Heineken Open’er Festival ‘09

Przed paroma dniami zakończyła się ósma edycja Heineken Open’er Festival. Dzieci, które zostały spłodzone podczas pierwszych edycji kończą przedszkola, wybierają się do szkół, a za parę lat same wybiorą się na openera.Tymczasem tegoroczna edycja, obfitująca w gwiazdy nie zawiodła. Zacznijmy zatem od początku.

The Car is On Fire

The Car is On Fire

Festiwal rozpocząłem, podobnie jak w 2007 od koncertu The Cars is on Fire. Podobnie jak przed dwoma laty punktualnie o 19 dało się usłyszeć pierwsze dźwięki w wykonaniu TCIOF. Z tymże w tym roku na pierwszy ogień poszła tytułowa piosenka z nowej płyty zespołu i od razu porwała tłum do pląsów pod sceną. A propos, w odróżnieniu od ostatniego występu TCIOF na Openerze muzycy zagrali na scenie namiotowej i to im wyszło na dobre, bo jak niedawno wspomniał Paweuu TCIOF jest zespołem klubowym. Tent Stage dała namiastkę nieco kameralnej atmosfery co odbiło się bardzo dobrym wrażeniem jakie wywarł zespół

Renton

Renton

Nieco później Festiwal miał ruszyć ze sceną główną, zatem po zakończeniu koncertu w namiocie przeniosłem się pod Main Stage, gdzie spotkało mnie największa porażka imprezy. Zespół Renton. Chłopaki grali, skakali, starli się, ale do dupy to było podobne. Może na jakieś mniejszej scenie tak, ale niestety na głównej im nie poszło. Nie był to jednak koniec rozczarowań tego dnia. Chwilę później na festiwalu miał się zaprezentować jeden z najbardziej oczekiwanych zespołów. Można to było poczuć stojąc w niewyobrażalnym ścisku pod sceną (chcących poczuć namiastkę atmosfery panującej w tym czasie zapraszam do czterypjony o siódmej rano). Chwilę przed dwudziestą drugą, kiedy w namiocie wspaniały koncert dawali Szwedzi z tercetu Peter Bjorn and John, emocje na Main Stage sięgały Zenitu, bo oto za moment na scenie miała pojawić się jedna z największych gwiazd Openera09 – Arctic Monkeys.

Late of The Pier

Late of The Pier

Kiedy wyszli na scenę nikt nie spodziewał się, że będzie to jeden z gorszych festivalowych występów. Alex Turner z fryzurą na Maryjusza z chłopakami grali bez polotu i finezji, a do tego dwukrotnie mieli awarię sprzętu. In plus zagrali kilka premierowych utworów, które ukażą się wkrótce na ich nowej płycie. Polska publiczność była pierwszą, która mogła to usłyszeć-fajnie mieć tego świadomość. Niestety z tego powodu zabrakło czasu (a może chęci) na sztandarowe wydaje się Dancing Shoes czy Fake Tales in San Francisco. Osobiście cierpiałem z powodu braku Certain Romance. Ogólnie zabawa pod sceną była, ale po koncercie pozostał spory niedosyt. Tego dnia odbyły się jeszcze koncerty m.in. Basement Jaxx, Late of the Pier, ale byłem zbyt spocony, żeby na nich zostać,a po za tym była szansa na ciepłą wodę pod prysznicem i szkoda  było tej szansy nie wykorzystać.

The Gossip

The Gossip

Drugiego dnia koncertowanie zacząłem od występu Marii Peszek na scenie głównej, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zdziwiłem się jak sprawną wokalnie artystką jest pani Maria. Do tej pory myślałem, że lansuje się ona tylko skandalizującymi tekstami swych utworów. Jeżeli chodzi o show muzyków i zabawę publiczności można było odnieść wrażenie, że właśnie występuję gwiazda wieczoru. No i tekst Marii ‚Szkoda, kurwa, że jest tak jasno, ale was przynajmniej widzę’. Nieźle. Ale lepsze było to co nastąpiło później. Mianowicie Gossip. 45minut zrytej imprezy. Beth szalała i ludzie szaleli. Ale i to nie był najlepszy występ drugiego dnia festiwalu. W tej materii pałeczkę przejęli kolesie z The Kooks.

