10 koncertów OFF Festivalu 2018, których nie można przegapić

Tradycyjnie już w pierwszy weekend sierpnia w Katowicach odbędzie się kolejna edycja OFF Festiwalu. Co prawda pełen line-up imprezy nie jest jeszcze domknięty w stu procentach, jednak by ubiec konkurencje postanowiłem stworzyć listę 10 koncertów z kategorii „must see”. Dotychczasowy zestaw artystów sprawił, że wyselekcjonowanie dziesiątki nie było zadaniem łatwym. Kolejność alfabetyczna.

…And You Will Know Us By the Trail Of Dead gra „Source Tags & Codes„. Koncert Trail of Dead w Polsce marzył mi się już od dawna, a koncert w którym Teksańczycy mają odegrać w pełni ich najlepszy album to już w ogóle marzenie ściętej głowy. Nic bardziej mylnego. Grupa wpada do Katowic by zagrać kawałki właśnie z „Source Tags & Codes„. Jeżeli ktoś nie słyszał tej płyty to powinien jak najszybciej tą zaległość nadrobić. Album ten wygrał w wielu prestiżowych rankingach miano najlepszego LP roku 2002. Jeżeli lubicie alternatywny rock, w którym jest sporo ostrego naparzania to szykujcie się na pogo przez wielkie „P” pod offową sceną.

Ariel Pink. To jeden z tych artystów, których zawsze warto zobaczyć na żywo. Nawet jeśli był już wcześniej na Off Festiwalu a jego ostatni krążek miał premierę rok temu to warto zobaczyć tego skurczybyka na scenie. Na pewno możecie spodziewać się czegoś ekscentrycznego i niespodziewanego. To raz, a po drugie nikt wam nie zapewni tyle ciepłego kalifornijskiego lo-fi, co ten szaleniec o różowych włosach.

Clap Your Hands Says Yeah. Co prawda muzyczny projekt Aleca Ounswortha swoje najlepsze lata ma za sobą. Jeżeli jednak chcecie sobie przypomnieć co nieco z czasów tak zwanej New Rock Revolution i posłuchać kawałków z płyty „Some Loud Thunder” oraz debiutu Clap Your Hands Says Yeah, i przy okazji usłyszeć co nowego u amerykanów to warto zajrzeć na ten koncert.

Grizzly Bear. Być na Offie i nie widzieć Grizzly Bear, to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Każda z pięciu płyt w ich dyskografii to absolutna perełka indie rocka, dlatego na pewno nie zabraknie materiału by zagrać kompletne widowisko. Nie wyobrażam sobie by miało zabraknąć takich utworów jak „Knife„, „Two Weeks” czy też „Yet Again„. Poza tym na ich najnowszym krążku „Painted Ruins” też nie brakuje piosenek, które chciałbym usłyszeć na żywo.

Jon Hopkins. Wydane w tym roku przez Hopkinsa „Singularity” zbiera skrajne oceny. Ja mam jednak nadzieję, że materiał ten znacznie lepiej zabrzmi na żywo niż na albumie studyjnym.  Zresztą przy tego typie muzyki nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Jon Hopkinsa potrafi porwać publiczność. Wierzcie lub nie, ale niezależnie od miejsca i pory dnia ludzie zgromadzeni pod sceną na pewno nie będą stać w miejscu!

Legendarny Afrojax. Afrojax czy to wraz z Afro Kolektywem czy też solo, to wciąż świetny raper z kapitalnymi, inteligentnymi tekstami. Zarówno nagrane w 2016 roku „Nagrałem to, bo nie miałem kasy” jak i „Przecież ostrzegałem” to stojące na równym, dobrym poziomie krążki. Dla offowego słuchacza będzie tu na pewno sporo momentów by się ironicznie uśmiechnąć i pokiwać głową.

Kult gra „Spokojnie„. Gdyby ktoś 10 lat temu (albo nawet parę miesięcy temu) powiedział, że będę wyczekiwał koncertu Kultu na OFF Festiwalu to bym mu odpowiedział, że oszalał. Nie ma szans. Kult na Offie? Przecież czasy, kiedy na tym festiwalu pogrywały zespoły typu Lao Che czy też Armii już dawno minęły. To nie juwenalia, tylko poważny muzyczny festiwal. A jednak, OFF Festiwal po raz kolejny kreuje trendy i pełni funkcje edukacyjną. Kult przyjedzie do Katowic odegrać swoje opus magnum, czyli album „Spokojnie„. Ich trzecia w dyskografii płyta to klasyka polskiego punka, który miesza się z elementami post punku i rocka alternatywnego. Perełka polskiej muzyki gitarowej końca lat 80. Przypomnienie młodszym pokoleniom tego albumu to zdecydowanie bardzo dobry pomysł, dlatego trzeba to zobaczyć!

