Afro Kolektyw w całkowicie nowej odsłonie.
Kiedyś byłem ogromnym fanem hip-hopu. Na tyle, że nie słuchałem niczego innego. I pamiętam do tej pory jak w czasach gimnazjalnych zachwycałem się Afro Kolektywem. Było to coś innego, całkiem inny rap. Zabawny, zawadiacki, ironiczny, z elementami jazzu hip-hop. Podobał mi się ten tellingstory, te wszystkie gorzkie żarty. Coś pięknego, coś zupełnie innego od tych wszystkich osiedlowych smętów o ciężkim życiu. Lubiłem wtedy jak „murzyn bije w kokos”.
Tymczasem na początku roku zespół wydał płytę z muzyką w zupełnie innej konwencji. Chwycili gitary, włączyli syntezatory, Afrojax zaczął nawet śpiewać. Materiałowi na „Piosenki po polsku” bliżej jest do Muszek, The Car is On Fire i Rentona. Jaki jest tego efekt? Cóż, słychać wyraźnie, że utwór, utworowi nie równy. Mamy przecież fajne, singlowe „Wiąże sobie krawat”, „Niemęskie granie” czy „Czasem pada śnieg w styczniu”. Natomiast po drugiej stronie znajdują się utwory średnie, będące raczej zapchajdziurami. Mimo to doceniam odwagę i próbę zmiany. Nie neguje ich nowej twarzy. Ba, będę ich słuchał dalej bo uważam, że Afro Kolektyw ma potencjał na fajny indie zespół. Jednak wolałbym raczej posłuchać kolejnych gorzko-śmiesznych utworów traktujących o dziwnej miłości.Może uda się to jakoś połączyć? Już kiedyś połączyli kropki. Ocena: 6/10.
Osobiście zdecydowanie bardziej wolę wcześniejsze wcielenie zespołu. Kto się jednak nie rozwija, ten się cofa.
cóż, mamy podobne odczucia, choć totalnie rózny background muzyczny – w podstawówce wydałem raz wszystkie Bony z reala mojej Babci (200 zł) i kupiłem 24 kasety Korna, nirvany, Pidżamy Porno, i Motley Crue – kierując sięwyglądem okładek… 😉
Niemęskie granie – ponadczasowy utwór!