Duffy

Duffy

W oczekiwaniu na ich koncert powtarzałem sobie w myślach, że może i są idolami, piszczących w tej chwili, nastolatek, ale w końcu są też rockandrollowcami, którzy nie stronią do używek, rozpierdzielają pokoje hotelowe i jeżdżą wesołym autobusem w trasy. Przekonała mnie też wypowiedź Luke’a, który stwierdził, ze nikt nie chciałby grać muzyki dla starych facetów, za to dla młodych dziewczyn owszem. Atmosfera, która panowała podczas koncertu gorąca była jak barszcz w miarce. Luke spokojnie mógł się ograniczyć tylko do wiosłowania, bo śpiewaniem zajęła się publiczność i to nie tylko ta nastoletnia i piszcząca. Kontakt Kooksów z tłumem nie ograniczał się tylko do wspólnego śpiewania, Luke dużą część występu spędził pod sceną, na barierkach. Zmacany, ale szczęśliwy. Chyba wiedział co mówił odpierając zarzuty o granie dla nastolatek;) Po Kooksach poszedłem sobie do namiotu zobaczyć Duffy. Zobaczyłem. Fajnie. Po Duffy wystąpił duet Crystal Castles i rozpierdolił namiot, ale tego już nie widziałem bo było zbyt duszno od zielonego dymu.

O północy grał sprzedawca herbaty Moby i myślę, że jest to najlepszy muzyk wśród sprzedawców herbaty. Półmetek festiwalu. Należą się pozdrowienia panom od ToiToi’i, bo gdyby nie oni na terenie campingu istniałoby ryzyko epidemiologiczne, a tak ryzyko było tylko w kabinach prysznicowych.

Faith No More

Faith No More

Sobotnie koncerty w przeciwieństwie do piątkowych skierowane były do starszej publiczności. Wszak zarówno Madness jak i Faith no More debiutowali dwadzieścia parę lat temu. Pierwsi mieli zagrać o 20 na Main Stage’u, ale nie zagrali bo mieli opóźnienie na lotnisku i zostali przeniesieni na World Stage. Na koncercie nie byłem, ale podobno było fucking lovely. Faith No More grali ładnie, zajebiście natomiast śpiewał Mike Patton. To co robił z krtanią mogłoby posłużyć laryngologom jako temat pracy doktoranckiej. Ciekawym urozmaiceniem było posłuchanie panów Waglewskich, którzy zagrali nieco wcześniej w namiocie. Pan Fisz ekwilibrysta języka oraz pan Emade ze swoim palcem skutecznie porwali publiczność. ‚Hej ludzie jesteście gotowi?’ ‚Tak, tak, jesteśmy gotowi!’ Gorączki sobotniej nocy nie było, za to nadeszła w niedzielę.

Moim zdaniem najciekawszym dniem festiwalu była właśnie niedziela. Zaczęta dość wcześnie, o siedemnastej na tent Stage zagrał polski zespół The Black Tapes. Wg opisów mieli grać swedish rock’a no i grali, a wokalista ruchem scenicznym przypominał pana z The Who. Mieli trochę problemów ze sprzętem, ale cały koncert sprawił, że nastrojony byłem pozytywnie do dalszej części wieczoru. Rozstroił trochę OSTR, ale ten czas można było poświęcić na prysznic. W końcu nadszedł czas na Lilly Allen. Nie pokazała sutków, za to miała fioletowe włosy, które okazały się peruką. Resztę można poczytać na Pudelku.

