Przegląd filmowy #3

Poniższy przegląd filmowy postanowiłem poświęcić całkowicie azjatyckim filmom grozy. Ostrzegam jednak, że poniższe obrazy jak sami Azjaci są nieco nietypowe. Do tej pory nie potrafię ogarnąć dlaczego Japończycy, czyli naród ludzi bystrych i długowiecznych ogląda takie COŚ w telewizji. Między innymi dlatego długo omijałem szerokim łukiem filmy o azjatyckim pochodzeniu. Jednak w ostatnim czasie skusiłem się na obejrzenie kilku i nie żałuje. Poniżej trzy perełki azjatyckiego horroru.

auditionAudition / Ôdishon / Gra Wstępna (1999). Shigeharu Aoyama (w tej roli Ryo Ishibashi) to całkiem w porządku gość. Ma ładny dom, psa, własną firmę, dobry kontakt z synem. Jednak brak mu żony, gdyż od 7 lat pozostaje wdowcem. Postanawia ponownie się ożenić w czym pomaga mu jego dobry znajomy pracujący w branży firmowej. Organizuje on casting do filmu w którym bierze udział 40 młodych kobiet. Spośród aspirantek do roli filmowej Aoyama ma wybraż tą jedną. Zwraca szczególną uwagę na tajemniczą Asami Yamazaki (Eihi Shiina). Nie przypada ona jednak do gustu  jego przyjacielowi, który nie potrafi znaleźć żadnych informacji o młodej dziewczynie. Aoyama nie wie jak fatalny był to wybór. Myślę, że tym opisem fabuły odpowiednio was zachęciłem. Jednak dla pewności dodam jeszcze kilka uwag. Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że trudno nazwać ten film horrorem. Pierwsza część filmu to typowy dramat. Pokazana jest śmierć żony Shigeharu a następnie poszukiwanie nowej wybranki 7 lat później. Pierwsze spotkania z Asami nie wskazują nic niepokojącego. Oczywiście dziewczyna jest zagadkowa, jednak na pierwszy rzut oka wygląda całkiem normalnie. W momencie gdy Asami w zagadkowy sposób znika następuje zwrot akcji, który zmienia obraz w psychologiczny thriller. Dopiero ostatnie minuty filmu to typowy horror pełen krwi i drutów potrafiących ścinać mięśnie i kości. Główną zaletą filmu Takashi Miike jest to, że mamy do czynienia z ogromnie ciekawą historią, która nas wciąga. Postać Aoyamy i jego syna wzbudza w nas pozytywne reakcje, dlatego też wyjątkowo boli nas gdy patrzymy na to co mu się przytrafiło. Oczywiście długo musimy czekać na przyśpieszenie akcji, niektóre sceny (Casting) są niepotrzebnie przedłużane. Jednak gdy reżyser podkręca tempo zapominamy o wcześniejszych dłużyznach. Ocena: 9/10.

strange circusKimyô na sâkasu / Strange Circus (2005). Taeko (Masumi Miyazaki) to autorka poczytnych powieści erotycznych. Właśnie pisze kolejną powieść w której opisuje chorą sytuację w jakiej znalazła się dziewczynka o imieniu Mitsuko. Jest ona gwałcona przez ojca na co musi patrzyć jej matka Sayuri i zmuszana do oglądania stosunków swoich rodziców. Co gorsza sytuacja ta powoduje zazdrość w matce, która pod nieobecność męża znęca się nad Mitsuko. Pewnego dnia podczas szarpaniny z córką, Sayuri spada ze schodów i ginie. Dziewczynka próbuje popełnić samobójstwo w efekcie czego skazana zostaje na kalectwo i oglądanie dalszych „dziwnych” zachowań ojca. Oglądając film Shion Sono nasuwa nam się wiele pytań. Najważniejszym jest jednak czy autorka powieści to tak naprawdę skrzywdzona przez życie Mitsuko z powieści? Mamy tutaj do czynienia z surrealizmem w stylu Davida Lyncha. Oglądając pewne sceny nie wiemy czy są one tylko fantazją senną czy prawdziwym wydarzeniem? Rzuca się w oczy również kontrast kolorystyczny pomieszczeń z domu Mitsuko. Piękne, eleganckie, bogato zdobione, białe pokoje kontra obleśne, czerwone z krwi ściany. Intrygująca jest także muzyka, zwłaszcza motyw grany na pianinie oraz sceny z cyrku, które obrazują stan psychiczny głównej bohaterki filmu. Nie zdradzę wam szczegółów, ale pod koniec wszystko okaże się nie takie jak myśleliście na początku. Ocena: 8/10.