Le Mystery Des Voix Bulgares – czyli po prostu tajemnicze bułgarskie pieśni. OFF Festiwal co roku raczy nas kulturalną mieszanką w swoim line-upie. Po brzmieniach afrykańskich czy też tych z bliskiego wschodu pora tym razem na nieco bułgarskiej egzotyki. Kobiecy chór z Bułgarii zaserwuje nam muzyką ludową ze swojego kraju, co może być ciekawym doświadczeniem. Szwajcarski producent Marcel Cellier zafascynował się tymi paniami, nie widzę przeszkód by i katowicka publika nie była pod wrażeniem.

M.I.A. Mathangi „Maya” Arulpragasam znana szerzej jako „M.I.A.” największą popularność zyskała dzięki singlowi „Paper Plans„. Jednak bez obaw, artystka mająca korzenie z Sri Lanki ma znacznie więcej dobrych rzeczy w dyskografii. Zarówno jej ostatni longplay „AIM” jak i wydane w 2013 eksperymentalne „Matangi” to kawał dobrego r’n’b w którym znajdziemy zarówno sporo elektroniki, muzyki orientalnej jak i klasycznego popu. Jest to jeden z tych headlinerów, który na pewno nie zawiedzie żadnego słuchacza spragnionego dobrej muzyki.

Zola Jesus. Koncerty Nicole Hummel to wydarzenia z kręgu tych mistycznych i podniosłych. Wspaniały głos artystki na pewno będzie mocno rozlegać się po Dolinie Trzech Stawów.Natomiast materiał z zeszłorocznego „Okovi” to zestaw mocno osobistych piosenek nagranych w samotności, gdzieś w leśnej chatce. Nie szykujcie się na koncert, szykujcie się na przeżycia.

10 kolejnych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Duże zainteresowanie pierwszą odsłoną listy 10 thrillerów, które warto zobaczyć zachęciło mnie do stworzenia kontynuacji. Okazuje się, że ten gatunek filmowy ma wiele perełek mniej lub bardziej znanych, które koniecznie trzeba zobaczyć. Bez większego owijania w bawełnę, poniżej znajdziecie 10 thrillerów, które intrygują, zachwycają, trzymają w napięciu i co najważniejsze prawdopodobnie ich nie widzieliście!

Contratiempo (2016, reż. Oriol Paulo). Młody biznesmen Adrián Doria budzi się w pokoju hotelowym obok martwej kochanki. By udowodnić swoją niewinność zatrudnia znaną Panią adwokat, której opowie kilka wersji wydarzeń. „Contratiempo” to jeden z tych hiszpańskich thrillerów nowej fali, który co chwila potrafi zaskoczyć. Wersja wydarzeń zmienia się nieustanie, a to w co wierzyliśmy do tej pory, przestaje być nagle oczywiste. Kto jest winien śmierci? Odpowiedź zaskoczy was kilka razy. Filmowa historia jest przestawiana z punktu widzenia młodego biznesmena. Co chwilę pojawiają się nowe dowody, nowsze fakty, nowi świadkowie no i oczywiście nowe pytania. Fabuła pędzi niczym rozpędzony pociąg, przez co nie ma tutaj czasu na nudę. Jeżeli poszukujecie ciekawego, angażującego i zaskakującego filmu, to obraz pana Paulo jest dla was!

