Wielkie Derby Śląska 2009

Ruch Chorzów vs Górnik Zabrze. Wielkie Derby Śląska. Dlaczego takie wielkie? Ruch i Górnik to najbardziej utytułowane drużyny w Polsce. Nie tam żaden Lech, ŁKS, Wisła czy Legia tylko Górnik i Ruch zdobył najwięcej tytuł Mistrza Polski. Jednak są to stare dzieje i obecnie obie drużyny w żaden sposób nie nawiązują do historii.

Ruch niedawno powrócił do Ekstraklasy, Górnik natomiast mimo trenera z nazwiskiem (Kasperczak) nie potrafi się przebić nawet do środka tabeli. Dlaczego poszedłem na Derby? Jak to zwykle szuka się nowych wrażeń. Derby Śląska póki co to jedyny mecz w Polsce, który przyciąga takie tłumy. Ponad 40 tysięcy kibiców to jak na Polskie warunki ogromna liczba. Pojedynek Ślązaków jest niczym walka Rocky’ego z Ivanem Drago.

Urodziłem się w Chorzowie, mieszkam w Mikołowie. Teoretycznie jestem niebieski, jednak mnie bardziej ciągnęło na San Siro niż na Cichą 6. Jednak tym razem stwierdziłem, że kiedyś musi być ten pierwszy raz. Oto moje wrażenia:

Zacznijmy od samego meczu. Mecz stał na niskim poziomie. Bardzo niskim poziomie. Górnik co prawda wygrał 1:0, ale obie drużyny grały tak zwany „piach”. Nie zobaczyłem na boisku ani jednego wartego uwagi piłkarza. Ot zwykli kopacze. O ile rok temu Ruch wygrał głównie dzięki Nowackiemu to tym razem pomocnik Niebieskich zawiódł na całej linii. Chorzowskim brakowało kogoś z jajami w środku pola, kogoś kto by pociągnął całą drużynę. Niegdyś kimś takim był właśnie  Marcin Nowacki, niczym Kaka dla Milan. Górnik nie przegrał bo był lepiej przygotowany do tego meczu fizycznie, co było widoczne gołym okiem.

Kibice. Zacznijmy od plusów. 40 tysięcy ludzi na legendarnym obiekcie. Stadion Śląski. Jeszcze nasz narodowy stadion. Tutaj Polska toczyła ciężkie boje z ZSRR, Anglią, Holandią itd. Taki tłum robi wrażenie. Oczywista była dominacja kolorów jasnoniebieskich. Minus? To co się działo w przerwie meczu. Cały czas słuchało się haseł typu: „przyjdź z całą rodziną na wielkie derby”. Powiedzcie mi jak ma być na stadionach więcej ludzi, rodzinna atmosfera? Kiedy nawet podczas takiego meczu co poniektórzy muszą wyskoczyć poza barierkę i rzucać w policjantów czym popadnie? I jak ma się odbyć EURO 2012 w Polsce, gdy podczas najważniejszego meczu w Ekstraklasie dochodzi do takich incydentów? Policja też mogłaby trochę lepiej podejść do tego co robią. Ich zadaniem jest raczej opanowanie sytuacji a nie dodatkowe prowokowanie. Za rok może by tak zrobić derby, gdy nie będzie już śniegu?

Oprawa meczu genialna. Widać było, że ultrasy obu drużyn dołożyły wszelkich starań by zdominować stadion. Kibice Niebieskich zostali zaopatrzeni w niebieskie płaszcze przeciw deszczowe. Efekt niesamowity. Pół stadionu zalana jasnoniebieskim kolorem. Sympatycy Górnika po zakończonym meczu paradowali z gołymi klatami co także wyglądało naprawdę fajnie.

Czy pojadę znowu na Derby? To zależy. Jeżeli mecz miałby stać na tak niskim poziomie a w przerwie miałbym być świadkiem idiotyzmu pseudokibiców to z pewnością nie. Jednak fajnie jest poskakać, pomachać szalikiem i na całe gardło drzeć: „Górnik, Gieksa dwa pedały!”.