Kings of Leon

Kings of Leon

Do następnego koncertu na Main Stage było jeszcze trochę czasu, więc poświęciłem go na przechadzkę po miasteczku festiwalowym aż dotarłem do namiotu, w którym grał indie zespół z polski. Chłopcy dawali radę. ‚Kto to kurwa?’-pomyślałem. Okazało się na bisie. ‚Zaspane poniedziałki’. I wszystko jasne. Jeżeli będziecie mieli okazję zobaczyć zespół Kumka Olik na żywo to nie wahajcie się. Warto. Po kumkach i olikach nadszedł czas na najbardziej wyczekiwaną gwiazdę, gwóźdź tegorocznego openera, the best of the best of the best. W końcu o 22:30 na scenie głównej pojawiłą się trójka braci i ich kuzyn. Panowie Followil. Kings of Leon. Normalnie ciary po plecach. Vocal Caleba. Knock Out, Sex on Fire, Charmer, Use Somebody. Warto było dać 3 stówy chociaż za ten jeden koncert. Najlepsze jest to, że obiecali, że zagrają znów. Trzymam ich za słowo. Tak kończy się dla mnie Opener 09, nie chciałem sobie psuć przyjemności, jaką odczuwałem po koncercie KOL, koncertami Placebo i The Prodigy.

Autor: Boo

Słowo od Paweuu’a: Jest wiele powodów dla których nie pojechałem na ten festiwal. Pomijając brak czasu oraz sesję w tym czasie należy przede wszystkim wspomnieć o koszcie wyprawy. Żyjemy w na prawdę biednym kraju. Jednak gdyby się już tam znalazł to z pewnością wybrałbym trochę inny zestaw koncertów niż Boo. Nie wiem jak wygląda rozpiska i czy coś na coś by się nakładało, ale napiszę o zespołach, których występów nie chciałbym pominąć. Myślę, że Basement Jaxx sprawiłby mi frajdę niczym LCD Soundsystem. Chętnie sprawdziłbym live M83, Late of The Pier oraz Ting Tings. Sprawdziłbym czy nastąpił jakiś progres jeżeli chodzi o The October Leaves, który niegdyś hajpowałem. Mimo wszystko poszedłbym na nudne Placebo by odchaczyć, że byłem. Na Prodigy chętnie bym się pogibał. Są to już dziadki, ale podobno wracają do formy.To tylko część koncerów, które pominął Boo. Przygotowania na Offa trwają!

The Car Is On Fire – Katowice, 05.06.2009

DSC00260Widziałem ich wcześniej raz i nie wywarli na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Mimo, że był jeszcze wtedy Borys Dejnarowicz oraz wspomagał ich dodatkowo Kaczor Donald to sam gig był nie najwyższych lotów. Bo Panie Ziółkowski The Car Is On Fire to zespół klubowy a nie plenerowy.

Katowice są mocno brzydkie a sam Cogitatur dla mnie ciut pretensjonaly i snobistyczny. Jednak ma to swoje uroki gdy do miasta zawita jeden z najlepszych indie-popowych zespołów w tym kraju. Ludzi garstka, ale wśród 30-40 łepków było wielu wyróżniających się typów. Różnorodność zatem obecna.

Zespół bez supportu, ale elegancko, modnie spóźniony mimo, że w samym klubie byli już wcześniej i namiętnie ćwiczyli repertuar. A mieli co ćwiczyć bo to początek trasy promującej najnowszą płytę Ombarrops! I jak było do przewidzenia setlista składała się głównie z najnowszych kawałków z domieszką hitów z ery Lakes & Flames. Sam początek nie był porywający. Death Of A Customer nie porwał od razu ludzi do tańca. Przyszło to trochę później z bardziej ostrymi gitarkami i większą ilością wypitego piwa przez widownię. Prawdę mówiąc ludzi było za mało, żeby „napierdalali” a szkoda bo był przy czym. Oh Joe czy Can’t Cook chociażby. Nie zabrakło Such a Lovely. Generalnie zespół z minuty na minutę się rozpędzał i szczytowanie było praktycznie na samym końcu. Poskutkowało to podwójnym bisem a ludzie chcieli jeszcze.