Dotyk Zła / Touch of Evil (1958, reż. Orson Welles). Przez moment miałem opory przed wstawieniem tego obrazu w niniejszą listę. Po pierwsze dzieło jednego z najwybitniejszych reżyserów wszech czasów nie jest filmem mało znanym, a wręcz klasykiem kina. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę z tego jak wygląda współcześnie oglądanie filmów starych i czarno-białych. Ze względu na swój wiek często są pomijane przez większość ludzi, co jest ogromnym błędem, gdyż większość tych obrazów pomimo upływu dziesiątek lat niezestarzały się na tyle by przeszkadzało to w odbiorze filmu. Dlaczego warto zobaczyć ten film? Przede wszystkim dla świetnie napisanych postaci. Mamy tutaj rywalizację w śledztwie pomiędzy przedstawicielem meksykańskiej policji Mike’m a zmęczonym życiem kapitanem policji Hankiem Quinlanem (W tej roli świetny Orson Welles). Gdy na granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku w wyniku wybuchu samochodu ginie lokalny biznesmen ze swoją kochanką, obaj postanawiają rozwiązać sprawę po swojemu. „Dotyk Zła” to przykład kryminału idealnego, znajdziemy w nim zarówno dobrze poprowadzoną intrygę, napięcie no i rewelacyjny klimat. By nakłonić do seansu podpowiem jeszcze, że film zaczyna jedno z najlepszych ujęć nakręconych za jednym razem!

Lament / Gok-seong (2016, reż. Hong Jin-Na). W pewnej koreańskiej wiosce dochodzi do tajemniczych zgonów. Sprawę próbuje rozwiązać niezdarny miejscowy policjant Jong-goo. Nie jest on jednak przygotowany na to co go czeka, gdyż wyjaśnienie sprawy zaburzy cały jego światopogląd. „Lament” jak każdy dobry film ciężko zaszufladkować w jednym gatunku filmowym. Mieszają się w nim różne elementy kina grozy (Gore, Zombie Movie, Ghost Story czy też klasyczny film o opętaniu) z elementami kina kryminalnego, a i często komediowego. Dlaczego wyróżniłem ów obraz? Coraz rzadziej zdarza mi się tak długo rozmyślać o konkretnym filmie i jego znaczeniu długo po seansie. A w tym przypadku tak było. Hong Jin-Na wodzi nas za nos, nie jest jednoznaczny, intryguje i prowokuje do myślenia. Zakończenie filmu można interpretować na wiele sposób, i dlatego warto poświęcić grubo ponad dwie godziny by zobaczyć „Lament„!

Niepamięć / Remember (2015, reż. Atom Egoyan). Mieszkaniec domu starców, Zev (W tej roli Christopher Plummer) ma ambitny plan. Zamierza znaleźć i zabić strażnika z obozu koncentracyjnego, odpowiedzialnego za śmierć swojej rodziny podczas Holocaustu. Wyposażony w broń, listę nazwisk z adresami oraz gotówkę – wyrusza w drogę. Podczas podróży odkryje prawdę nie tylko na temat swojego nemesis, ale i siebie samego. „Niepamięć” nie jest thrillerem trzymającym w napięciu od początku do końca, momentami się nawet dłuży i generalnie gatunkowo bardziej jest dramatem. Jednak warto zobaczyć ten film, dla samego finału całej historii. To świetne kino drogi, która jest przemierzana przez staruszka, który ma zaniki pamięci i problemy z poruszaniem. Nie wszystko pójdzie po myśli głównego bohatera, warto jednak zobaczyć jak wyjdzie z każdej opresji.

Nocny Słuchacz / The Night Listener (2006, reż. Patrick Stettner). Obraz Patricka Stettnera, reżysera nie mającego zbyt wiele produkcji na koncie, jest jednym z tych niejednoznacznych filmów. Znany pisarz i twórca popularnej audycji radiowej Gabriel Noone (W tej roli Robin Williams) pewnego razu odbiera na antenie telefon od swojego trzynastoletniego fana Pete’a Lomaxa. Podczas kolejnych rozmów wychodzą na jak jaw kolejne wstrząsające fakty na temat młodego chłopaka. Od tej pory życie pisarza będzie przepełnione niewiadomymi i chaosem. „Nocny Słuchacz” to przede wszystkim sprawnie opowiedziana historia, która zachwyca swoją niejednoznacznością. Nawet po seansie, nie będziemy pewni, która wersja prawdy jest prawdziwa. I to jest najlepsze w tym obrazie! Akcja jest prowadzona nieco ociężale, jednak to nie przeszkadza w ostatecznej, pozytywnej ocenie.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz /Before the Devil Knows You’re Dead (2007, reż. Sidney Lumet). Omawiany film Sidneya Lumeta, twórcy takich klasyków jak: „Dwunastu gniewnych ludzi” czy też „Pieskie popołudnie” jest jego ostatnim w filmografii. Obraz nieco zapomniany i często niesłusznie pomijany w różnych zestawieniach z całą pewnością powinien przypaść do gustu każdemu wielbicielowi dobrego kina. Dwójka braci, którym nie powodzi się tak jakby tego chcieli postanawia obrabować sklep jubilerski należący do ich rodziców. Niestety pomysł nie wychodzi, tak jakby tego chcieli i w efekcie ginie ich matka. Reżyser świetnie zobrazował problemy oraz zagmatwane relacje pomiędzy bohaterami. Narracja filmu nie jest chronologiczna przez co z biegiem czasu dowiadujemy się kolejnych zagmatwanych faktów i poznajemy motywacje naszych bohaterów. Poza wciągającą fabułą i świetnym montażem film wyróżnia kapitalna gra aktorska nieżyjącego już Philipa Seymoura Hoffmana oraz Ethana Hawke’a.

