Muzyka na wiosenne dni – Premiery muzyczne z kwietnia

Pogoda coraz lepsza, dzień coraz dłuższy a obostrzenia łagodzone. Co w takich warunkach posłuchać nowego? Poniżej najciekawsze muzyczne premiery minionego miesiąca.

Car Seat Headrest – Making a Door Less Open. Nowy album CSH to niestety małe rozczarowanie. Poprzednie krążki grupy takie jak „Twin Fantasy” narobiły mi nadzieję, że o to pojawia się nowa świeżość w indie rocku. Co prawda pojawiła się ona dość mocno, szkoda tylko, że na tak krótko. Chłopaki z Car Seat Headrest nie robią niczego nadzwyczajnego na „Making a Door Less Open” by zachęcić mnie na dłuższe pozostanie z tym materiałem. A szkoda, bo liczyłem na więcej. Ocena: 5/10.

Quebonafide – Romantic Psycho. Strasznie głośno w ostatnim czasie było o Kubusiu Grabowskim. Ci co zaglądają regularnie na bloga i znają mnie osobiście dobrze wiedzą, że ten cały medialny szum, życie osobiste artysty, jego wizerunek i zachowanie NAJMNIEJ mnie interesuje. Najważniejsza jest w tym przypadku jest muzyka i to na niej zawsze się skupiam. Jeżeli chodzi o „Romantic Psycho” to słuchałem tego krążka dość sporo. Z prostej przyczyny – PODOBAŁ MI SIĘ. Uważam, że bardziej komercyjne i popowe oblicze pasuje Panu Quebo. O ile nie podoba mi się rozwój i droga jaką obrał Taco Hemingway, którego gościnne występy na tej płycie to najmniej urocze momenty to sposób na muzykę w stylu Quebo szanuje. Na „Romantic Psycho” jest sporo fajnych momentów i jeżeli tak ma wyglądać rap grany w komercyjnych stacjach, to czemu nie? Ocena: 7/10.

Purity Ring – WOMB. Pamiętam jak swego czasu Purity Ring było mega hajpowane przez niezalowych recenzentów. Od pamiętnego albumu „Shrines” minęło już 8 lat. Co pozostało z tamtych zachwytów? W sumie nie wiele… Kanadyjski duet na swoim najnowszym krążku bazuje na sprawdzonych patentach. Niby grają to samo, ale chyba już nikogo to zbytnio nie rusza. Być może formuła się wyczerpała, a być może byli po prostu przehajpowani. Nie wiem. Prawda jest taka, że „WOMB” przesłuchałem ze 3-4 razy. I nie zaiskrzyło ani razu… Ocena: 4/10

Dua Lipa – Future Nostalgia. 25-letnia Brytyjka to obecnie najlepsza wokalistka pop, którą można słuchać z przyjemnością pomimo tego, że wałkują ją w radiu i telewizji niemiłosiernie. Charakterystyczny, mocny głos plus dobrze wyprodukowane single to gwarancja sukcesu, ale nie tylko. Gdyż zarówno całe „Future Nostalgia” jak i jej debiutancki krążek to mocne, popowe pozycje. Single już znacie, posłuchajcie reszty. Warto. Ocena: 7/10.

Jan-Rapowanie – Uśmiech. Okej Janek wydał płytę wcześniej, ale dopiero teraz jest okazja by o niej napisać. Co by tu powiedzieć? To z pewnością najmniej chwytliwa płyta krakowskiego rapera, ale jednocześnie najbardziej dojrzała. Mówiłem Wam, że po jej wydaniu artysta zrobił sobie przerwę od muzyki? To też dużo mówi o „Uśmiechu„, który jest po prostu kolejnym krokiem w rozwoju rapera. Janek zwierza się jak to jest być w tak młodym wieku gwiazdą hip-hopu i robi to dość przekonywająco. Warto sprawdzić, ale nie liczcie na fajerwerki. Ocena: 6/10.

Thundercat – It Is What It Is. Pamiętam, że „Drunk” z 2017 roku pomimo swoich paru uchybień przypadło mi do gustu. Dlatego też dałem szansę najnowszej płycie Stephena Lee Brunera. I w sumie nie odczuwam większych emocji myśląc o tym wydawnictwie. Nie jest to ani zły album, ani dobry. Klasyczne 5/10.

Łona i Webber – Śpiewnik Domowy. Odpalając sobie na Spotify „Śpiewnik Domowy” przesłuchałem przy okazji resztę płyt Łony. I wiecie co? Im dłużej słuchałem tym lepsze kawałki leciały. Szczeciński rap duet zalicza niestety równię pochyłą, gdyż w sumie ostatnia płyta, która mi się od nich podobała to „Cztery i Pół” (A premiera tego krążka miała miejsce 9 lat temu…). Nie mówię, że to zła muzyczna pozycja bo szanuję Łonę, jego teksty i to, że nie napierdala na ałtotjunie…. Tylko zaczyna mi już nieco przeszkadzać zbyt wyniosła maniera jego stylu rapowania a beaty Webbera już nie są tak innowacyjne jak niegdyś. Ocena: 5/10.

