7 Najlepszych filmów, w których zagrał Joaquin Phoenix

Joaquin Phoenix należy do grona najbardziej charyzmatycznych i nieprzewidywalnych aktorów współczesnego kina. Słynie z niezwykłej intensywności gry, umiejętności całkowitego zanurzenia się w odgrywane postacie oraz zamiłowania do ról nieoczywistych, często skomplikowanych psychologicznie. Na przestrzeni lat udowodnił, że potrafi odnaleźć się zarówno w kameralnych dramatach, jak i wielkich hollywoodzkich produkcjach, nie tracąc przy tym własnego, charakterystycznego stylu. Jego kreacje często pozostają w pamięci długo po seansie, ponieważ Phoenix nie boi się pokazywać swoich bohaterów jako ludzi pełnych sprzeczności, słabości i wewnętrznych konfliktów. Poniżej siedem ról, które najlepiej pokazują skalę jego aktorskiego talentu.

Gladiator (2000, reż. Ridley Scott). W „Gladiatorze” Joaquin Phoenix stworzył jedną ze swoich najbardziej wyrazistych i pamiętnych kreacji, wcielając się w Commodusa – człowieka rozdartego między pragnieniem władzy, zazdrością i desperacką potrzebą uznania ze strony ojca. Aktor znakomicie oddaje jego niestabilność emocjonalną oraz stopniowe pogrążanie się w okrucieństwie. Phoenix nie gra typowego jednowymiarowego czarnego charakteru – jego bohater jest jednocześnie arogancki, tchórzliwy, okrutny i rozpaczliwie samotny. Szczególnie mocno działa kontrast między pozorną pewnością siebie Commodusa a jego głęboko skrywanym kompleksem niższości. To właśnie dzięki tej niejednoznaczności kreacja Phoenixa stała się jednym z najmocniejszych elementów filmu i przyniosła mu pierwszą nominację do Oscara.

Osada / The Village (2004, reż. M. Night Shyamalan). W „Osadzie” Joaquin Phoenix wciela się w Luciusa Hunta, młodego mężczyznę żyjącego w zamkniętej społeczności, której mieszkańcy starają się za wszelką cenę utrzymać z dala od tajemniczego i niebezpiecznego świata znajdującego się poza jej granicami. Phoenix gra go z dużą powściągliwością, budując postać człowieka spokojnego, wrażliwego i jednocześnie pełnego wewnętrznych wątpliwości. Jego bohater nie jest typowym filmowym protagonistą – zamiast efektownych gestów czy bohaterskich deklaracji aktor stawia na subtelne spojrzenia, gesty i emocje skrywane pod pozornym spokojem. Szczególnie dobrze wypada w scenach, w których Lucius musi skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością, którą dotychczas znał. Phoenix nadaje tej postaci wiarygodność i emocjonalną głębię, dzięki czemu jego kreacja dobrze współgra z melancholijnym i niepokojącym klimatem filmu.

Spacer po linie / Walk The Line (2005, reż. James Mangold). Był czas, że z głośników nie schodził u mnie Johnny Cash. Nieżyjący już amerykański muzyk zdecydowanie zasługuje na osobny post na blogu. Tymczasem skupmy się na biograficznym filmie o nim, który jest moim zdaniem jednym z lepszych w tej materii. Odgrywający główną rolę Phoenix niemal całkowicie stapia się ze swoim bohaterem. Amerykanion nie ogranicza się do naśladowania legendarnego muzyka – oddaje jego charakterystyczną charyzmę, chłód i wewnętrzne rozdarcie, ale również słabości oraz uzależnienia, które przez lata wpływały na jego życie. Szczególnie imponujące jest to, że aktor samodzielnie wykonuje partie wokalne, dzięki czemu występy sceniczne mają autentyczną energię i nie sprawiają wrażenia typowej filmowej imitacji. Jego Cash jest człowiekiem pełnym sprzeczności – pewnym siebie na scenie, a jednocześnie zagubionym i potrzebującym bliskości poza nią. Phoenix nadaje tej postaci ogromną emocjonalność, a jego kreacja pozostaje jednym z najważniejszych powodów, dla których film tak dobrze działa jako opowieść o muzyce, miłości i walce z własnymi demonami. Rola przyniosła mu nominację do Oscara dla najlepszego aktora.

