Polityka, religia, kwestie rasowe i rozstępy na tyłku – kilka zdań o „DAMN” Kendricka Lamara

Kendrick Lamar – nazwisko dobrze znane każdemu, kto zagląda na mojego bloga regularnie. Zarówno „Good Kid, M.A.A,D City” jak „To Pimp A Butterfly” doczekały się miana albumu roku. Ten drugi dostał nawet ode mnie dyszkę, co zdarza się niezwykle rzadko. Co prawda raper niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu w swoich gościnnych występach (bo jak inaczej nazwać jego zwrotki w TYM i TYM), jednak kiedy wydaje swój album to robi to z klasą. Nie inaczej jest w przypadku „DAMN

Kendrick jest w ostatnim czasie dość płodnym artystą. Jeszcze nie opadł kurz po jego głośnym „To Pimp A Butterfly” a już pojawił się na obłędnym poziomie zapis jego nagrań „Untitled Unmastered„. Poza tym raper regularnie pojawiał się na nagraniach innych. Mowa tu o m.in. nowej płycie Thundercata, Beyonce, Sia, Taylor Swift, Flying Lotusa i wielu, wielu innych. Dlatego też informacja o tym, że planuje nowy album w tym roku była dla mnie dość niespodziewana i szokująca.

Jak się po raz kolejny okazało Kednrick Lamar rządzi i króluje. Raper osiągnął szybkość wydawania płyt znaną dla Drake’a, jednak poziom jego produkcji jest wprost PERFEKCYJNY. „DAMN” zaczyna się niepozornie. Otwierający całość „BLOOD” brzmi dość filmowo. Lamar spokojnym głosem opowiada jak spotyka na ulicy niewidomą kobietę, której coś wypadło. Postanawia jej pomóc, po czym ona do niego strzela. Mocna rzecz. Następnie wkracza oparte na konkretnym beacie „DNA„. Kendrick rzuca w tym kawałku sporo spostrzeżeń na swoją czarną naturę. Takie zwrotki jak: „I got power, poison, pain and joy inside my DNA” oraz „This is why I say that hip hop has done more damage to young African Americans than racism in recent years” są dość wymowne.

Następny „YAH” raper przyznaje, że nie interesuje go robienie polityki ani mieszanie się w religię. Co akurat jest bzdurą, bo „Damn” jest aż naszpikowane od kwseti politycznych i nawiązań religijnych. Sama nazwa „Yah” o tym świadczy, gdyż odwołuje się do Yahweh – imienia Boga. Czwarty w zestawie „ELEMENT” stoi na wysokim poziomie produkcyjnym. Jednak to nic dziwnego, skoro na liście osób związanych z tym utworem znajduje się James Blake. Kolejny w zestawie „FEEL” to zestaw negatywnych uczuć Kendricka. Raper rzuca: „I feel like all of y’all is desperate” czy też „I feel like friends been overrated„, po czym dodaje, że nikt za niego się nie modli. w „LOYALTY” swój gościnny występ ma Rihanna. Piosenkarka po raz pierwszy nagrała kawałek z Kendrickiem Lamarem, Drake na pewno był zazdrosny.

w „PRIDE” powolne tempo podkładu może usypiać, jednak już w kolejnym singlowym „HUMBLE” dostajemy petardę prosto w twarz. Świetny, przywołujący na myśl lata 90 beat miesza się tutaj z kapitalną nawijką rapera. No i te perełki w stylu: „I’m so fuckin’ sick and tired of the Photoshop / Show me somethin’ natural like afro on Richard Pryor„. Przybijam piątkę i puszczam ten utwór na pełen FULL.