Off Festival 2008

clinic

Clinic

No i w końcu piszę relację z wydarzenia o którym trąbiłem ostatnie dwa miesiące. Pojechałem, zobaczyłem, piszę. Piszę bo byłem a byłem bo musiałem. Musiałem bo Off w tym roku zapowiadał się wyjątkowo i taki był.

Off Festival rozpoczął się 8 sierpnia. Przez dwa dni na 5 scenach można było zobaczyć około 50 wykonawców. Trzeciego dnia odbył się jeden koncert Iron and Wine. Wszystko odbywało się w Mysłowicach w miejscu zwanym Słupna Park. Była to trzecia edycja tego festiwalu, którego pomysłodawcą jest Artur Rojek. Z roku na rok widać coraz większy progres jeżeli chodzi o wykonawców i organizację. Miałem jechać na dwie poprzednie edycje, ale dopiero ta trzecia nie pozostawiła mi wyboru. Musiałem.

of Montreal

of Montreal

Piątek. Tygodnia koniec i początek. Wyjazd z Mikołowa do Katowic, z Katowic to Myslovitz. Miło, że blisko bo transport mnie kosztował 4 zł w jedną stronę. Lokowanie na Polu Namiotowym poszło sprawnie. Rozbijanie namiotu szybko, ale wcześniej Mocarz. I w tym miejscuuu napiszę o polu namiotowym. Kameralne, podzielone segmentami, ale do tojasa daleko. Praktycznie to fajnie na nim było, tylko te odległości do wc czy na sam festiwal. Jeżeli chodzi o żarło. To Biedronka Rulez. Czyli na żarciu można było także nieźle zaoszczędzić. Pogoda. Rozczarowanie! Miał być grad a nie było! A tak na serio to już jestem zahartowany i nie przeszkadza mi burza, deszcz, śnieg.

Pierwszy dzień zacząłem od poznania obszaru festiwalowego. Piwo było, żarcie było, pamiątki były, toalety były. Generalnie git. Afro Kolektyw. Pierwszy gig, który widziałem. W namiocie gorąco. Przez te 30 min opierania barierki zdążyłem się nieźle spocić. Nasze polskie hip-hopowe nie wiadomo co dało nawet fajny koncert. Chcieli grać dłużej niż pół godziny, ale nie było szans. W ogóle koncerty na Offie były tak rozplanowane, że w zasadzie można było zobaczyć wszystko. Oczywiście nakładało się parę koncertów na siebie, ale nie było możliwości by nie zobaczy Mogwaia, Clinica, Menomene itd. Miało to także złe strony. Koncerty do bardzo późnych pór i zero bisów. Po Afro Kolektywie udaliśmy się z kompanem pod scenę Biedronka na występ Mocarza. Ogólnie z piwem było ciężko i każdy musiał główkować. Na terenie festiwalu lanych Lech był za 4 zł. Jeżeli chodzi o cenę to nie tak tragicznie, ale wiecie jak o z piwem lanym na takich festiwalach. Nieopodal była biedronka. Ceny i wybór fajny, ale nie dość, że piwo ciepłe to jeszcze nigdzie się go nie napijesz. Na festiwal z nim nie wejdziesz. Tam jedno piwo by się dało przemycić, ale szkoda zachodu dla jednego browara. Po drugie na ulicach policji sporo. Trzeba szukać miejscówek bo do namiotu daleko.