Muzyka na kwarantannę – premiery z marca

Przed nami kolejna porcja najciekawszych moim zdaniem muzycznych premier minionego miesiąca.

Caribou – Suddenly. Mało brakowało a Daniel Victor Snaith, znany szerzej jako Caribou załapał by się na osobny tekst o płycie na blogu. W końcu jego najnowsze „Suddenly” to rzecz niebywała. Czemu? Gdyż na taką płytę czekałem 10 lat! Czyli całą dekadę. Ostatni raz mnie urzekł na „Swim” z 2010 roku, gdyż wydana cztery lata później „Our Love” nie przypadł mi do gustu. Już się bałem, że słuch o nim zaginął a tu taka heca. „Suddenly” to cały zestaw tego co najlepsze w Caribou. Jest trochę mrocznie i trochę tanecznie. Jest przejrzyście i mgliście zarazem. To co? Widzimy się w tym roku na Offie?! Ocena: 8/10.

Artur Rojek – Kundel. Może to i fajnie, że Artur Rojek wrócił. Nie powiem, ucieszyłem się na wieść o tej płycie. W końcu wałkowałem Myslovitz za czasów Rojasa nieustannie a i jego debiutancki solowy album też mi się podobał. Poza tym mam na półce jego wywiad rzekę „Inaczej”, odwiedzam chętnie Off Festival (Mimo, że łachudry szczypią się z akredytacjami) a Lenny Valentino to zrobiłbym nawet ołtarzyk. Lubię typa, ale nie rozumiem tej nowej płyty. Czuje, że nie jest dla mnie. Przesłuchałem ją ze pięć razy i ani razu mnie nie urzekła. Jest dla mnie zbyt bezpieczna, zbyt ogólna, zbyt dla każdego. A chyba nie tego oczekuje od kolesia, który zaraził mnie muzyką alternatywną. Brakuje mi tutaj eksperymentowania i próbowania czegoś innego jednak. Dodatkowo jak usłyszałem jak Rojek śpiewa po niemiecku to już wiedziałem, żeby uciekać. Ocena: 3/10.

Best Coast – Always  Tomorrow. Liczyłem na trochę więcej słońca od Best Coast. W końcu ta pogoda jest ostatnio taka różna. Lubię ich muzykę, dla mnie Bethany Cosentino to taka damska wersja Nathana Williamsa. Kalifornia, słońce, alkohol i niezobowiązujące lo-fi. Niestety „Always Tomorrow” nie spełnia tych wymagań w całości. Jest Ok, ale raczej nie będę wracać do tego krążka. Ocena: 5/10

Soccer Mommy – color theory. Piłkarska mamuśka urzekła mnie już na ostatni swoim krążku „Clean” z 2018 roku. Mimo, że podczas koncertu na Offie nie porwała mnie do szaleństwa to dałem nowemu wydawnictwu szansę. I wiecie co? Warto! To zdecydowanie jej najlepszy album. „color theory” to ładnie brzmiący zestaw uroczych piosenek z kategorii pop-rocka, indie i lo-fi. Ocena: 7/10.

U.S. Girls – Heavy Light. Ten album to moje osobiste odkrycie minionego miesiąca. Na „Heavy Light” mamy wszystko: ładnie brzmiące kompozycje, chwytliwe piosenki i wiele smakowitych odwołań do klasyki. Przykład? Nie trzeba wysiłku by znaleźć tutaj wiele wspólnego z pierwszymi płytami Madonny, teatralności Davida Bowie czy też z najlepszymi krążkami Blondie. Poza klasyką można tutaj doszukać się nowszych nawiązań jak chociażby do Lykke Li, Arcade Fire czy też Bat For Lashes. Pop ładnie tutaj łączy się z alternatywą, a bogactwo brzmienia zachwyca. Już otwierający całość „4 American Dollars” daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Do moich faworytów dołączam także niesamowite „And Yet It Moves/Y Se Mueve„, momentami psychodeliczne „Born To Lose” czy też „Woodstock ’99”. To jedna z tych płyt, którą warto znać. Ocena: 9/10.

Porridge Radio – Every Bad. Nie słyszałem pierwszego krążka Porridge Radio, jednak po przychylnych recenzjach postanowiłem sprawdzić „Every Bad„. Nie jest to płyta zła, ale też nie wybitna. Nie wiele mi zostało w głowie po pierwszym odsłuchu. Znacznie lepiej było za drugiem razem (Dlatego też podnoszę nieco ocenę tej płycie). Są tutaj całkiem ciekawe momenty, ale chyba nie na tyle by wałkować ten album dniami i nocami. Warto sprawdzić i ocenić samemu. Ocena: 6/10.