Kairo PulseKairo / Puls (2001). Taguchi od kliku dni nie zjawił się w pracy i nie daje jakiekolwiek znaku życia. Koleżanka z pracy Michi postanawia to sprawdzić i udaje się do jego domu. Taguchi jest w domu i na pierwszy rzut oka jest wszystko ok. Jednak kiedy
Michi przeszukuje jego biurko w poszukiwaniu ważnej płyty popełnia on w pokoju obok samobójstwo. Od tej chwili jesteśmy świadkami fali samobójstw, którego źródłem jest internet. A konkretnie duchy zmarłych, które pojawiają się na monitorach komputerów. Zdecydowanie trzeba pochwalić za pomysł na film. Japoński horror naszpikowany jest historiami o duchach. Przeważnie były to nawiedzone domy, klątwy itd. Duchy w internecie? To coś nowego. Po drugie klimat filmu. Jest mrocznie, pomieszczenia są ciemne a niebo zachmurzone. Atmosfera pokazana w „Kairo” jest przytłaczająca, zwłaszcza sceny ulic, które są puste. To także nie jest typowy horror, gdyż mało tutaj strasznych momentów – co jest największym zarzutem wobec obrazu
Kiyoshi Kurosawy. Film ten ma raczej szerszy, psychologiczny zarys i jest po prostu ilustracja upadku cywilizacji. Dla kogoś kto szuka horroru w stylu „Krąg” cz „Klątwa” będzie to nudnie spędzony czas. Jednak jeżeli szukamy czegoś więcej na pewno docenimy ten obraz. Ocena: 7/10.

Arcade Fire – Reflektor

arcadefire2013Z Arcade Fire jest ten sam problem co z zespołami takimi jak U2 czy też Coldplay. W każdym z tych przypadków są te same lub podobne objawy. Wpierw kochamy zespół za fantastyczną debiutancką płytę, która w jakiś sposób zmienia nasze życie na jakiś czas. Odnośnie Arcade Fire jest to „Funeral” – miód na uszy fanów muzyki niezależnej, nowy poziom alternatywy. Następnie z wypiekami czekamy na kolejny krążek, który nas zawodzi. Jednak potrafimy jakoś przymknąć oko na fakt, że nie jest tak dobrze jakbyśmy chcieli. Trzeci album dzieli opinie. Niby jest dobrze, niby ssie. Następnie zespół niebezpiecznie wchodzi w świat mainstreamu, wywołuje w nas zażenowanie. Już nawet tu nie chodzi o pajacowanie na gali YouTube o której pisał Kuba Ambrożewski, ale sam sposób autokreacji. Zauważcie jak z zespołu składającego się z 7 osób wyłania nam się na pierwszy plan małżeństwo Butlerów. Dawny obraz zgranego monolitu znika. Ta nafaszerowana podniosłością atmosfera na tym poziomie kariery wywołuje co najwyżej politowanie