Siła perswazji / Compliane (2012, reż. Craig Zobel). Film z kategorii „historia prawdziwa”. Do jednej z restauracji typu fast-food znajdującej się w prowincjonalnej mieścinie Stanów Zjednoczonych, dzwoni mężczyzna podający się za stróża prawa. Wmawia on kierowniczce, że jedna z jej pracownic jest podejrzana o kradzież. Zaleca by zamknąć ją na magazynie, do czasu, aż policjanci przyjadą do restauracji. Oczywiście brak wyobraźni, naiwność i zwykła, czysta głupota pracowników placówki sprawia, że niewinna dziewczyna jest fizycznie i psychicznie poniżana przez resztę załogi. Jeżeli jesteście ciekawi jak w rzeczywistości wyglądałby test psychologiczny „więźniowie-strażnicy” i chcecie się dowiedzieć do czego jest zdolny człowiek, jeżeli wmówi mu się fałszywy obraz rzeczywistości to zobaczcie koniecznie ten film. Prawda o człowieku okazuje się brutalna.

Słodkich snów / Mientras duermes (2011, reż. Jaume Balaguero). Kolejny hiszpański reprezentant na mojej liście. Film opowiada historię pewnego dozorcy jednej z barcelońskich kamienic. Cesar to sumienny i lubiany przez otoczenie pracownik. Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje nową lokatorkę – Clarę. Dozorca zamienia się nie do poznania. „Słodkich snów” to jeden z tych filmów, gdzie pomimo tego, że główny bohater to zwyrol, to jednak jakoś mu tam kibicujemy. Jaume Balaguero po raz kolejny potrafi widza wciągnąć, zaangażować i na koniec wstrząsnąć. Jego dzieło z 2011 roku to świetny thriller psychologiczny, obrazujący chorą fascynację i niezdrowe pożądanie.

Wind River. Na przeklętej ziemi / Wind River (2017, reż Taylor Sheridan). Taylor Sheridan to odkrycie pod względem dobrej, sensacyjnej historii. Zasłynął jako scenarzysta do takich filmów jak: „Sicario” oraz „Aż Do Piekła„. W roli reżysera mogliśmy go zobaczyć do tej pory wyłącznie w dwóch filmach klasy b, jednak po „Wind River” możemy się spodziewać, że jego filmy wniosą nową jakość do kina. Historia w omawianym filmie jest prosta jak kij, w małym miasteczku na Alasce miejscowa policja znajduje zwłoki młodej dziewczyny – Indianki. W śledztwie pomaga młoda agentka FBI (Elizabeth Olsen) oraz miejscowy tropiciel (Jeremy Renner). Muszą się śpieszyć, zanim burza śnieżna zasypie wszystkie ślady. „Wind River” to przede wszystkim świetny, klimatyczny obraz śledztwa, które odbywa się w nietypowym miejscu. Dwójce bohaterów nic nie przychodzi łatwo, gdyż rzeczywistość życia na Alasce jest zupełnie inna niż w wielkim mieście. Nie jest to wybitne kino, jednak historia przykuwa naszą uwagę. Sheridan zachwyca realizmem i powolnym odkrywaniem kart całej historii.

Uważaj, kochanie / Better Watch Out (2016, Chris Peckover). Jeżeli szukacie dobrego, świeżego thrillera w klimacie świątecznym, to trafiliście idealnie! Młoda dziewczyna Ashley opiekuje się w domu dwunastoletnim Lukem. Wkrótce okazuje się, że w domu są intruzi. Jednak, czy to oni są największym zagrożeniem dla Ashley? Film Chrisa Peckovera potrafi widza w pełni zaangażować w seans. Uwierzcie, że będziecie kibicować miłej blondynce w jej starciu z psychicznym wrogiem. Nie jest to może czysto gatunkowo thriller, gdyż łączą się tutaj też elementy krwistego horroru z komedią (Jak na australijskie kino przystało). Jednakże „Uważaj, kochanie” ma jedną bardzo ważną zaletę – wciąga widza od pierwszych sekund seansu.