Clinic

Clinic

Znowu wróciłem do namiotu offensywy. Grały Muchy. Dookoła wszyscy bo to był pierwszy konkretny koncert tego dnia. Na dodatek lunęła ulewa i każdy wbijał pod namiot. Czwórka indie rokowców z Poznania wyszło w sztormiakach. Koncert tak pół na pół. Dobre momenty gdy grali utwory z Terroromansu. Te nowe piosenki zupełnie słabe. Gdy grali Państwa-Miasta słyszeć można było: „nie to nudne już jest”. Zgadzam się, zupełny brak polotu w porównaniu z takim „Najważniejszym Dniem” czy „Zapachem Wrzątku”. Gdy zaczęli grać bis wyszedłem by nie spóźnić się na of Montreal. Przestało padać akurat i wyszło nawet słońce. Sam koncert of Montreal był zajebisty. Chyba najlepszy na całym festiwalu. Kolorowe wizualizacje, ciekawe stroje, wystrój Barnesa i golenie wąsika to tylko część atrakcji z tego wyjątkowego koncertu. Większa część setlisty pochodziła z „Hissing Fauna, Are You Destroyer?” co jest całkiem na plus. Generalnie było mocno tanecznie. Bardziej tanecznie niż nawet jak byłem na LCD Soundsystem. Barnes dodatkowo zachowywał się jak Matt Bellamy tylko bez patosu. Zaraz po of Montreal miał zacząć się mój najważniejszy koncert. Chodzi o Clinic. By mieć zajebistą miejscówkę urwałem się z końcówki of Montreal. Clinic nie grał na scenie głównej. Na początku było to dla mnie dziwne, teraz rozumiem tą decyzję. Scena leśna najlepiej oddawała ich muzykę. Koncert był bardzo dobry. Połowa utworów z Do It druga połowa to największe hity. Przez cały czas ostre pogo co nawet było czasami śmieszne. Większość nie znała ich muzy i najzabawniejsze było jak zaczynali pogować przy Free Not Free a tu nagle zmiana na sielnakowość a tłum nie wie co robić… Skończyli grać a ja czułem mały niedosyt. Odwróciłem się by iść do tojasa (Na Offie nie było praktycznie bisów) gdy nagle wyszli i usłyszałem pierwsze riffy Cement Mixer. Wiedziałem w tym momencie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem Świata. Uczucie podobne do tego jak Milan wygrywa LM, dostajesz 3 z fizyki itd. Istne doznanie absolutu. Po Clinicu chwila na złapanie oddechu bo przede mną jeszcze parę godzin zajebistej muzy. Poszedłem pod scenę Główną by zobaczyć pierwszy raz w życiu Hey. Nie powalili mnie. Nie zaintrygowali. Typowe polskie granie. Lubię trochę Hey, grali hity, ale nic szczególnego w moim życiu się nie zmieniło po tym występie. Na dodatek Nosowska zapomniała tekstu w jednej z piosenek. Gdy zaczęli grać następna piosenkę gdzie tekst był anglojęzyczny mój kompan skwitował to tak: „a po angielsku to pamięta…”. Koniec Hey.

Mogwai

Mogwai

Musiałem iść do tojasa, musiałem. Kolejka jak ch… w sensie długa. Siedzę, w zasadzie lewituje i słyszę Caribou. Caribou widziałem przez jakieś pół godziny i to z daleka bo nie miałem sił przedzierać się przez błoto pod scenę. Grali na prawdę porywająco. Dla wielu to właśnie Caribou dało najlepszy koncert. 15 minut do Mogwai. Dla mnie i mego kompana to miał być koncert dnia (Dla mnie na równi z Clinic). Ludzi w ciul. Sam Rojas wyszedł ich zapowiedzieć. Ubogo w słowach, ale jak sam stwierdził – „nie ma co gadać, sam czekam na ten występ”. Wychodzi Mogwai i zaczynają zabijać ludzi dźwiękami. Oczywiście tylko tych, którzy ich znają i wielbią. Bo wielu przyszło ich tylko zobaczyć bo w tv mówili, że to największa gwiazda. I dlatego słychać było ziewy itp dźwięki. Pewnie się zawiedli, że nikt nie śpiewał. Przy pierwszym utworze na scenę wtargnął jakiś maniak by zaprezentować się w chwili glorii gdy obok niego stali Szkoci z Mogwai i patrzyło się w tą stronę 10 tysięcy ludzi. Dla wielu to był punkt kulminacyjny tego koncertu. Mogwai dla mnie był świetny. Trans, trans, kurtka trans. Zagrali parę piosenek z nadchodzącej płyty i parę hitów. Świetnie było. Wkręciłem się w ich klimaty. 1:15 minut stania w jednym miejscu z bolejącą kostka dało swoje. Byłem nie miłosiernie zmęczony, że ledwo doczołgałem się do namiotu. Trochę mi było żal, że nie mam sił na Waglewskich czy też Dat Politics. Jednak to były takie pory, że nawet zdrowi nie dawali rady wytrzymać.