Królowie Nocy / We Own the Night (2007, reż. James Gray). Tym obrazem z kolei zachwyciłem się w okresie licealnym, gdy miałem fazę na kino „gangsterskie”. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku pod koniec lat 80. Film opowiada o Bobby’m Greenie (w tej roli Phoenix), menedżerze popularnego klubu nocnego, który stara się trzymać z dala od swojej rodziny – jego ojciec i brat są policjantami. Bobby prowadzi beztroskie życie, obraca się w świecie nocnych klubów i spotyka z Amandą, nie przejmując się zbytnio rodzinnymi oczekiwaniami. Sytuacja zmienia się, gdy nowojorska policja zaczyna prowadzić zdecydowaną walkę z rosyjską mafią, a Bobby zostaje zmuszony do wyboru między dotychczasowym życiem a lojalnością wobec rodziny. Film jest przede wszystkim historią rodzinnych więzi, lojalności i moralnych wyborów, ale jednocześnie oferuje sporo napięcia charakterystycznego dla kina gangsterskiego. Ważną rolę odgrywa relacja Bobby’ego z ojcem i bratem oraz jego stopniowa przemiana – z człowieka próbującego uciec od rodzinnej przeszłości w kogoś, kto musi się z nią zmierzyć. Warto też zaznaczyć, że Joaquin Phoenix nie gra tu człowieka całkowicie oderwanego od świata przestępczego – jego bohater funkcjonuje w środowisku klubowym, w którym interesy prowadzone przez gangsterów są czymś powszechnym, choć sam stara się zachować dystans. To właśnie konflikt między tym światem a jego rodzinnymi zobowiązaniami stanowi jeden z głównych motorów fabuły.

Ona / Her (2013, reż. Spike Jonze). W tym filmie Joaquin Phoenix wciela się w Theodore’a Twombly’ego, samotnego, wrażliwego mężczyznę, który po rozpadzie małżeństwa próbuje na nowo odnaleźć swoje miejsce w życiu. Phoenix świetnie oddaje jego emocjonalną kruchość, samotność i trudności w nawiązywaniu bliskich relacji. To rola wymagająca dużej subtelności, ponieważ znaczną część filmu aktor spędza, rozmawiając z głosem sztucznej inteligencji, którego fizycznie nie ma na ekranie. Mimo to Phoenix potrafi sprawić, że emocje Theodore’a są niemal namacalne – od początkowego zaciekawienia i fascynacji, przez radość i zakochanie, aż po niepewność i ból. Jego gra jest bardzo naturalna i pozbawiona przesadnego dramatyzmu, dzięki czemu historia niezwykłej relacji z systemem operacyjnym staje się przede wszystkim opowieścią o ludzkiej potrzebie bliskości. To jedna z najbardziej intymnych i delikatnych kreacji w dorobku aktora.

Joker (2019, reż. Todd Phillips). Najprawdopodobniej jest to najbardziej kultowy tytuł pod względem memiczności, odniesień w kulturze oraz pamiętnych pielgrzymek do Nowego Jorku, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na legendarnych już schodach w dzielnicy Bronx. Dla samego Phoenixa to również jeden z najważniejszych filmów, ze względu na statuetkę Oskara, którą zgarnął w kategorii najlepszy aktor. I nic dziwnego, gdyż stworzył jedną z najbardziej intensywnych i zapadających w pamięć kreacji w swojej karierze. Wciela się w Arthura Flecka, samotnego i pogardzanego przez otoczenie mężczyznę, który bezskutecznie próbuje odnaleźć się w społeczeństwie i marzy o karierze komika. Phoenix pokazuje jego stopniową przemianę w sposób niezwykle sugestywny – od człowieka wycofanego, kruchego i desperacko szukającego akceptacji do postaci całkowicie pochłoniętej przez własny gniew i poczucie odrzucenia. Aktor wykorzystuje zarówno mowę ciała, jak i charakterystyczny, niepokojący śmiech, aby pokazać psychiczne rozpadanie się bohatera. Szczególnie mocne są sceny, w których Arthur znajduje wreszcie poczucie siły i kontroli, choć prowadzi go ono w coraz bardziej destrukcyjnym kierunku. Phoenix nie próbuje jednak usprawiedliwiać swojego bohatera – zamiast tego tworzy postać jednocześnie przerażającą, tragiczną i głęboko niepokojącą.

