Epicka 70-tka jaszczura – recenzja filmu „Gojira: Minus One”

W nadchodzącym roku będzie miała miejsce 70 rocznica premiery filmu „Gojira„, który w Polsce jest znany jako „Godzilla – Król Potworów„. W związku z tym japońska wytwórnia filmowa Toho wypuściła do kin najnowszy film z serii, który obok pierwowzoru w reżyserii Ishiri Hondy jest najlepszym filmem o jaszczurze w bogatej, w ponad 30 filmów kolekcji. Recenzenci i fani filmowi rozpisują się w samych superlatywach o najnowszej produkcji Toho. Co jest o tyle zaskakujące, gdyż na tak dużą ilość filmów o Godzilli tylko garstka była dobrym kinem. Nawet amerykańskie wersje tego uniwersum mogą co najwyżej się pochwalić tylko jedną, dość udaną wizją Garetha Edwardsa z 2014 roku. Reszta tych filmów jest mocno rozczarowująca i bez ducha japońskiej Gojiry.

W czym tkwi sukces filmu „Gojira: Minus One„? Przede wszystkim nie jest to film wyłącznie o 50-metrowym gadzie rozwalającym budynki. W końcu, ktoś wpadł na pomysł by film o Godzilli miał sensowny scenariusz, wiarygodnych bohaterów i ciekawą historię ludzką. I to wszystko otrzymujemy w filmie Takashiego Yamazaki. Mamy rok 1945, jest końcówka II Wojny Światowej na Pacyfiku. Japoński pilot kamikadze Shikishima Koichi (w tej roli Ryûnosuke Kamiki) nie wypełnia swojego samobójczego obowiązku i pod pretekstem awarii samolotu ląduje na wyspie Odo, gdzie znajduje się baza wojskowa. W tym samym czasie na wyspie pojawia się potwór, który określany jest przez miejscowych jako Gojira. Shikishima jako jeden z nielicznych przeżywa atak i wraca do zniszczonej wojną Japonii. Na miejscu jednak się okazuje, że jego rodzina nie żyje a on sam nie jest mile widziany, ze względu na niespełnioną misję wojenną. W ruinach dawnego domu, próbuje stworzyć nowy z świeżo poznaną dziewczyną Noriko (W tej roli Minami Hamabe) i uratowanym z wojny niemowlęciem. Powoli wracający do normalności świat Shikishimy ponownie zostanie zaburzony, gdyż do kraju zbliża się Gojira, która niszczy wszystko na swojej drodze…

Jak widać z opisu fabuły, film „Gojira: Minus One” zawiera w sobie wiele z melodramatu o próbie układania życia na nowo, skutkach wojny i ciężkim okresie odbudowy Japonii. Stąd w nazwie te „Minus One”. Chodzi o to, że po IIWŚ Japonia zaczyna od zera, jednak atak Gojiry powoduje, że tak na prawdę jest to już wynik na minusie. Pokazana Japonia z lat 1945-47 wygląda wiarygodnie i tak samo przerażająca jak Warszawa z 1945. Wszędzie gruz i zgliszcza, głodujący ludzie oraz bezrobocie.

Postacie, zarówno pierwszoplanowe jak i te dalszoplanowe, są złożone i dobrze napisane. Główny bohater Shikishima – to postać, którą męczą wyrzuty sumienia z powodu nieudanej misji kamikadze oraz wydarzeń z wyspy Odo. Z jednej strony pragnie założyć nową rodzinę i chce dalej żyć, z drugiej czuje się niegodny drugiej szansy. Jego siostra ma pretensje do niego, że przeżył. Uważa, że jego ucieczka była przyczyną śmierci rodziców oraz jej dzieci. Jednak i ona z czasem pomaga jego nowej rodzinie, i stara się iść do przodu. Oishi Noriko ma również swoje wady i zalety. Z jednej strony kradnie, by przeżyć. Z drugiej zajmuje się nie swoim dzieckiem. Z czasem jej relacja z głównym bohaterem nabiera typowo małżeński schemat. Mamy tutaj także dobrze zgraną paczkę wyławiaczy min, mechanika samolotów Tachibanę no i żołnierzy z Wyspy Odo.

