No i jest. Najbardziej patetyczna, pretensjonalna, przesadzona i oczekiwana (w pewnych kręgach) płyta roku. Panie i Panowie. O to nowa płyta Muse. The Resistance! Yeaaah.
Powiem szczerze, że w tym momencie jeszcze nie wiem jaką przyznać ocenę. Dowiemy się na samym końcu. Jestem jednak pewien, że piąty już album Muse. Jest albumem nawet dobrym, ale najgorszym w całej ich dyskografii. Patos i pretensjonalność sięga tu zenitu. Z jednej strony dobrze. Nie dadzą się zaszufladkować w britpop czy srindie, ale zabawa w zbawianie ludzkich dusz a la Queen nie wyjdzie im na dobre. Zacznijmy od początku.
Od dawna było wiadomo, że Muse będzie szedł w stronę „rocka progresywnego”, elektronikę i zabawy z orkiestrą. Tytuły piosenek, które zespół prezentował na swoim Twitterze tylko tą tezę potwierdzały. „Exogenesis: Symphony”? WTF? W Lipcu zespół zaprezentował w kawałkach United States of Eurasia. Nie było dobrze. Najgorszy utwór w dziejach tej kapeli nie zachęcał, w dodatku utwierdzał w przekonaniu, że od Black Holes of Revelations będzie już tylko gorzej, gorzej i gorzej. Trochę nadziei na średniactwo przywrócił Uprising, najgorszy do tej pory singiel zespołu.
W końcu nadszedł wrzesień. Można było przesłuchać 30 sekundowych fragmentów, które nie za bardzo wzruszały. W końcu gdy dało się posłuchać całości dochodzi się do pewnego łatwego wniosku: „fajnie, fajnie, ale to najgorsza ich płyta”. Początek eksperymentalny jak to zwykle u Muse bywa. Uprising, z fajnymi momentami i nawet niezłym basem. Resistance, Undisclosed Desires czy Guiding Light poprzez klawisze, syntezatory niebezpiecznie zahaczają już w tym momencie o kicz. Jednak pomijając to warto odnotować dobre teksty i nawet niezłe momenty. Gdzieś na wysokości 2:05 Resistance nabiera ta „coś” co lubię u Muse. Undisclosed Desires to kolejna część przygód z disco a la Supermassive Black Hole. No i tekst niczego sobie. „I want to reconcile the violence in your heart / I want to recognize your beauty’s not just a mask”. Spoko. Widoczne duże inspiracje dokonaniami grup z lat 80 jak wspomniany wcześniej Queen czy nawet Duran Duran. Te solówki gitarowe na Guiding Light czy cały już United States of Eurasia, który generalnie drażni całością. Tekstem, idiotyczną melodyjką wyrwaną niczym z gry „Perskie Wojny” i chórkami. Argghhh.
Fani powinni być bardziej zadowoleni z drugiej części płyty, która dla mnie jest auto kopią z lekksza. Taki Unnatural Selection. OK dynamiczny, fajna perkusja. Nie brzmi wam to jednak jak New Born? Są fajne momenty, ale już ta hardkorową końcówkę można było sobie odpuścić. MK Ultra. Tutaj fani pieją z zachwytów. I generalnie rozumiem tą postawę bo w sumie mocny punkt płyty. Granie spod znaku The Small Print, już wyobrażam sobie Bellamy’ego skaczącego z gitarą większą od niego przy tym utworze. No i dochodzimy do najlepszego momentu płyty. Oj tak, tak. Nie tylko ja podzielam taką opinię, że I Belong To You/Mon Coeur S’Ouvre a Toi to najlepszy kawałek na płycie:
xxx
2009-09-11 15:12:23
szczerze….czy mi sie podoba?
Ja1
2009-09-11 15:12:54
pewnie nie
xxx
2009-09-11 15:12:56
zarąbista,jestem w polowie ale naprawdę fajna!
2009-09-11 15:13:03
no co ty super
Ja1
2009-09-11 15:13:12
to luzacko
xxx
2009-09-11 15:13:19
zaraz druga po Creep,ale fajna jest sciagne ja sobie
mawgli mówi:
wrzesień 12, 2009 o 8:13 am | Odpowiedz edytuj
Ja słuchałam ‘mon coeur s’ouvre a Toi…’ zarąbista.Posłuchaj warto.;))
No i jak się okazuje najlepszy kawałek na płycie to cover. Nie dobrze. Na koniec jeszcze Bellamy spełnia swoje marzenia o albumie z orkiestrą. Fani spod znaku Absolution powinni być zadowoleni. Oczywiście sporo Chopina z nutką wokalu Bellam’ego wyrwanego niczym z Micro Cuts, riffującą gdzieś w tle gitarą i spokojna perkusją. Zespół eksperymentuje na maksa. Brak tutaj radiowych killerów w stylu Starlight. Oni mogą sobie na to pozwolić. Młody rocznik ich ubóstwia a angielskie media ustawiają w jednym szeregu z Radiohead a nawet The Beatles. Muse ma się dobrze. Nie nagrywa już takich płyt jak Showbiz czy Origin of Symmetry. Wystarczy przejechać się po Ameryce z Bono. Efekt Gwarantowany.