Menomena

Menomena

Dzień drugi. Deszcz padał dalej. Dlaczego nie ma gradu? Szedłem na Rentona, ale po drodze zaszliśmy na żer i potem czekaliśmy jeszcze 15 minut na busa by przejechać jeden przystanek. Zaszliśmy na Scene MySpace. Najbardziej śmiesznie żałosna scena festiwalu. Ulokowana na boisku do siatkówki obok placu zabaw. Scena ograniczająca się do białego namiotu ogrodowego. Nagłośnienie tak marne, że nawet stojąc pod kolumną nadal słyszałeś pierdy spod sceny głównej. Dobra, nieważne. Grał Kawałek Kulki. Do czasu jak śpiewała babka szło jeszcze tego słuchać. Poszedłem zobaczyć tego całego Czesława. Podobno live jest zajebisty. Sobie pomyślałem, że skoro irytuje mnie na płycie to będzie miał u mnie plusa za występy live. I co? Ci wszyscy ludzie doszczętnie mi obrzydzili Czesława. Jeszcze grał te swoje piosenki o żabie itd. Lepiej to brzmiało niż na płycie, ale nie idzie tego na dłużej słuchać. Tego nie powinno być na Offie. Prędzej Open’er. Poza tym te bycie zabawnym na siłę a la Mozil. Robił z siebie idiotę w moich oczach. Czasami mu się udało powiedzieć coś zabawnego a czasami mówił, że cieszy się, że są drzewa albo chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie powiedział bo zapomniał. Dość o nim. Po tym koncercie postanowiłem odwiedzić w końcu Scenę Structura Experimental. Akurat muzykę starał się preparować Karol Schwarz All Stars. Scena mieściła się w jakimś małym pomieszczeniu. W środku zaduch i sielankowe nastroje, wszyscy leżą i słuchają tego jazgotu. Mimo mojej tolerancji dla muzyki alternatywnej musiałem wyjść po 3 utworach na dodatek kazali nam wstać z zolu.

British Sea Power

British Sea Power

Będąc na zewnątrz usiałem na ławce i kontem oka obserwowałem ten cały Izrael’ 83. Będę szczery. Nie lubię reagge, nie lubię dredów i nie lubię piosenek o Babilonie. Z resztą ile można słuchać tekstów w stylu „naród musi wolny być” ? Wróciłem pod scenę MySpace. Była nieopodal, za ławką. Był akurat występ Karpaty Magiczne/The Band of Endless Noise. Nie zaintrygowali mnie. Poszedłem na Menomene, reszta wolała zostać na Czesławie again. Menomena grała fajnie. Zagadywali w stylu: „Hi I’m Justin” i opowiadali o sobie trochę w czasie gdy naprawiana była perkusja. Cieszyli się, że są w Polsce. Fajne chopki. Zagrali największe hity i się zmyli pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Dla wielu koncert był bez fajerwerków, ale co oni mogą wiedzieć jak wtedy byli na tym boskim Duńczyku. Po Menomenie chciałem wbić na Singapore Slang. Fajne dźwięki szło usłyszeć spod namiotu, ale nie dało się wbić za nic. No to poszedłem na British Sea Power. Ci to dali czadu na prawdę. Jak ktoś ci mówił, że było to słabe to znaczy, że mało wie i doznaje przy tekstach w stylu „uciekła babeczka z miasteczka”. Rozkręcali się z minuty na minute. Ostatni utwór to była istna miazga. Koncert kończyli w istny musowym stylu. Nie zabrakło powiewających flag. Scena ozdobiona w roślinki. Było supcio. I tym występem zakończyłem Off Festiwal 2008.