Okazuje się, że sama Godzilla nie jest najważniejsza w tym filmie, ale jest równie istotna. To ponownie symbol japońskiego lęku i traumy po atakach jądrowych na Hiroszimę i Nagasaki. Na przestrzeni tych 70 lat nasz wielki jaszczur był pokazywany różnorako, w filmie Yamazakiego jest ponownie niszczycielskim żywiołem. Warto wspomnieć, że to pierwszy japoński film, gdzie Gojira jest całkowicie stworzona przez efekty komputerowe. Nawet w ostatnim (dość dobrym) „Shin Gojira” z 2016 roku mamy do czynienia z gościem w gumowym kostiumie. I jak na śmiesznie niski budżet filmy (15 milionów dolarów) radioaktywna jaszczurka wygląda wspaniale! Efekty specjalne są świetne, a sam potwór wygląda przerażająco jak nigdy dotąd. Jej zachowanie przywołuje na myśl rekina ze szczęk czy też ksenomorfa z Obcego, gdyż jest po prostu maszyną do zabijania i niszczenia bez jakiegoś celu czy też wytłumaczenia. Jest nieprzewidywalna niczym żywioł, i to jest w niej najstraszniejsze. Co więcej jej radioaktywny podmuch, po raz pierwszy nie jest jakimś świecącym laserem jak z „Gwiezdnych Wojen” a bardziej przypomina wybuch bomy atomowej. Mam nadzieję, że ta wizja Godzilli pozostanie na dłużej i nie będzie przypominać człowieka jak w starych filmach z serii, czy też tych najnowszych z amerykańskich produkcji, gdzie gad się śmieje czy też biegnie niczym rambo.

Oczywiście, film ma również swoje wady. Dla europejskiego widza, nadekspresyjność okazywania emocji przez japońskich aktorów może wydawać się dziwna lub co najwyżej sztuczna. Nie przypadła mi do gustu zbyt ckliwa końcówka filmu. I też pewne zbiegi okoliczności w filmie wydawały mi się zbyt naciągane. Jednak są to drobnostki, gdyż człowiek oglądający hollywoodzkie blockbustery musi przymykać oko na większe głupoty. Największą zgrozę jednak budzi sposób dystrybucji tego filmu w Polsce. Pokazuje go tylko jednak sieć multipleksów i to w znacznie okrojonym wymiarze jednego, góra dwóch seansów na dzień. Szkoda, bo to na prawdę bardzo dobry film, który zasługuje na większą uwagę niż nadchodząca kolejna część monsterverse „Godzilla x Kong” czy też obecnie pokazywany serial „Monarch: Dziedzictwo Potworów„.

Podsumowując, „Gojira: Minus One” to film warty zobaczenia, nie tylko dla fanów serii. Najnowsza Godzilla idealnie łączy w sobie kino wojenne, melodramat oraz kino katastroficzne. Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Poza tym to najlepszy film z tej serii od czasu pierwszej części Ishiro Hondy z 1954 roku. Japończycy godnie uczcili 70 urodziny naszego wielkiego jaszczura. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

3 oldschoolowe horrory z lat 80, które warto zobaczyć

Trochę spóźniony halloweenowy wpis dla wszystkich kinomaniaków, którzy z nostalgią zerkają na produkcje klasy B a nawet C z lat 80. Zaznaczam, że nie będzie tutaj żadnych ikonicznych tytułów, tylko te mniej znane, które warto poznać!