Arcade-Fire-Reflektor-Album-ReviewI w takich oto warunkach Kanadyjczycy wydają swój czwarty album. „Reflektor” dla jednych jest genialny, dla innych bardzo słaby. Ja sam nie mam tak jednoznacznego zdania. Są tu momenty mocniejsze takie jak przypominające stare czasy opener „Reflektor” czy też „Here Comes The Night Time” a także końcówka „Porno„. Zdarzają się jednak dłużyzny, zwłaszcza w drugiej części płyty. Mam wrażenie, że gdyby Win Butler z żonką nie przekombinował z dzieleniem albumu na dwa cd i skrócił materiał to otrzymałby całkiem zgrabny Longplay. Na którym co prawda niewiele się dzieje jednak nie oszczędziłby nam częstego ziewania. Trzeba zmierzyć się z prawdą, która jest następująca. To nie jest już ten sam zespół. Wrażliwość, którą można było uświadczyć na „Funeral” i momentami na „Non Bible” zastąpiono stadionową widowiskowością. Nie jest ona oczywiście zła i tak koszmarna jak w przypadku U2. Jednak plany wobec Arcade Fire były inne a tak zespół każe nam ubierać się w garnitury i suknie na koncerty. Chyba troszkę tego za dużo. Ocena: 6/10.

Oh Land – Wishbone

Oh_LandOh Land czyli Nanna Øland Fabricius będzie główną bohaterką dzisiejszej recenzji. Przyznaje się bez bicia, że poznałem jej muzykę dopiero kilka tygodni temu w związku z jej występem na tegorocznym festwialu Ars Cameralis. I to co usłyszałem urzekło mnie. Jej tegoroczny album „Wishbone” to pełen uroku zestaw 13 popowych piosenek, które stanowią połączenie skandynawskiego ducha z nowojorską sceną muzyki niezależnej.

Dla Pani Fabricius jest to już trzeci album w dorobku. Debiut z 2008 roku, czyli krążek „Fauna” zebrał dobre oceny jednakże zaistniał wyłącznie w rodzimym kraju Oh Land, dopiero „Oh Land” z 2011 roku udało się podbić zagraniczne rynki. Wokalistka zaistniała również dzięki wspólnej tasie koncertowej z Katy Perry. Ważnym aspektem wpisującym się w genezę jej twórczości są także bogate rodzinne tradycje kulturalne. Ojciec Bendt Fabricius to organista, natomiast matka Bodil Øland jest śpiewaczką operową. Początkowo Nanna Øland Fabricius próbowała swoich sił w balecie, jednak kontuzja uniemożliwiająca taniec nakierowała ją na muzykę.

wishboneSłuchając jej tegorocznego LP „Wishbone” słyszymy w odróżnieniu do poprzednich płyt pewnego rodzaju przebojowość. Takie utwory jak „Pyromaniac” czy też „Renaissance Girls” to typowe pop-bangery. Nie należy także zapominać o rapowym „My Boxer„, który przywraca na myśl Debbie Harry, której rapsy też dobrze wyszły w nieodżałowanym „Rapture„. Na krążku znajdziemy także sporo ballad, które godnie reprezentują wzruszające „3 Chances” czy też intrygujące „Cherry On Top„. Mocnym atutem płyty jest również patetyczny „Green Card” oraz „Bird In An Aeroplane” z kapitalnym refrenem. Tym albumem Oh Land pokazuje znaczącą umiejętność łączenia muzyki alternatywnej z popem, który można sprzedać. Płyta jest wyprodukowana na wysokim poziomie, wystarczy się wsłuchać w taki „Love a Man Dead” czy też „Kill My Darling” i wyłapać małe drobiazgi, które tworzą ten album. Jak wspomniałem na początku Nanna Øland Fabricius w idealny sposób łączy skandynawskiego ducha z nowojorską sceną muzyki niezależnej. Fakt, że jest Dunką zbudował koncept i teksty natomiast miejsce zamieszkania (Nowv Jork) mocno wpłynął na brzmienie płyty.

„Wishbone” to dobra porcja nowoczesnego, skandynawskiego popu, który mogę polecić z czystym sercem. Niestety ocena nie może być zbyt wysoka, bo tak naprawdę nie otrzymujemy tutaj niczego czego wcześniej byśmy nie znali a i też widać różnice w tym jak album się rozpoczyna (dobrze) i jak się kończy (comme ci, comme ça). Ocena: 7/10.