Sporo kontrowersji sprawił utwór „XXX„, gdzie gościnny występ ma U2. Dla fanów irlandzkiej grupy rockowej był to policzek by gościnnie występować na JAKIMŚ TAM RAP ALBUMIE. Jednak trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że tylko dla tej najbardziej betonowej i zacofanej części fanów. Historia mieszania się rocka z rapem sięga lat 80, kiedy to RUN/DMC nagrywało kawałek „Walk This Way” z Aerosmith. A po drodze było wiele, wiele mieszanych produkcji,że trzeba być retardem by przegapić którąkolwiek w 2017 roku! Z drugiej natomiast strony fani Lamara martwili się o poziom albumu, skoro na ma na nim występować Bono, który już od bardzo dawna nie nagrał niczego dobrego. Jak wyszła wspólna produkcja? Trudno ocenić. Kawałek „XXX” to mieszanka różnych brzmień. Lamar miesza tutaj scratche wyjęte niczym z przełomu lat 80 i 90, i dodaje elementy surowości znane z „Yeezusa” Kanye Westa. Na końcu pojawia się Bono, który śpiewa: „It’s not a place / This country is to me a sound of drum and bass / You close your eyes to look around„. Jest to zbyt krótki i abstrakcyjny moment na płycie by go oceniać pozytywnie, czy też negatywnie. Po prostu jest.

Końcówka płyty podoba mi się najbardziej. „FEAR” charakteryzuje ciekawy, lekko senny beat. Jest to jeden z tych kawałków, które w jakiś sposób zapadają w pamięci. Z resztą nic dziwnego, utwór trwa ponad 7 minut! W „GOD” Lamar trochę bawi się w The Wekeend i robienie R’n’B. Niestety z miernym skutkiem, gdyż to kompletnie nie ta estetyka. Całość kończy rewelacyjne „DUCKWORTH„, które spokojnie załapałoby się na poprzednie płyty Lamara.

Najczęstsze zarzuty jakie przywołują recenzenci to brak spójności na albumie i gorsza produkcja. Niestety, muszę się z tym zgodzić. Faktycznie „DAMN” nie jest tak spójne jak chociażby „To Pimp A Butterfly” czy też „Good Kid, M.A.D. City„. Czuć to zwłaszcza gdy słuchamy takich kawałków jak „GOD” czy też „XXX„. Zupełnie nie wiem jaka koncepcja siedziała w głowie Kendricka Lamara. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry album. Nie zgodzę się z zdaniem, że ten krążek nie był potrzebny. Może, nie był potrzebny w takiej formie. Jednak nowe wydawnictwo Lamara to obecnie duże wydarzenie, i tego się trzymajmy. To raper nietuzinkowy, który wie CO i JAK. I po raz kolejny udowodnił, że robi to bardzo dobrze. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Niekulturalni Amigos

No nie wiem. Niekulturalnie, niegrzecznie i dość grubiańsko jest wpieprzać się z co najwyżej przyzwoitym albumem po miano BEST LONGPLAY AD 2017. A to właśnie robią chłopaki z Migos z ich tegorocznym „Culture”. Szczerze? Ten krążek spokojnie może walczyć o miano overhype’u dekady! Wierzcie mi, sprawdziłem to. Na tym krążku nie ma absolutnie niczego, co mogłoby sugerować, że będzie to TOP10.

Początkowo sądziłem, że wypowiem się o tym albumie pozytywnie. W końcu, tyle dobrego się o nim naczytałem. Jednak nie dało rady. Dałem „Culture” duuuużo czasu. Wałkowałem ten krążek do oporu. Nie przemówił do mnie wcale. Nie potrafię znaleźć żadnego argumentu by go zachwalać jak pozostali recenzenci. Zajebisty flow? Bitch please, każdy głos puszczony przez syntezator będzie dobrze brzmieć na tle trapowego beata. Różnorodność muzyczna? Inspiracje może i były inne, całość jednak zlewa się w jedną papkę. Teksty? Dziwki trzęsące dupą w basenie… Hmmm, tego chyba jeszcze nie było?

Problemem też nie jest gatunek. Jaram się rapsami od tego czarnego po rodzimego. Po prostu czuje w tym wszystkim przesyt totalnie WSZYSTKIEGO co mnie wkurwiało w hip-hopie nowej generacji.

Jednak nie mogę demonizować tego albumu w 100 procentach. Jak Kamil Glik po przejściu do Monaco zwiększył swój piłkarski poziom o 23 procent, tak i „Culture” W paru procentach jest OK. Po prostu dałem upust mojemu rozczarowaniu co do oceny tego krążka. Doceniam „Slippery” czy też „Bad And Boujee„. No i generalnie nie mogę powiedzieć, że to totalne gówno (w złego tego słowa znaczeniu).

