Legendarny OFF znowu daje radę – relacja z OFF Festival 2026

Jeśli dobrze liczę to był mój już 12 Off w karierze. Zaczęło się jeszcze w czasach licealnych, rok 2008 Mysłowice. Kilka dni po tym jak pozbyłem się gipsu z nogi wyruszyłem do miasta Artura Rojka. Było pięknie, spełniłem swoje muzyczne marzenia oglądając na żywo ukochaną Menomenę, Mogwai, Caribou czy też of Montreal. Mimo spuchniętej kostki i bólu narodziło się niezwykłe uczucie, które trwa do dziś.

Tegoroczna edycja była dla mnie wyjątkowa z tego względu, że po ponad 11 latach pojawiam się na niej z akredytacją medialną. Nigdy nie traciłem nadziei i cierpliwości i co roku wysłałem wniosek akredytacyjny, aż w końcu w tym roku otrzymałem pozytywne wieści od organizatora. W odwrotnym kursie niestety wylądował TNMK, który w tym roku nie przewidział żadnych akredytacji (Tauronie wstydź się!). W związku z żółtą opaską pojawiłem się w Dolinie Trzech Stawów na całe trzy dni, a nie jak to planowałem wcześniej tylko na niedzielę. Jak się bawiłem i co zobaczyłem? O tym poniżej.

Dzień I

Dzień pierwszy rozpocząłem od wizyty na Scenie Eksperymentalnej. Swoją drogą, ów scena przeważnie była najmniej przeze mnie uczęszczaną na Offie, a w tym roku wyjątkowo często na niej gościłem. Ma tylko jeden poważny minus. Jest stanowczo za mała, do tego co oferuje. Koncerty tam są niepowtarzalne, a tłum nie potrafi się tam zmieścić. Co gorsza stojąc na zewnątrz namiotu nie jesteśmy w stanie zobaczyć co dzieje się na scenie. Tutaj koniecznie przydałaby się zmiana. Wrócmy jednak do artysty, który tego dnia dał niepowtarzalny występ. Joshua Idehen, Brytyjczyk o nigeryjskich korzeniach to chodzący wulkan energii, który zaraził widownię swoim pozytywnym vibem. Była to idealna rozgrzewka przed całym Offem. Występujący w tym czasie na Scenie Orlen Tercet Imperial udowodnił, że polski folk to niekończące się źródło muzycznych inspiracji. Te mazurki mocno dawały radę. Grająca w namiocie Trójki Celine Dessberg stanowiła spokojne tło do chillowania na łące. Po nieco wydłużonej przerwie na nawodnienie pojawiłem się pod sceną Leśną by zobaczyć na żywo rapera Earla Sweatshirta. Gość ma niepowtarzalny styl i całą masę dobrego rapowego materiału, takiego w starym stylu. Posłuchajcie takich albumów jak „Doris” czy też „Some Rap Songs” to dowiecie się, że tam nie ma żadnego autotune’a ani discopolowych beatów. Generalnie Earl dał radę, jednak jeżeli ktoś oczekiwał fajerwerków to mógł się rozczarować. Te widzom zapewnili chłopaki z Flaming Lips, ale o nich za chwilę. Na moment pojawiłem się w Namiocie Trójki by pobawić się do DJ setu The Dare. Niektórzy narzekali, że momentami była zamuła. Tego nie wiem, bo te pół godziny, które tam byłem to była miazga. Świetna zabawa i dobry dobór utworów. Chciałem zostać dłużej, ale nie mogłem sobie odmówić show Flaming Lips. Widziałem ich w 2010 roku, był to jeden z najlepszych koncertów na którym byłem, dlatego postanowiłem sprawdzić formę Wayne’a Coyne’a. A ta była nieziemska. Gość ma jakieś ADHD. Co chwilę w ruchu, co chwilę z nowym gadżetem. Było wszystkiego dużo. Konfetti, wielkie dmuchane roboty, śpiewanie z kuli itd. No, ale muzycznie się obronili. Świetnie na żywo zabrzmiała płyta „Yoshimi Battles the Pink Robots„. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiło odegranie coveru Black Sabbath utwory „War Pigs„. Flaming Lips to jednak gwarancja rozrywki i dobrej muzyki. Mocno hajpowani Los Thutanaka nieco mnie znudzili, nie porwało mnie również HTRK, dlatego też wróciłem do domu by łapać siłę na kolejne dni festiwalu.