Mieszkaniec podziemi / Cellar Dweller (1988, reż. John Carl Buechler). Na początek polecam film, którego szukałem od paru dobrych lat. Widziałem go w dzieciństwie, zapamiętałem zalążek fabuły i jedną scenę urwania głowy. Jednak te informacje były nie wystarczające bym sam znalazł film w internecie, ani też by na specjalistycznych forach ktokolwiek wskazał tytuł. Film w końcu znalazłem parę dni temu dzięki serialowi dokumentalnemu o horrorze z lat 80 pt. „Krwawa Dekada„. Film opowiada historię twórcy komiksów Clina Childressa (W tej roli Jeffrey Combs znany m.in. z „Re-Animatora„), który przy tworzeniu swojego najnowszego dzieła „Mieszkańca podziemi” korzysta z tajemniczej księgi. W efekcie, wszystkie wizje z komiksu spełniają się w rzeczywistości co przywołuje na świat kudłatego demona i doprowadza do pożaru, w którym ginie Childress. 30 lat później w tym samym budynku, w którym mieści się teraz pewnego rodzaju Akademii Sztuki pojawia się młoda fanka twórczości Childressa – Whitney Taylor (W tej roli Debrah Farentino). Postanawia ona reaktywować niedokończone dzieło swojego idola, co ponownie przywoła na świat straszliwe monstrum. „Cellar Dweller” to typowy horror klasy b z późnych lat 80. Niskibudżet jest widoczny pod każdym względem, jednak Buechlerowi udaje się stworzyć udany i interesujący film. Atutem na pewno jest samo monstrum, które jak na niskie środki finansowe wygląda przekonywująco. W dodatku sama historia jest ciekawa i generalnie wszystko w tym filmie się klei, co jest zasługą dobrego scenariusza. Sam film jest krótki (to tylko 77 minut) przez co ogląda się go sprawnie. Ocena 6/10.

Dom Pani Slater / The House on Sorority Row (1983, reż. Mark Rosman). Grupa młodych dziewczyn planuje zorganizowanie hucznej imprezy na koniec roku szkolnego. Jest tylko jedna przeszkoda – starsza pani Dorothy Slater (W tej roli Lois Kelso Hunt). Dziewczyny planują postawić na swoim i zrobić staruszce żart, jednak nie wszystko układa się jak należy a staruszka przypadkowo ginie. Do imprezy dochodzi, jednak dziewczyny mają podwójny problem. Pierwszy z nich to fakt morderstwa i próba zatuszowania go. Drugi, to tajemnicza postać, która widziała zajście i postanawia zabić uczestniczki tego nieszczęśliwego żartu… „Dom Pani Slater” to typowy slasher z lat 80, który stawia przede wszystkim na dwie rzeczy: ładne dziewczyny i krew. A tego tutaj nie brakuje. W końcu mamy grupkę młodych dziewczyn oraz tajemniczego seryjnego mordercę, który w różnoraki sposób będzie mordował ów damski narybek. Pomimo tej sztampowej formy sam film potrafi zaangażować i zaciekawić, fabuła jest prowadzona sprawnie a sam film nie przynudza. Film doczekał się remake’u w postaci „Ty Będziesz Następna„. Ocena: 7/10.

Demony / Demoni (1985, reż. Lamberto Bava). Jeżeli piszesz o horrorze z lat 80 to nie możesz nie wspomnieć o włoskim kinie z tego okresu. To jeden z grzechów ciężkich wszelakich recenzentów zapominających, że dobre kino powstaje także poza Stanami. Zwłaszcza, u nas w Europie. Włosi szczególnie wyspecjalizowali się w kinie gatunkowym, wystarczy wspomnieć spaghetti westerny. Horror to ich kolejne wyśmienite danie w kinowym menu. Lucio Fulci, Dario Argento, Umberto Lenzi i Lamberto Bava to czołowi reprezentanci gatunku. Dziś rzucimy okiem na dzieło ostatniego z nich. „Demony” to mordercza jazda bez trzymanki. Fabuła nie jest skomplikowana, gdyż pokazuje nam grupkę ludzi, którzy trafiają do sali kinowej. Podczas seansu filmowego dochodzi do pewnego rodzaju uwolnienia demonów, które zaczynają polować na ludzi. Film ma świetny klimat, sceny gore są kapitalne a akcja filmu jest intensywna. W filmie znajdziemy sporo kiczu, łącząc do tego mordercze demony mam jawną inspirację Samem Raimim i jego „Martwym Złem”. Film doczekał się aż dwóch kontynuacji. Ocena: 6/10.

Nigdy nie wracajcie po pluszaka – recenzja filmu „Goście”

W zasadzie na podstawie filmu „Goście” (oryginalny tytuł to: „Gæsterne„) w reżyserii Christiana Tafdrupa, można by sformułować więcej dobrych rad. Jednak niezbyt rozsądny powrót po pluszowego królika zaowocował tragicznym finałem, dlatego od tego stwierdzenia zaczynam swoją recenzję. Zacznijmy jednak od początku.