Boo się boi / Beau Is Afraid (2023, reż. Ari Aster). Tutaj należy wspomnieć przede wszystkim o reżyserze. Ari Aster to przede wszystkim specjalista w kinie grozy. Ma na koncie takie kultowe dla tego gatunku tytuły jak: „Dziedzictwo. Hereditary” czy też „Midsommar. W biały dzień„. Omawiany tytuł z 2023 roku w zasadzie jest podobny do wymienionej dwójki. Tutaj także znajdziemy wiele niepokojących momentów, gęsty surrealistyczny klimat oraz całą mnogość odniesień i skojarzeń. Fabuła opowiada o opowiada o Beau Wassermannie, niezwykle lękliwym i samotnym mężczyźnie. Jego codzienne życie jest podporządkowane obsesyjnym obawom – przed ludźmi, światem zewnętrznym, chorobami, przypadkowymi zagrożeniami i przede wszystkim przed własną matką. Pewnego dnia Beau dowiaduje się o jej śmierci i postanawia wrócić do rodzinnego domu. Podróż, która początkowo wydaje się prostym przedsięwzięciem, szybko zamienia się w absurdalny, pełen niebezpieczeństw koszmar. Rzeczywistość zaczyna mieszać się z jego lękami, wspomnieniami i wyobrażeniami, przez co coraz trudniej stwierdzić, co naprawdę się wydarza. Film można odczytywać jako opowieść o traumie, poczuciu winy, nadopiekuńczej relacji z matką i paraliżującym lęku przed dorosłością. Aster celowo zaciera granicę między rzeczywistością a psychiką bohatera, tworząc momentami groteskowy i absurdalny świat. Joaquin Phoenix jest tutaj absolutnie centralną postacią – niemal każda scena podporządkowana jest jego bohaterowi. Jego Beau to człowiek skrajnie nerwowy, zagubiony i nieustannie przerażony, a jednocześnie niezwykle samotny. Phoenix wykorzystuje przede wszystkim mowę ciała, mimikę i reakcje na absurdalne sytuacje, tworząc kreację jednocześnie komiczną, żałosną i przejmującą. „Bo się boi” to zdecydowanie jedna z najbardziej osobliwych i wymagających ról w jego dorobku.

Apokaliptyczna wizja świata po wojnie nuklearnej – recenzja filmu „Threads”

Zimna wojna, sytuacja geopolityczna, napięte stosunki na linii Stany Zjednoczone – Związek Radziecki, kryzys kubański a przede wszystkim zrzucenie bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki w 1945 roku miały bezpośredni wpływ na powstanie wielu filmów, których głównym tematem była wojna nuklearna i jej efekty. Od lat 60 do 80 powstało wiele takich produkcji jak chociażby „Dr. Strangelove” Stanleya Kubricka z 1964 roku, „Gry Wojenne” (1983), „The Day After” (1983), „Fail Safe” (1964), „On The Beach” (1959) czy też „Threads” (1984). Ostatni z wspomnianych tytułów zrobił na mnie największe wrażenie, dlatego też w dzisiejszym wpisie skupie się na filmie „Nici„.

„Threads” to brytyjski obraz z 1984 roku w reżyserii Micka Jacksona wyprodukowany przez stacje BBC. Fabuła skupia się na kilku bohaterach, mieszkańcach angielskiego miasta Sheffield. Ich codzienność miesza się z wiadomości na temat nadchodzącego konfliktu zbrojnego pomiędzy Nato a Układem Warszawskim. Gdy nadchodzi to co nieuchronne, jesteśmy świadkami walki o przetrwanie. Jackson w filmie „Threads” obrał formę chłodnego paradokumentu. Momenty fabularyzowane mieszają się z formą dokumentu i komentarzem narratora. Film można podzielić na trzy akty. Pierwszy pokazujący życie na chwilę przed atakiem, drugi to moment wybuchu i jego pierwsze następstwa oraz finałowy ukazujący życie mieszkańców na długo po ataku. Napięcie budowane jest stopniowo poprzez wkradające się życie bohaterów komunikaty prasowe, wiadomości radiowe i telewizyjne. Film dość rzetelnie i surowo ukazuje wszystkie wydarzenia. Bez żadnej oceny, opiniowania oraz zbędnego komentarza. Widoczne na ekranie straszliwe następstwa wojny nuklearnej są już komentarzem same w sobie.