Dzień II

Sobotni dzień Offa na papierze wyglądał dla mnie najmniej atrakcyjnie. W przeciwieństwie do widowni, gdyż drugi dzień offa miał największą frekwencję i jako jedyny się wyprzedał. Powód dość prosty, artyści skierowani do młodszego widza, którym niestety albo stety już nie jestem. Po nocnym skurczu nogi nie miałem sił by pojawić się na występie mysłowickiego rapera Drabusheyka. Zobaczyłem natomiast Ludzi Wschodu wykonywający legendarną już płytę zespołu Siekiera „Nowa Aleksandria„. O tym jak ważna to jest płyta dla punk rocka to temat na osobny wpis, trzeba jednak przyznać, że projekt Ludzie Wschodu kapitalnie odegrał ten materiał. Dużym dla mnie zaskoczeniem okazała się polska grupa Mlecze, grająca lekki i przyjemny indie pop przy zachodzącym słońcu na Scenie Głównej. Ponownie przedłużyła mi się przerwa na nawodnienie w efekcie czego przegapiłem występ Chat Pile… Na szczęście nie zabrakło mnie na Scenie Leśnej, gdzie śpiewała francuska Oklou. Jej zeszłoroczna płyta „Choke Enough” to klimatyczny i przyjemny dla ucha materiał. Tak też było w Katowicach. 33-letnia artystka dała niepowtarzalny koncert, który przez wielu został uznany za jeden z najlepszych minionej edycji OFF Festivalu. Francuska trochę snuła się po scenie, trochę huśtała na huśtawce. Kamera jej towarzyszyła nieustanie, czego efektem telebimowy obraz przypominał teledysk. Miało to jednak klimat i na prawdę wciągało. Zawiódł mnie headliner jakim był duet raperów Yung Lean i Bladee. Było dużo ognia i dymu, ale też i autotune’a. Niestety nie jestem drainerem, dlatego też dużo ciekawszą opcją był występ pakistańskiego DAM. Muzyka żywiołowa, taneczna, orientalna wchodząca momentami w funk i disco. Ważne było także przesłanie, gdyż grupa opowiada o trudnym życiu w ich państwie. Wcześniej zamówiony Uber uniemożliwił mi pojawienie się na pozostałych koncertach.

Dzień III

Niedziela dzień święty na papierze zapowiadał się dla mnie najlepiej. Tym razem bez szaleństw pojawiłem się w Katowicach już o 16, by zobaczyć przełożoną z soboty grupę Wednesday. Pomimo bardzo wczesnej pory, amerykanie dali czadu. Słuchałem przed Offem zeszłorocznego „Bleeds” oraz „Rat Saw God” i są to dobre płtyt, ale na żywo zespół z Północnej Karoliny brzmi jeszcze bardziej efektownie. A wszystko za sprawą charyzmatycznej wokalistki Karly Hartzman, która robiła wszystko by nikt nie tęsknił za MJ Lendermanem. Rzucone na start „FUCK ICE AND FREE PALESTINE” już oddawało ducha tego koncertu. Tłum szalał przy „Wound Up Here (By Holdin On), „Townies” czy też „Reality TV Argument Bleeds„, nawet wczesna dość upalna pora nie przeszkadzała. Następnie sprawdziłem projekt Współgłosy, który zaangażował grupę niepełnosprawnych jako wokalistów do swojego projektu. Powiedzcie mi kiedy ostatni raz widzieliście by na jakimkolwiek festiwalu ludzie tańczyli walca? Taki to właśnie był występ! Było uroczo i zarazem chwytliwie. Było inaczej, a taki właśnie ma być OFF Festival. Wizyty na Scenie Eksperymentalnej dostarczyła mi kolejnego odkrycia. Mowa o grupie Getdown Services. Okazuje się, że Anglicy mają swoją własną wersję grupy Wczasy. Duet Ben Sadler i Josh Law przy perkusji z automatu i gitary dali niezwykle charyzmatyczny oraz humorystyczny występ. Chłopaki szybko pozbyli się odzieży i mocno spoceni mieli świetny ubaw z występu przed katowicką publicznością. Ileż było w tym polotu i finezji! Po powrocie do domu pierwsze co odpaliłem to właśnie ich ostatnią płytę. Nie zawiódł Johnny Marr (W odróżnieniu od foszastego Morriseya). Jeżeli komuś brakuje twórczości The Smiths, to powinien koniecznie zobaczyć na żywo Marra. Anglik był wręcz cudowny, a odegrane na żywo klasyki The Smiths „This Charming Man„, „There Is a Light That Never Goes Out” czy też „Please, Please, Please Let Me Get What I Want” tylko tą tezę udowadniają. Nie zabrakło również coverów z klasykiem od Iggy’ego Popa „The Passenger„. Zdziwiło mnie, że Marr nie był headlinerem Offa, ale w sumie konkurencja była mocno i to tylko pokazuje wysoki poziom tegorocznej edycji. Kolejnym moim odkryciem był występ Nu Genea. Ileż tam było dobrej zabawy na Scenie Leśnej (Ups, Sorry Scenie Orlen). Zespół świetnie odgrywał taneczne kawałki a trzy urocze Panie raczyły nas tańcem i śpiewem.