Włoskie, ciepłe, upalne lato. Gdzieś miedzy polami znajduje się mała mieścinka, a w niej kameralny ośrodek wczasowy. Tam wakacje spędzają dwie rodziny w składzie 2+1. Jedna z Danii – Bjorn (W tej roli Morten Burian) i Louise (Sidsel Siem Koch) wraz z córką Agnes, druga z Holandii – Patrick (w tej roli znakomity Fedja van Huêt), Karin (Karina Smulders) oraz syn Abel. Z początku obcy sobie ludzie znajdują wspólny język i postanawiają nawiązać znajomość. Wakacje mijają, po trzech miesiącach ich znajomość jest tylko wspomnieniem. Do czasu aż rodzina Patricka listownie zaprasza duńskich przyjaciół do kraju tulipanów. Bjorn wraz z żoną i córką wsiadają w samochód i jadą na weekend do Holandii. Spotkanie rozpoczyna się niepozornie, jednak z biegiem czasu robi się coraz dziwniej. Początkowe małe nieporozumienia takie jak karmienie mięsem Louise, która jest wegetarianką czy też zwracanie uwagi Agnes, narastają powoli i przeradzają się w agresję, która prowadzi do tragicznego finału.

Tyle opisem fabuły. Więcej wątków nie zdradzam, gdyż nie chcę zabierać Wam przyjemności z odkrywania tego filmu. „Goście” to thriller psychologiczny, który swoją budową mocno przypomina początkowe dzieła Romana Polańskiego. Christian Tafdrup porusza tutaj bardzo ważne pytania, które należałoby przełożyć na prawdziwe życie. To znaczy na ile możemy pozwolić innym ludziom na wpływanie na nasz komfort? Do, którego momentu możemy być uprzejmi, grzeczni a od którego asertywni, stanowczy czy nawet agresywni? Możemy tutaj dopatrywać się nawet przemyśleń politycznych. Do którego momentu warto się integrować, a od którego momentu powinniśmy stawiać swoje dobro ponad resztę.

Duńsko-holenderska produkcja stosuje wiele metafor, dlatego nie należy odbierać jej dosłownie i doszukiwać się na siłę logiczności w zachowaniach bohaterów. W tym przypadku jedna rodzina, wykorzystuje bierność drugiej. Co chwilę przesuwa granicę, która nabiera w końcu fizyczny wymiar. Na pytanie: „Dlaczego nam to robicie” odpowiadają „Bo nam na to pozwalacie” – i w tej, krótkiej wymianie zdań zawiera się całe przesłanie tego filmu.

Metaforyczność, przesłanie, czy też zasadne rozważania na temat współczesnego społeczeństwa to nie jedyne zalety tego filmu. To w końcu thriller psychologiczny, który swoim gęstym, mrocznym klimatem oraz wprowadzaniem poczucia dyskomfortu u widza, sprawia, że oglądamy po prostu dobry film. Tafdrup, niczym wspomniany wcześniej Polański nie daje łatwych i szybkich odpowiedzi. Droczy się z widzem do samego końca. Co więcej nie mamy tutaj typowego hollywoodzkiego podejścia. Nie będzie heroizmu. Zamiast tego dostaniemy paraliżujący strach, czyli to z czym mamy do czynienia w prawdziwym życiu. W jednej z końcowych scen Patrick zostawia kluczyki z auta w stacyjce, a sam idzie „pod krzaczek”. Jednak ofiara jest zbyt słaba by uciec… Co więcej w filmie duńska rodzina ma wiele sposobności by uciec z tej chorej sytuacji, jednak cały czas pozostają w Holandii. Raz nawet już są w drodze do domu, jednak postanawiają wrócić po pluszowego królika Agnes….

Podsumowując, thriller psychologiczny „Goście” to kapitalny film i jeden z lepszych z ów gatunku, który pojawił się w ostatnim czasie. Jego głównymi atutami są: klimat, narastające poczucie zagrożenia, nieprzewidywalność oraz zasadne pytania, które zadaje widzowi podczas seansu. Ocena: 9/10.