Zabawa w robienie z siebie zlepek najlepszych wykonawców w dziejach trwa. Ocena: 6/10. Posłuchajcie sobie Mon Coeur S’Ouvre a Toi.
Po raz kolejny tutaj zgadzam się co do Muse. Mnóstwo inspiracji, ale dreszczy nie ma.
I Belong To You byłoby jak najbardziej na plus gdyby nie ten klarnet, który mnie zwyczajnie śmieszy.
USoE – ziaa! ziaa! ziaa! No ale nokturn Fryderyka jest, więc nie będziemy narzekać.
Unnatural Selection. Pierwsze skojarzenie wstępu? „Kolorowe jarmarki”! Dalej przy „oooocean” – jakiś… gothic? itd. itp.
Szkoda tylko, że brak „wciągania much” przez Bellamy’ego wiąże się ze spadkiem walorów muzycznych. Generalnie, to fajnie, fajnie chłopaki, ale może innym razem.
klarnet jest sweetaśny ;] Zapomniałem wspomnieć w recenzji, że oczywiście teorie spiskowe nadal na topie.
3cie – „Resistance” … sama ją odnalazłam. Również dobra, chociaż niektórzy uważają, że mam słaby gust muzyczny;))i mogłaby mi się nie podobać. Posłuchajcie.
Undisclosed Desires jest też lajtowe
Mam wrażenie, że po „Absolution” Muse założył, że każda kolejna płyta ma być mniej treściwa, a bardziej rozwleczona i rozwodniona nijakimi utworami. Uprising średnie i za długie. Resistance na początku robi złe wrażenie, ale potem naprawdę mi się spodobało. Undisclosed Desires to nijaki wypełniacz. USoE lubię, chociaż tym Chopinem na końcu biją wszelkie rekordy patosu [a – niespodzianka – w późniejszych kawałkach te rekordy jeszcze poprawiają]. Guiding Light w kontekście płyty wypada nieźle, ale na tle starych płyt – słabo. Unnatural Selection to chyba mój faworyt, cały utwór trzyma wysoki poziom. MK Ultra – kolejny przeciętniak. I Belong to You mi się podoba, klarnet uwielbiam, a że ta środkowa część to cytat podejrzewałem, a teraz mam pewność [dzięki]. W sumie mnie to nie razi, aż takiej inwencji się po Bellamym nie spodziewałem chyba. Exogenesis rozwleczone do granic możliwości, widać, że się Matthew nasłuchał Chopina, ale naśladownictwo idzie mu opornie. Te rockowe fragmenty ok, ale ginął na tle płaskiego, orkiestrowego smędzenia.
Cała płyta jest patetyczna do granic możliwości, a przy tym rzeczywiście najgorsza w dorobku zespołu. Zżynanie z innych grup raz sprawdza się lepiej, raz gorzej – ja Queen ubóstwiam, więc się przy Queenowych zagrywkach uśmiecham, ale szkoda, że się Muse nie może utrzymać w jako-tako swoim stylu.
Może się za jakiś czas pokuszę o swoją reckę, by trochę więcej powiedzieć, ale jeszcze słucham, na razie mnie jeszcze płyta nie znudziła, poza kilkoma utworami.
Słuchałam ostatnio Undisclosed Desires i może być.tekst ok.tylko melodia trochę przypomina tę która niegdyś byla w emitowanym prgramie disco relax (tzw.disco polo)…ALE jeśliby pisoenka ta znalazła się na wspominanej powyżej liście, to z pewnoscią była by numerem 1 ;))
mawgli możesz napisać, które płyty z tego roku najbardziej Ciebie zachwyciły?
Trudne zadajesz pytania;))’muuuse’ się zastanowić, wtedy dam znać.
Za to ja powiem. W tym roku numerem jeden jest dla mnie jak na razie plyta szkockiego zespołu De Rosa – Prevention. Mistrzostwo świata – miejscami przypomina mi Radiohead. Ale pewnie o niej nie słyszeliście, bo zespół nie jest za bardzo popularny w Polsce. To ich druga płyta – poprzednia była na takim samym poziomie – bardzooo dobra.
ale tu się robi snobistycznie 😛 Nie, my znamy tylko Muse;)
Mawgli. Oj tak tak, zastanów się dobrze 😛
Paweuuuuu,jak już wspominałam wcześniej nie jestem tak fenomenalnym znawcą muzyki jak ty i reszta twoich czytelników;))ALE dla mnie odkryciem tego roku był zespół Muse. Może to nie jest ich najlepsza płyta (tak mówią),ALE dla mnie 2 pisoenki z tej płyty mają wyjątkowy charrrakter.
płyta świetna . niech sobie każdy mówi co chce ja ją juz uwielbiam a dopiero zaczynam odkrywać. Uwielbiam takie klimaty , ta muzyka mnie porywa za każdym razem kiedy jej słucham. inspiracje też mi przypadły do gustu. Wszystko tu jest cudne. A głos Matthew hhhhhhmmm dla mnie pełna hipnoza… i wcale nie mam zamiaru się z niej budzić 🙂
I jeszcze coś dla tych niezbyt przychylnych opiniodawców ….
czy jak dziecko trochę czasem nabroi , albo zrobi coś nie po naszej myśli .. czy kochamy je mniej ??? No własnie . Ja tam kocham Muse niezmiennie.
hmmm odważne porównanie 😛