@paweuu.alternativ

Kilka migawek, kilka wspomnień z minionego Off Festivalu w Katowicach. To była jedna z lepszych edycji na jakich byłem! Headlinerzy nie zawiedli i poznałem wiele nowej, dobrej muzyki! Czekam z niecierpliwością na kolejną edycję. Pełna relacja na moim blogu: paweuu.com #off #offfestival #katowice #bladee #deafheaven

♬ Golden Hour – Balcony Sunrise

Osobny akapit należy zostawić dla najważniejszego zespołu całej imprezy. Dla mnie nim był Deafheaven. Grupa z San Francisco powróciła do Polski po dwóch latach, a na Offa po dwunastu. Do pory koncertu Offa, udało mi się zobaczyć ich na żywo tylko raz. I w dodatku jako support przed Knocked Loose. Czekałem jednak na coś intensywniejszego i dłuższego przede wszystkim. Na szczęście doczekałem się. Grupa akurat promuje swój zeszłoroczny krążek: „Lonely People With Power”. Dlatego też setlista składała się głównie z utworów z tej płyty takich jak: „Doberman„,”Magnolia” czy zagrana na końcu „Winona„. Nie zabrakło starszych utworów takich jak: „Sunbather„, „Brought to the Water” czy też już klasycznego „Dream House”. Powiedzieć, że był to najlepszy koncert tego festiwalu to jakby nic nie powiedzieć. Wiem, że mogę nie brzmieć obiektywnie, bo kocham George’a Clarke’a i spółkę ponad wszystkie zespoły. Jednak zwróćcie uwagę na ich brzmienie, które było wręcz perfekcyjne! Kolesie poza tym z ogromem energii i zaangażowaniem technicznie zmietli wszystkich. Świetny kontakt z publiką, która została z marszu porwana do skakania (do tej pory nie potrafię doczyścić butów z kurzu). No i dobór utworów. Jasne, brakowało mi czegoś z mojego ukochanego „Ordinary Corrupt Human Love„, ale nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza, że ich setlista zawsze będzie wąska z racji długości utworów. Nie mniej ten koncert zachwycał, porywał i wzruszał. Niby bardzo mocne brzmienie, ale jak bardzo przejmujące. Za to kocham Deafheaven. No i świetnie, że udało mi się dorwać chłopaków do wspólnej foty i podpisania płyty. Emocje były tak wielkie, że słuchając grającego na scenie Sunny Day Real Eastate jeszcze do siebie dochodziłem. A szkoda, bo to również był wybitny koncert. Niedziela była niesamowita!

Podsumowując, OFF Festival 2026 to jedna z lepszych edycji, którą udało mi się zobaczyć. Te koncerty, które chciałem zobaczyć nie zawiodły a przede wszystkim poznałem dużo nowej, świetnej muzyki a o to chyba w tej imprezie chodzi? Miło spędziłem czas na terenie festiwalu, spotkałem wielu starych znajomych i oddałem się muzycznym emocjom w pełni. Fajnie, że pojawiła się ta platforma z miejscami siedzącymi przy Scenie Głównej i spoko, że toalety już nie są zwykłym plastkiowym tojem. Mam nadzieję, że widzimy się za rok!

Co tam głośniki grają – Przegląd płyt z ostatnich miesięcy

Nie był to mój najlepszy okres jeżeli chodzi o przesłuchane nowe wydawnictwa muzyczne. Jeżeli czegoś słucham, to mojej giga playlisty z paroma dniami muzyki, która najlepiej sprawdza się podczas budowania domu. Nie mniej udało mi się sprawdzić parę nowości, o których dowiecie się z poniżej zbiorowej recenzji.