Podsumowując. Było fajnie mimo, że kulałem jak pomocnik Doktora Frankensteina i, że mnie wszystko bolało. W ogóle przeczytajcie drugą nie oficjalną recenzję Off Festiwal. Ludzie byli fajni, nietypowi bo muzyka nie typowa. Miłe wrażenie po Offie miałem. W niedzielę na Iron and Wine nie byłem bo nie miałem biletu, suchych skarpetek i sił. Do zobaczenie za rok.

Heineken Open’er Festival ’07

Już jest za nami kolejna edycja najlepszego obecnie Polskiego festiwalu muzycznego jakim jest Heineken Open’er Festival. W tym roku byłem naocznym świadkiem całego tego muzycznego zamieszania. Oto sprawozdanie z najważniejszego muzycznego wydarzenia w tym roku w Polsce.

28 lipca o godzinie 12:00 zostało otwarte pole namiotowe dla ludzi, którzy wcześniej sobie zarezerwowali miejsce na polu. Na początku zakupiony bilety trzeba było zamienić na dwie opaski. Jedna zielona – dająca prawo wejść na koncert, druga żółta umożliwiająca wejście na pole namiotowe. Należy przyznać, że wszystko było dosyć dobrze przygotowane. Duża liczba ochroniarzy pomagała utrzymać porządek. Można się tylko przyczepić do odprawy na pole namiotowe bo kolejka przez dwa dni ciągnęła się w nieskończoność. Ludzie napływali z całego kraju oraz Europy. Czasami się wydawało, że się nie jest w Polsce słysząc wszędzie obce języki. A można było spotkać: Anglików, Niemców, Francuzów, Czechów, Norwegów, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan oraz Czechów.

Na miejscu można było zamienić pieniądze na specjalne bony, które stanowiły środki płatnościowe na terenie festiwalu. Na polu znajdował się sklep z artykułami spożywczymi oraz namiot Tele Pizzy, jednak cenny były mocno wysokie toteż większość zapatrywała się w pobliskich sklepach spożywczych. Obszar festiwalowy to: Scena główna, scena mała, namiot oraz miasteczko festiwalowe. W miasteczku można było kupić coś ciepłego do jedzenia i przede wszystkim wypić lanego Heinekena. Był tam także tak zwany Chillout, dla nie wtajemniczonych to takie miejsce gdzie leci na około psychodeliczna techniawka.

29 czerwca miały już odbywać się pierwsze koncerty. Jako pierwsi zagrali: Bruno Schulz na małej scenie oraz Afro kolektyw w namiocie. Jednak pierwszy koncert, który zobaczyłem osobiście to występ zespołu The Car is On Fire na scenie głównej o godzinie 19:00. Występ ciekawy, muzycy zagrali w ciągu 90 minut największe swoje przeboje takie jak: Neyorkewr czy też Oh Joe. Warto dodać, że wraz z zespołem wystąpił… Kaczor Donald! Jeden z anonimowych muzyków wystąpił ze zespołem w masce znanej postaci Walta Disneya. Następnie na scenie pojawili sie muzycy z Sonic Youth. Zespół istniejący grubo pond 20 lat zagrał swoje największe hity dzięki czemu oczarował publikę. W jednym z utworów została wykorzystana audycja Polskiego radia. O godzinie 23:00 wystąpił zespół The Roots, jedna z legend Hip-Hopu. Także ciekawy występ. Natomiast o 1:00 na scenie głównej pojawił się Larurent Garnier, którego występu nie obejrzałem z powodu dość prostego. Nie interesował mnie ten koncert. Największe rozczarowanie tego dnia to występ Dizzee’go Rascala, który wcale się nie odbył o godzinie podanej w przewodniku!