Podsumowując „Culture” Migos nie porwało mnie. Jest to album dla mnie wtórny, przeciętny i przehajpowany. Jak ktoś chce, może sprawdzić. Czemu nie? Czasu raczej nie straci, ale czy aż tak bardzo warto? Dla mnie nie. Ocena: 5/10.

Run The Jewels po raz trzeci

run-the-jewelsRun The Jewels podwajają się i potrajają by zachwycić swoich fanów. Ich najnowszy, trzeci już krążek nazwany po prostu „RTJ3” został wrzucony do sieci w Wigilię bez wcześniejszej zapowiedzi. I to za friko! Niezły prezent od Killer Mike’a i El-P, co nie? Ponadto premierze towarzyszyły śmieszne filmiki w internecie w których raperzy ironizowali premierę krążka. Niby to już wszystko było, bo darmowe udostępnianie albumów zaczęło się od pamiętnego krążka Radiohead „In Rainbows” a niezapowiedzianych premier płyt też już mieliśmy ostatnio sporo – to jednak takie akcje zawsze mają pozytywny wydźwięk. Szkoda tylko, że zawartość „RTJ3” już takiego pozytywnego wydźwięku nie ma.

Na pozór wszystko wygląda dobrze. EL-P ponownie przyłożył się do stworzenia mocnych, ciekawych i elektronicznych beatów natomiast Killer Mike niczym karabin wyrzuca z siebie zwrotki jak pociski. Tematyka? Nie wiele się zmieniło. Górują tematy polityczno – społeczne o niedoli czarnoskórych obywateli. Krążek zaczyna się od tego, że Killer Mike wyraża nadzieje, że nie będzie musiał wracać do handlowania drugami. W następnym utworze „Talk To Me” Mike zamienia się w rapowego terrorystę i rzuca: „Born Black, That’s dead on arrival / My job is fight gor survival„.  W „2100” pojawiają się bardziej globalne przemyślenia typu: „How long before the hate that we hold /
Lead us to another Holocaust?” czy też „It’s too clear, nuclear’s too near„. Na całym krążku jest więcej takich perełek, ale to nie jedyna tematyka albumu. Pojawiają się kwestie „LEGENDARYZMU” ich muzyki w „Legend Has It„, hajsu w „Stay Gold” czy też śmierci ziomków w „Thursday in the Danger Room„.

rtj3Pod względem technicznym nie mam absolutnie nic do zarzucenia „RTJ3„. Historię opowiadane przez Killer Mike brzmią prawdziwie, a sposób w jaki je wygłasza wzbudza szacunek. Czarnoskóry raper z „lekką” nadwagą śmiało może walczyć o fotel prezydenta USA. EL-P ponownie zrobił dobry kawał muzyki, szczególnie do gustu przypadł mi mroczny „2100” z fajną gitarką w środku. Ponadto na wyróżnienie zasługują: „Everybody Stay Calm” oraz energiczne „Panther Like A Panther„. Skoro wymieniłem już tyle plusów, to co w tym albumie jest nie tak? Sprawa jest prosta. Pomału czuć wypalenie formuły. Ten album nie oddziałuje na mnie tak samo jak dwa poprzednie. Pierwsza wersja „RTJ” brzmiała surowo, trochę chaotycznie i wyglądała na brudnopis z zajebistymi pomysłami, które zostały w pełni rozwinięte na „RTJ2„. W tych albumach było to „coś”, co wywoływało wypieki na twarzy i szybsze bicie serca. Na trójce to „coś” pojawia się tylko momentami, i tego mi chyba najbardziej brakuje.

Podsumowując Killer Mike i El-P wydają dość dobry, przyzwoity album. Jednak formuła Run The Jewels pomału się wypala. Pytanie co zrobią z tym raperzy? Mam nadzieję, że przy następnym albumie znajdą rozwiązanie. Ocena: 6/10.