziałowi w zeszłorocznym hymnie Męskiego Grania o artyście zrobiło się głośno w skali krajowej, a tegoroczny album „Dziękuje” potwierdza jego aspiracje do tworzenia na szerszą skalę.

Dziękuje” wydaje się najbardziej „radio friendly” i przystępnym dla zwykłego słuchacza popu albumem. Wystarczy wsłuchać się w single promujące płyty „TAK JAK TY” czy też „NIE ZROBIĘ NIC„, gdzie Król ładnie lawiruje pomiędzy mainstreamem a alternatywą. Romans z popem odnajdziemy także w innych utworach jak np. „TAKI PIĘKNY UNIK” czy też „PRZYTULAJĄC PULSUJĄCA TWARZ / Zasłużyłem„. Pomijając jednak ten zabieg otwarcia się na innych słuchaczy, Król wciąż pozostaje sobą. Na „Dziękuje” znajdziemy zarówno poetyckie teksty jak i sporo poczucia humoru i dobrej zabawy przy tworzeniu muzyki.

Głównym motorem napędowym tego albumu jest oparcia brzmienia o syntezatory i elektronikę. Retromania oraz sięganie nie raz po bardzo dziwaczne rozwiązania nadają uroki całości. Nie brak tutaj jednak klasycznego, indie rockowego zestawu instrumentów jak i mocno wyeksponowanego saksofonu. Lata 80 i 90 wciąż mają się dobrze, a sam Król po raz kolejny udowadnia, że jest utalentowanym tekściarzem. W części utworów wspomaga go żona Iwona Król, która przyzwyczaiła już fanów Króla, że jest wartością dodatnią w jego kompozycjach.

Dziękuje” rozpoczyna się od wymownego podziękowania fanom, które można także traktować jako przywitanie nowych. Nie ma co ukrywać, pojawianie się w telewizji śniadaniowej nie wzięło się znikąd. Nie ma jednak co narzekać i grozić palcem, bo jeżeli taka muzyka ma lecieć w głównych radiostacjach to jestem na TAK. Mimo, że nie jest to najwybitniejsze dzieło Króla to doceniam ten ruch. Album ten nie zapisze się w kanonie indie rocka, ale za to w udany sposób łączy w sobie muzykę popową z alternatywną, a sam Błażej Król udowadnia, że jest artystą nietuzinkowym. Ocena: 6/10.

Na ostatniej prostej – przegląd płyt z listopada

Słabo ten rok się kończy pod względem muzycznym. Pod filmowym z resztą też, wychodzą na wierzch pandemiczne efekty. Niemniej zdołałem przesłuchać parę płyt w ostatnim czasie, o to moje spostrzeżenia:

Action Bronson – Only for Dolphins. Raper z Queens w przyszłym roku będzie obchodził dziesięciolecie swojej rapowego debiutu na rynku wydawniczym. To ciekawe jak potoczyła się jego droga, od ciekawostki w hip-hopie to pełnowymiarowego fundamentu tego gatunku. Co prawda z Panem Bronsonem jestem na Ty dopiero od 2015 roku, kiedy to zachwycił za sprawą kapitalnego „Mr. Wonderful„. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że koleś znalazł dla siebie miejsce gdzieś pomiędzy funkiem a rapem. Jego najnowszy album ponownie potwierdza tą tezę. Zabawa z gatunkami muzycznymi w podkładach to znak rozpoznawczy Bronsona. Dostajemy m.in. muzykę orientalną w „Mongolii„, jazz w „Vega” czy też discowo-funkowy „Splash„, a to tylko zalążek bo jest tego więcej. Do tego dochodzi oryginalny, uliczny flow rudobrodego grubaska. Mi to ponownie się podoba. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Kylie Minouge – DISCO. Przyznaję, że ostatnią dekadę w wykonaniu Kylie przespałem. Ostatnia jej płyta, którą słuchałem to „Aphrodite” z 2010 roku… A przecież jako wielki fan Australijki swego czasu zrobiłem przegląd jej twórczości na blogu. Nie mam zatem porównania jak się ma jej najnowszy album do tych wydanych w ostatnim czasie. To jednak nie szkodzi w ocenie, która jest pozytywna. Kylie Minouge to zawsze gwarancja jakości. Tym razem artystka uderza w modne w ostatnim czasie disco. Po wcześniejszych płytach Jessie Ware czy chociażby Arcade Fire można było się spodziewać, że ów trend obierze szerszy zasięg. Płyta słucha się przyjemnie, jest tanecznie, melodyjnie i … troszkę na jedno kopyto. Większość kompozycji brzmi podobnie, co jest dość istotnym mankamentem. Nie mniej na imprezę sylwestrową się nada, a w 2021 na pewno będzie dużo lepszych płyt do słuchania. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Nothing – The Great Dismal. Dobrze słyszeć, że w 2020 shoegaze wciąż ma się dobrze. Czwarta w kolekcji płyta Nothing to mocna pozycja w kategorii alternatywne gitarowe granie. Lider grupy Domenic Palermo ponownie stawia na ciężki klimat i jeszcze cięższe gitarowe przestery. Swoją drogą ta mieszanka dream-popu, shoegaze i post-punku wyjątkowo dobrze brzmi. Już od pierwszych sekund „A Fabricated Life” wiemy, że będziemy mieli do czynienia z czymś klaustrofobicznym, mrocznym i klimatycznym! Być może Nothing nie wymyślają tutaj prochu, ale w ładny sposób układają te klocki. Małe tego typu płyt słuchałem w tym roku, ale jeszcze mnie płyt na tak wysokim, dobrym poziome. A to się ceni. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