Dogleg – Melee. Na pierwszy rzut „ucha” płyta wydaje się fajna. Taka energiczna, gitarowa albo jak to piszą w Teraz Rocku „Z PAZUREM” (HEHE). Dla fana takiego jak JA, czyli lubiącego Wavves, Cloud Nothings i ogólnie nieco bardziej punkowe oblicze lo-fi i indie rocka powinna to być gratka. Jest tylko jedno ALE. Nie mam za bardzo chemii z tym albumem. W sensie cały czas wydaje mi się – „ALE TO JUŻ PRZECIEŻ BYŁO!”. Niby wszystko jest OK, ale bez fajerwerków. Albo to może po prostu kwestia MNIE. I chyba nie jest to mój moment na tego typu muzykę. Czas pokaże. Póki co daję: 5/10. ELO.

Coals – docusoap. Przyznam szczerze, że wyczekiwałem tej płyty dość mocno. Zwłaszcza, że single promujące były na prawdę mocarne. Przecież „Pearls” to świetna podróż do lat 90 a „Sleepwalker” to już w ogóle jakiś ODJAZD. Takie kawałki, które jednocześnie są i nie są hip-hopowe robili przecież Purity Rings czy też James Blake. I od tych kawałków zaczyna się „docusoap” i kiedy człowiek myśli co będzie dalej? To wtedy zderza się ze ścianą, gdyż Coals idzie w zupełnie inną stronę. Płyta nie jest zła, ale spodziewałem się większego WOW. Niestety tak zadziałały wybitne single, które mocno odróżniają się od reszty utworów. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to płyta zła. Ba, powiedziałbym, że bardzo dobra. W końcu, mało się dzieje ostatnio na polskiej scenie niezależnej a duet Katarzyny Kowalczyk i Łukasza Rozmysłowskiego robi bardzo dobrą robotę. Jednak przygotujcie się na to, że będzie to zupełnie inna dawka muzyczna niż to co słyszeliście od nich w ostatnim czasie. Ocena: 7/10.

Grimes wraca na swoją planetę – recenzja „Miss Anthropocene”

Claire Boucher, znana szerzej jako Grimes wydała właśnie swój piąty album studyjny „Miss Anthropocene” i zarazem zapowiedziała, że to jej ostatni ziemski krążek… Czyżby artystka planowała ze swoim lubym Elonem Muskiem podróż w kosmos i nagrywanie muzyki z odległości tysiąca kilometrów? Nie zdziwiłbym się, gdyby faktycznie tak było.

Z resztą kanadyjka od początku była taką trochę muzyczną kosmitką. Jej poprzednie albumy z „Visions” oraz „Art Angels” na czele udowadniają tę tezę. Nikt chyba tak nie kombinował, eksperymentował i udziwniał swojej muzyki, tak jak ona. Jej muzyczne szpagaty i wygibasy doszły do tego pułapu, że artystka wypracowała swój oryginalny i rozpoznawalny styl. I jest to zdecydowanie zaleta, która przekłada się na poziom jej najnowszej propozycji jaką jest longplay „Miss Anthropocene”.

Piąty w kolekcji album to kolejna porcja futurystycznego, cyberpunkowego, nieco apokaliptycznego popu. Znajdziemy tutaj wiele ciekawych rzeczy. Od mocno radiowo -popowego  „Delete Forever„, które śmiało mogłaby śpiewać Taylor Swift, przez zabawy z j-popem w „Idoru” kończąc na mrocznym ambiencie w „Before The Fever” oraz „Darkseid„. W „We Appreciate Power” kanadyjka używa ostrzejszego, gitarowego brzmienia, ale potrafi być także bardziej melodyjna tak jak w „My Name Is Dark„. Grimes po raz kolejny cieszy ucho swoim charakterystycznym głosem, szczególnie przekonamy się o tym wsłuchując się tanecznego „Violence„. Świetnie się słucha także drum’n’basowego „4ÆM”, które znalazło się jako soundtrack do gry „Cyberpunk 77„.

Pod względem lirycznym płyta ta świetnie się odnajduje w chwili obecnej, gdzie praktycznie wszyscy żyją pandemią COVID-19. Artystka porusza apokaliptyczne i futurystyczne wizje świata. Ginąca cywilizacja czy też sztuczna inteligencja idealnie wpisują się w muzyczne tło. Mieszanka ta tworzy niezwykły, konceptualny album. Przyznaje, że „Miss Anthropocene” nie jest może płytą, która porywa od początku. W moim przypadku zaiskrzyło przy drugi-trzecim odsłuchu. Nie jest to też muzyka łatwa, gdyż momentami Grimes mocno zapędza się w dziwne rejony, które mogą być odrzucające dla zwykłego, niedzielnego słuchacza. Z drugiej jednak strony jest tutaj taka mieszanka gatunków, że chyba każdy znajdzie na tej płycie coś dla siebie. Ocena: 8/10.