Wednesday – Rat Saw God. Dobry indie rock w cenie. Zawsze to powtarzam. To także mój mały rytuał by raz rocznie wygrzebać coś świeżego z tego gatunku. Padło na band z miejscowości Asheville z stanu Karolina Północna. Mimo, że to piąty album grupy to brzmi jak debiut. Wednesday udało się wykrzesać prawidłową energię i świeżość, by nie być w zasadzie kolejnym zamulającym indie rockowym zespolikiem. Ich tematyka może nie jest oryginalna, bo wokalistka Karly Hartzman śpiewa o typowych sprawach dla małomiejskiej społeczności a w ostre gitarowe riffy włamują się czasami elementy typowego amerykańskie folku kojarzonej z tamtejszym zadupiem. Czy szczur zobaczył Boga? Tego nie wiem, ale mogę Wam polecić ten krążek. Bo jest w dechę. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Andre 3000 – New Blue Sun. To była jedna z tych płyt, która mnie totalnie zaskoczyła w tym roku. Odpalając ją byłem spragniony fajnego, odkrywczego rapu. Bo wiecie, Andre3000 to w końcu członek legendarnej grupy OutKast, która poza singlem „Hey Ya!” wydała wiele legendarnych rapsztosów jak chociażby album „Stankonia” czy też „ATLiens„. Jak wielkie moje było zaskoczenie gdy otrzymałem spokojną, nieco medytacyjną muzykę instrumentalną. No, ale tytuł pierwszego utworu to wszystko bardzo ładnie tłumaczy: „I Swear, I Really Wanted to Make A „Rap” Album But This Is Literally the Way the Wind Blew Me This Time„. I tak otrzymujemy ambientową podróż, która trwa prawie tyle samo co piłkarski mecz. Jest momentami dziwnie, a czasami zaskakująco fajnie. Uwierzcie, że idzie się odprężyć przy tym zestawie i warto mu dać szansę, bo to dobra muzyka jest. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Travis Scott – Utopia. O tym, że nie jestem wielkim fanem Travisa Scotta oraz samego nowego wydania trapu wiecie już pewnie z moich wcześniejszych recenzji. Dlatego też z wielką rezerwą podchodziłem do najnowszego krążka rapera z Houston w stanie Teksas. Okazało się, że „Utopia” dość konkretnie mi spasowała. Nie wiem ile w tym zasługi seansu serialu „Your Honor„, gdzie dość często słychać trapy. Jednak słyszę, że Scott się wyrobił i nie jest to typowe rapowe pizganie jak w „Astroworld” czy przynudzanie w stylu Migos. Dobrze, że nie przekreśliłem całkowicie chłopa bo zaczął nagrywać porządną muzykę, która już nie okapuje z każdej strony auto-tunem podkręconym na kurwa milion. Pytanie tylko, czy to ja jestem zacofany i się nie znam, skoro doceniam jego najmniej doceniony przez resztę album? Najlepiej posłuchać samem i wyrobić swoje własne zdanie. Ode mnie ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Drake – For All The Dogs. Z Aubreyem Grahamem łączy mnie specyficzny więź. Wielbię jego twórczość i nienawidzę jednocześnie. Jego najnowsza płyta „For All The Dogs” brzmi identycznie jak jego 5-6 ostatnich albumów i tak samo jak jego kolejne trzy krążki, które pewnie ukażą się w przyszłym roku. Nie słyszałem ich (Bo ich jeszcze nie ma!), ale już teraz wiem, że to będzie to samo. A skąd to wiem? Bo Drake już od paru lat gra jak zacięta płyta. Jestem w stanie rozróżnić utwory z jego pierwszych albumów do „Views„. Reszta zlewa się w jedną papkę. Ale wiecie co? To jest na tyle dobre, że wciąż to słucham i doceniam. I będę pewnie dalej to robił. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Dystymia – Wszystko zostało już powiedziane. Czy wszystko już zostało powiedziane? Powiem więcej. Mam wrażenie, że już wszystko zostało zagrane w muzyce. Dowód? Omawiana EP-ka mikołowskiego bandu Dystymia. Jakiś czas temu przykuli moją uwagę dość udanym coverem utworu „Komputery” nieodżałowanej grupy Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na „Wszystko zostało już powiedziane” kontynuują wątek zespołu z Świebodzina, próbując wejść w kostium Marcina Zagańskiego i reszty. I to wcale nie jest złe, bo przecież członkowie KDZKPW także przenosili brytyjskie brzmienia indie rocka na nasze podwórko, a po przerwaniu działalności pojawiła się spora luka, którą należałoby wypełnić. I tutaj pojawia się Dystymia, która stara się być takim mikołowskim Kombajnem. I jasne, wokal Kamila Rykowskiego nie ma tej samej mocy co legendarna chrypka Zagana, teksty nie są tak samo liryczne i piękne jednocześnie a brzmieniu gitar jeszcze daleko do tych z „Połączenia” czy „Waniliowego Nieba„. Jednak chłopaki są z Mikołowa, więc wiem jak jest. Mają już bazę na stworzenie czegoś fajnego, no i szacunek za inspiracje Kombajnem. Ja wciąż czekam na powrót tej grupy, chociaż wiem, że z każdym nowym rokiem jest to coraz mniej prawdopodobne. Póki co mogę polecić zainteresowanie się Dystymią, ja będę na pewno śledził rozwój sytuacji. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.