TV Freaks – People. Na swoim czwartym już w kolekcji albumie grupa z Hamilton w prowincji Ontario wciąż brzmi jak typowy garażowy punkowy band. W sumie płyta została nagrana w domowych warunkach jednego z członków zespołu, i to w jeden weekend. Można powiedzieć, że Kanadyjczycy nie przerwanie od momentu debiutu w 2011 roku nie spuszczają z siebie part. Jest mocno, energicznie, agresywnie i DOBRZE. Grupa postanowiła zadedykować album zamkniętemu nie dawno klubowi muzycznemu This Ain’t Hollywood znajdującemu się w ich mieście. Ów miejsce było nieformalnym domem zespołu oraz sceną dla lokalnych legend gatunku. Co prawda czasy się zmieniają, miejsca przemijają, bandy się rozpadają, ale siła w punku wciąż brzmi ogromna. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

$NOT – Beautiful Havoc. Edy Edouard nie zwalnia tempa. Nie dawno ( 6 marzec 2020) wydał debiutancki krążek „TRAGEDY +„, (którego nazwa brzmi jak jeden z programów socjalnych od partii rządzącej), by pół roku później wypuścić kolejny materiał. To niezwykłe jak przez te sześć miesięcy udało się młodemu raperowi przygotować jeszcze lepszy, dojrzalszy longplay. Urodzony w Nowym Jorku, a obecnie urzędujący w West Palm Beach na Florydzie całkiem nieźle sobie radzi na hip-hopowym rynku. Nie jest to być może odkrycie na miarę Migos czy też Earla Sweatshirta, ale czuć potencjał. Bardzo dobrze chłopakowi zrobił wyjazd na południe, gdyż czuć w jego muzie ten ciepły chillout. Szóstka na zachętę.

Ocena: 3 na 5.

Taco Hemingway – Europa. Przyznam szczerze, że w ostatnim miałem problem z nowymi wydawnictwami Taco Hemingwaya. Trochę za dużo było naśladownictwa zachodnich, trapowych raperów. Nieznośna maniera opatrzona wąsem na tyle spodobała się szerokiej gawędzi, że moje odczucia do warszawiaka szły w zupełnie odwrotną stronę. Na szczęście na „Europie” raper zauważa, że nie jest Kanye Westem i że rap to powinno być coś więcej niż chwalenie się gadżetami i dupami. Nagrany w pandemicznych warunkach album stara się być koncept-albumem o współczesnych czasach z COVIDEM w tle. Wydany kilka dni wcześniej „Jarmark” jest w sumie podobnym stylu i tonie. Wspominam o tym krążku, gdyż „Europa” ukazała się niespełna tydzień po „Jarmarku„… Który z nich jest lepszy? Oceńcie sami. Osobiście rozpatruje obie płyty jako jedną składająca się z dwóch krążków… Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.