 

10 Najlepszych piosenek Franz Ferdinand

W związku z tym, że koncert Franz Ferdinand w Polsce już niebawem, postanowiłem przyjrzeć się bliżej twórczości szkockiego indie bandu. Poniżej wyselekcjonowana przeze mnie lista dziesięciu najlepszych utworów zespołu Alexa Kopranosa. Kolejność alfabetyczna, do dzieła!

Comon On Home (2004, Franz Ferdinand). Riff na początku przywołuje mi na myśl raczej The Strokes, ale to tylko pokazuje jak szerokie spektrum umiejętności pokazują Szkoci. Gdy po około minucie wchodzą klawisze (kolejne skojarzenie – Kaiser Chiefs) to robi się jeszcze ciekawiej.

Posłuchaj

Darts of Pleasure (2004, Franz Ferdinand). Swego czasu niektórzy żartowali o „Farts of Pleasure”, co oczywiście nie powinno w żaden sposób ujmować temu utworowi. Debiutancki krążek Szkotów naszpikowany był świetnymi kawałkami i to po prostu jeden z nich. 180 sekund indie rockowej przyjemności.

Posłuchaj

Do You Want To (2005, You Could Have It So Much Better). „Lucky lucky, you’re so lucky” – mimo, że Franz Ferdinand słucham raczej od święta, to tak chwytliwe zwrotki jeszcze zdarza mi się zanucić. A To chyba coś znaczy, nie?

Posłuchaj

Evil Eye (2013, Right Thoughts, Right Words, Right Action). Ostatnie płyty FF pokazują, że grupa ma coraz większe problemy z pisaniem chwytliwych singli. „Evil Eye” może nie był szczytem umiejętności, ale jest na tyle dobry, że z czysty serce umieszczam go w tej dziesiątce.

Posłuchaj

The Fallen (2005, You Could Have It So Much Better). Jeden z lepszych utworów otwierających płyty indie rockowy tamtych czasów. Świetne gitarowe riffy udowadniają, że w 2005 roku indie rock dalej ma się świetnie.

Posłuchaj

Michael (2004, Franz Ferdinand). Wyobraźcie sobie kombinacje Interpolu z okresu „Turn on the Bright Lights” z Bloc Party z lat 2005-2007. Tak właśnie brzmi piosenka nr 9 z debiutanckiej płyty Franz Ferdinand. Generalnie podejrzliwie patrzę na tego typu porównania, ale w tym przypadku, tak po prostu, JEST…

Posłuchaj

Turn It On (2009, Tonight). Świetna linia basu i jeszcze lepszy finał całego utworu. W tej piosence z sekundy na sekundę jest coraz lepiej i coraz ciekawiej. Lubię gdy napięcie jest w ten sposób dawkowane.

Posłuchaj

Take Me Out (2004, Franz Ferdinand). Jeden z najważniejszych hymnów „New Rock Revolution” i jednocześnie jedna z najlepszych piosenek nowego indie rocka. Pomijając aspekty techniczne, piosenka ma to „coś” co chwyta od razu. Depeche Mode miało swoje „Enjoy The Silance”, Radiohead „Creep” a Franz Ferdinand ma „Take Me Out„.

Posłuchaj

This Boy (2005, You Could Have It So Much Better).Niby tylko 144 sekundy, ale tyle energii w tym kawałku. Pamiętam, że swego czasu był używany w czołówce jakiegoś programu z MTV. Jednak nie za to wyróżnienie, a za ten właśnie punkowy pazur i świetny refren.

Posłuchaj

Ulysess (2009, Tonight). Doskonale pamiętam czasy studenckie, kiedy to w weekendy mieszałem naukę zagadnień politologicznych z imprezowaniem do rana w katowickich barach. W tle towarzyszył mi ten świetny singiel z ostatniej w pełni udanej płyty „Tonight: Franz Ferdinand”. Kapitalna linia basu, niezapomniany klimat oraz świetne perkusyjne przejścia – to wszystko znajdziecie w „Ulysess„.

Posłuchaj