Była to miła zapowiedź przyszłego występu, który odbędzie się podczas Off Festivalu w Mysłowicach. Obowiązkowo trzeba tam być. Mam tylko nadzieję, że warszawiacy wystąpią w namiocie. Ostatecznie scena leśna. Koncert w sumie trwał grubo ponad godzinę. Szczerze mówiąc nie patrzyłem na zegarek. Nie miałem na to czasu, gdzye tyle fajnych rzeczy dizało się na scenie. Impreza przeniosła się do pobliskiego Carpe Diem gdzie chwytałem chwilę przy utworach The Beatles i Village People. Wieczór zaliczyć można do udanych.

Psychocukier – Mikołów, 22.04.2009

dsc00232Mikołów to miasto piękne, ale jeżeli chodzi o ciekawe wydarzenia kulturalne związane z nim to ponadprzeciętnie nudne. Koncertów godnych uwagi policzyć można na palcach jednej ręki. Także ucieszyła mnie wiadomość, że kapela Psychocukier będąca ostatnimi czasy na fali zagości na moim podwórku.

W zasadzie nie interesowałem się dokonaniami grupy do czasu aż dowiedziałem się o tym gigu. Przed koncertem zapoznałem się z pierwszą płytą Małpy Morskie oraz kilkoma piosenkami z najnowszej płyty No More Work. Może nie są tak odkrywczy jak o sobie sami piszą, ale są popularni dzięki interesującemu wizerunkowi disco wąsaczy z lat 70 oraz blogaskowi na którym jadą po wszystkich, którzy osiągnęli sukces (obojętnie jaki) od Much po Out of Tune.

Fraktal to Klub Studencki, który przyciąga ostatnio nie tylko indie młodzież, wszelkiego rodzaju brudasów i punków a także i kolesi w luźnych gaciach. Można było się spodziewać, że tłoków raczej nie będzie. Koncert w środku tygodnia mimo wszystko nie przyciągnie tłumów nawet gdy wjazd jest free. Może gdyby całą akcje lepiej rozreklamować? Jednak wąskie grono słuchaczy ma swoje zalety. Lepsza relacja na Lini artysta – doznający.

Heartsgarage to zespół z Bytomia, który supportował Psychocukier. Kilka moich przemyśleń na temat tego zespołu. Technicznie całkiem nieźli. Basista dawał radę, gitara ok a perkusista to najmocniejsze ogniwo zespołu. Koleś miał nawet swoją solówkę i mógłby rywalizować z najlepszymi. Jeżeli chodzi o wokal i lirykę. No właśnie… Największa bolączka młodych zespołów grających nie tylko hardcore. Teksty o niczym i o jabolu plus wokal gorszy nawet od Ostrowskiego. Cieniutko, cieniutko. Bez większych emocji jeżeli chodzi o tych młokosów.

Psychocukier. Gdy już dzieciaki z Bytomia posprzątali swój sprzęt weszli „gwiazdorzy” z Łodzi. Po stworzeniu atomsferu kiczu poprzes dodatkowe podświetlenie perkusji i założenie kolorowych ciuszków i ciemnych okularów zaczęli bez pardonu do napierdalnia na swój, własny indie sposób. Przedstawili się jako Placebo, ale chyba nikt tego nie kupił. Swoją drogą, czemu wszyscy chcą być Placebo albo Interpolem? Nieważne. W przerwach między utworami próbowali sobie dowcipkować. To podawać przepis na kapuśniak a to innym razem cieszyć się z przyjazdu do Sokołowa. Większość  60 minutowego występu to utwory z No More Work, ale znalazło się też miejsce i na utwory z debiutu (Harry J!!!). Zabrakło mi Orbisona. Gdy zapytałem menadżera grupy czemu nie ma tego cukorwego klasyka? Ten mnie spłoszył hasłem, że i tak miałem koncert za darmo. Basista Deuce dorzucił, żeby wpaść na jutrzejszy koncert do Katowic, ale bilet bedzie kosztował 200 złotych bo przed nimi będzie jeszcze 6 kapel, które próbuja się dostać na Maj Festiwal na Muchowcu. Pośmiewne chłopaki.