30 czerwiec to dzień w którym zobaczyłem tylko dwa koncerty, ale jakże wspaniałe. Przez połowę dnia padał deszcz, nawet w jednym momencie grad. Pole namiotowe zamieniło się w bagno i trzeba było ratować co poniektóre namioty. Obszar koncertu także został zalany tworząc jedną wielka kupę błota w której o dziwo ludzie dobrze sie bawili. O 19:00 wystąpił O.S.T.R. a dwie godzony później Groove Armada, jednak nie obejrzałem tych występów z powodu upiornego deszczu. Gdy w końcu przestało padać, rozpoczął się długo wyczekiwany występ grupy Beastie Boys. Grupa zachwyciła publiczność żywiołową muzyką (połączenie rapu, punku oraz rocka) oraz dowcipnymi hasłami typu: „Freshhhh Finger”. Występ trochę się przedłużył co spowodowało, że największa gwiazda festiwalu zespół Muse zagrał 20 minut później. I co tu powiedzieć o tym występie? Genialny! Dopracowany w każdym szczególe. Zespół zagrał największe hity porywając tłum do skakania. Większość piosenek tłum razem śpiewał z wokalistą Mattem Bellamym. Najlepszy moment koncertu to piosenka Time is Running Out, kiedy każdy skakał i krzyczał słowa refrenu. Koncert miał wspaniałą oprawę techniczną. Mnóstwo świateł, wizualizacje, wjeżdżający na scenę szklany fortepian, balony wypełnione konfetti. Po występie odczuwałem niedosyt. Dlaczego? Półtora godziny to zdecydowanie za krótko jak na taki zespól jakim jest Muse! To był mój pierwszy koncert tej grupy i na pewno długo będę go wspominał. To samo mogą chyba powiedzieć muzycy Muse, którzy co jakiś czas wrzucali łamane „dziękuje” a perkusista Dom Howard na samym początku powiedział: „czeszcz, finally in Poland!” Rozczarowanie tego dnia? Były dwa. Po pierwsze okropna pogoda po drugie występ Kombajna do zbierania Kur po Wioskach, który nałożył sie na występ Muse! Bardzo chciałem zobaczyć także KDZKPW na żywo, myślę, że jeszcze uda mi się obejrzeć ich występ.

No i ostatni dzień Festiwalu. W tym dniu mogliśmy zobaczyć trzy wspaniałe występy na scenie głównej. O 19:00 wystąpił zespół Indios Bravos. Myślę, że to tyle co można powiedzieć na temat występu tego zespołu na scenie głównej. O 21:00 na scenę weszli młodzi muzycy z Bloc Party i zaczarowali publikę. Ich występ był jednym z najlepszych na całym festiwalu. Zespół zagrał swoje największe hity. Wokalista Kele Okereke zaprosił do jednej piosenki polskiego rapera O.S.T.R.’a i podczas kiedy ten rapował, Kele zszedł na dół i mało co nie został rozszarpany przez tłum. Po występie Bloc Party nastąpił najbardziej oczekiwany przez wszystkich występ Bjork. Przyznam, że wokalistka ta nie przemawia do mnie, ale występ był ciekawy pod względem technicznym a sama wokalistka cudownie śpiewała na żywo. I ostatni koncert na scenie głównej to występ grupy LCD Soundsystem, który zagrzał całą widownię do tańca. W ten dzień pod namiotem można było kolejny raz obejrzeć grupę Beastie Boys, która grała koncert instrumentalny. Ciekawy był także występ grupy Gentleman!. Rozczarowanie? Występ Smolika dopiero o 2:00. Nie dość, że było zimno to doszło zmęczenie co zaowocowało, że nie obejrzałem występu polskiego producenta muzycznego.

W poniedziałek nastąpił zamknięcie pola namiotowego i każdy poszedł w swoją stronę. Pozostała tylko sterta śmieci, kupa błota, mnóstwo jedzenia oraz nawet jeden namiot, którego pewien anglik postanowił nie zabierać już z powrotem do domu.

Ogólnie Festiwal stał na wysokim poziomie pod względem muzycznym oraz organizacyjnym. Wystąpiły na prawdę wielkie gwiazd i ciekawe polskie zespoły. Nie dopisała tylko pogoda.Miejmy nadzieje, że za rok będzie świeciło słońce i będzie jeszcze lepiej!