Film nie epatuje przemocą ani zbędnym rozlewem krwi. Jednak jego seans jest wstrząsający i może być dla wielu traumatyczny. Gdyż, to co widzimy na ekranie to rzeczy realne i wydawać by się mogło coraz bardziej prawdopodobne. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie nie brakuje konfliktów zbrojnych w różnych częściach naszego globu. Widzimy tutaj moment paniki w chwili ataku, próby ratowania dobytku, szukanie schronienia, wszelakie efekty choroby popromiennej, umieranie z głodu, wyczerpania, wyziębienia (w lipcu była zima) czy też morderstwa pomiędzy ludźmi walczącymi o żywność. Pieniądze straciły ważność, jedynie poprzez pracę można uzyskać do i tak skromnych racji żywnościowych. Do ocalałych domostw są przypisywanie ludzie do zamieszkania, całe grupy ludzi są zamykane w obozach karnych za kradzieże. Okazuje się, że Państwo całkowicie przestaje działać, a przetrwają tylko najsilniejsi.

Podsumowując, „Threads” to obraz na pewno smutny i wstrząsający. Dający jedna do myślenia. Jego dokumentalizowana forma wpływa na odbiór czegoś autentycznego. Nie ma tutaj miejsca na typowo hollywodzkie zabiegi jak nieśmiertelni i ponad naturalnie silni główni bohaterzy, wielkie wybuchy i ucieczki samochodem, wysokobudżetowe efekty specjalne oraz finałowy happy end. Jesteśmy świadkami napiętego oczekiwania na początek wojny, walki o przetrwanie i wieloletnich następstw ataków jądrowych. Pomimo upływu ponad 40 lat od premiery film wciąż przeraża i prowadzi nas do dyskusji, czy do takiego Świata dążymy? Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Fede Alvarez odrobił lekcję na piątkę z plusem – recenzja filmu „Alien: Romulus”

Każdy nowy film z serii o Obcym jest przeze mnie wyjątkowo wyczekiwany. Nawet na wyjątkowo słabe filmy z serii AvP wyczekiwałem z wypiekami na twarzy. Później wielkie nadzieje wiązałem z powrotem do tematu przez samego Ridleya Scotta, który przecież wyreżyserował pierwszego Obcego. Niestety z perspektywy czasu żaden z tych obrazów nie nawiązał poziomem do pierwszych trzech (a może nawet czterech?) części. Tutaj znajdziecie moje opinie na temat wszystkich filmów z serii. Dlatego też news, że to Fede Alvarez postanowił reaktywować ksenomorfa wywołała dość pozytywne reakcję. W końcu reżyser ma na koncie całkiem udany remake „Evil Dead” oraz trzymający w napięciu „Nie oddychaj„. Teraz do swojego konta może zaliczyć kolejny udany film, jakim jest „Alien: Romulus„. Wspomniany obraz już okazał się sukcesem komercyjnym, ale także artystycznym, gdyż zbiera pozytywne recenzję. To także będzie pochlebna recenzja, ale więcej poniżej. Mogą pojawić się spoilery.

Zacznijmy od fabuły, która w odróżnieniu od poprzednich dzieł jest jasnym punktem filmu. Rzecz się dzieje parę lat po wydarzeniach z „Obcego” z 1979 roku. Na odległej kolonii górniczej grupa młodych ludzi wraz z androidem Andym marzy by udać się do odległej, słonecznej planety. By spełnić marzenia udadzą się na opuszczony statek kosmiczny by przejąć kapsuły hibernacyjne potrzebne do dalekiej podróży. Na miejscu okazuje się, że statek nie bez powodu jest opuszczony, gdyż służył on do zbadania szczątek z Nostromo… W ten sposób trafił tam Obcy, który ponownie zabił całą załogę i planuje zrobić to ponownie…

Zacznijmy od tego, że główną zaletą filmu Alvareza jest fakt, że reżyser odrobił lekcję i zachował klimat klasycznego Obcego. Wiadomo, nie jest to powolny gotycki horror jak w przypadku filmu „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo„, ale dzięki muzyce, rekwizytom, dialogom, scenografii znajdziemy tutaj mnóstwo odniesień do pierwszych czterech części serii, „Prometeusza” i „Obcy: Przymierze” a także gry „Obcy: Izolacja„. Dlatego też obraz tak bardzo podobał się Ridleyowi Scottowi. Romulus to wręcz laurka, która czerpie garściami z najlepszych pomysłów z filmów o Obcym, ale także wiele dodaje od siebie. Przykładowo jest to pierwszy film, który tak mocno wykorzystuje grozę związaną z samymi facehaggerami oraz kwasową krwią obcych.

Najmocniejszym jednak dla mnie pozytywem jest nie głupia fabuła oraz ciekawe postacie. Po ostatnich filmach, gdzie dominowała głupota i naiwność postaci otrzymujemy zestaw sześciu młodych aktorów, których motywacje są jasno określone. I tak mamy następczyni Ripley w postaci Rain Carradine (W tej roli Cailee Spaeny), która wraz z przyszywanym bratem-androidem Andym (W tej roli genialny David Jonsson) marzy o opuszczeniu kolonii górniczej. Niestety staje się niewolnikiem firmy Weyland-Yutani i by spełnić marzenia będzie musiała wziąć los we własne ręce wraz z resztą znajomych. Świat przedstawiony jest mroczny, dołujący, dystopiczny dlatego rozumiemy w pełni motywacje bohaterów. Oczywiście na miejscu będą musieli popełnić kilka niezrozumiałych i złych decyzji, by przecież mógł pojawić się sam ksenomorf… Ale w tym przypadku można na to przymknąć oko, jak i na wiele mniej zrozumiałych scen. To w końcu science-fiction. Ogromne wrażenie robi David Jonsson, który wciela się w androida Andy’ego. Nieco wadliwy, wręcz autystyczny android ma za zadanie bronić Rain. Z czasem przechodzi jednak ciekawą metamorfozę i jest najbardziej przejmującą postacią w całym filmie. Generalnie seria już nas przyzwyczaiła, że aktorzy wchodzący w rolę syntetyków robią najlepszą robotę. Wystarczy wspomnieć Iana Holma jako Asha, Lance’a Henriksena jako Bishopa czy też Davida/Waltera granego przez Michaela Fassbendera.

By nie było tak lukrowo w tej laurce warto wspomnieć parę minusów. A nóż, któryś twórca kiedyś wpadnie na tą recenzję i weźmie słowa wiernego fana serii do serca. Przede wszystkim niektóre nawiązania były nieco łopatologiczne. Wymówione „Get Away From Her, You Bitch!” było jak uderzenie młotkiem. Rozumiem, że wielu widzów mogło nie widzieć filmu „Obcy: Decydujące Starcie„, ale dla fanów serii wybrzmiało to jak wywarzanie otwartych drzwi. Ponownie akcja dzieje się zbyt szybko. Co jest dla mnie problemem każdego nowego filmu o Obcym. Bo jak to jest, że Ripley w trzeciej części biega cały film z Obcym w klatce piersiowej a w nowych filmach obcy pojawia się sekundę po odpadnięciu facehaggera? Sam też Obcy dojrzewa w ekspresowym tempie. Nie rozumiem po co tak zapierdalać z tą akcją? Czy zawsze musi być minuta do wybuchu itd? Nie można trochę zwolnić akcji na moment, by bohaterowie ochłoneli i przegadali to co właśnie się odwaliło w kosmosie? Mam także mieszane uczucia co do pojawienia się na końcu mutacji człowieka i obcego. Nigdy nie byłem fanem czarnej mazi z późniejszych filmów Scotta, dlatego też wolałbym pozostać przy starym schemacie jajo->facehagger->mały obcy->duży obcy->królowa->jajo. Ostatni minusik za efekty specjalne przy odtworzeniu Iana Holma jako Rooka. Nie wyglądało to efektownie, ale fajnie, że Pan Ian Holm wrócił do życia za sprawą komputerów.

Podsumowując, „Alien: Romulus” to bardzo dobry horror z klimatem Obcego. Film świetnie nawiązuje do klasyki, ale także daje wiele nowego od siebie. Fede Alvarez może nie wrzucił serii na nowy tor, ale stworzył porządny film, który spodoba się zarówno fanom Obcego jak i widzom, dla których będzie to pierwsze spotkanie z ksenomorfem. Ode mnie: 8/10. Mam nadzieję, że z biegiem czasu nie zmniejszę tej oceny jak w przypadku osatnich filmów w reżyserii Ridleya Scotta…

Ocena: 4 na 5.