10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009). „Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

10 najbardziej pamiętnych wpisów na Paweuu Alternativ

2Cóż, brzmi to dość mało skromnie i zalatuje sporą dawką megalomani. Jednak podejdźmy do tematu trochę z przymrożeniem oka. You know me! Megalomania i ironia to podwaliny tego bloga. Powróćmy jeszcze raz do tego typu rzeczy i przyjrzyjmy się, które moje wypociny najwięcej wzbudzają u mnie dumy.

Recenzja filmu „Lśnienie” (publikacja 23.11.2008). Film „Lśnienie” Stanleya Kubricka to arcydzieło największej rangi. To prawdopodobnie najlepsza ekranizacja książki i najlepszy horror zarazem. Jak z takim dziełem ma się zmierzyć recenzent? Wpadłem na ten pomysł 9 lat temu i do tej pory nieskromnie uważam, że był on ciekawy. Nie ukrywam, że inspiracją były recenzje na serwisie Porcys.

Zobacz Wpis

Recenzja „Merriweather Post Pavilion” Animal Collective (publikacja 02.02.2009). Serwis Musicspot.pl próbował swego czasu wyselekcjonować najlepsze teksty o muzyce w polskiej części internetu. Udało mi się tam załapać z moją dość interesującą i jak to nazwano „konkretną recenzją” albumu Animal Collective. P.S. Zwróćcie uwagę na komentarze. Można znaleźć tam wpisy od Szadiego, który dzisiaj jest lepiej znany jako Patrick The Pan.

Zobacz Wpis

Poradnik „Jak zostać Hipsterem? czyli kilka dobrych rad dla początkujących” (publikacja 11.08.2011).  W 2011 roku odkryłem, że zwykłymi recenzjami internetu nie podbiję. Swoją drogą lata 2011-2012 to moment kulminacyjnymi mojego bloga (Mam nadzieję, że jeszcze doczekam powtórki z tego okresu). Wpisem tym rozbiłem bank, gdyż jest to najpopularniejszy tekst na moim blogu. Ponad 80 tysięcy kliknięć to jak na moją miarę wynik całkiem niezły. Jednak nie o liczby chodzi, gdyż wciąż uważam, że ten naszpikowany ironią tekst jest na prawdę SPOKO.

Zobacz Wpis

Wpis ‚EMO” (publikacja 24.04.2007). Tym wpisem wypłynąłem na szerokie wody. Podjęcie popularnego tematu (na tamte czasy) pozwoliła mi zwiększyć grono odbiorców. Był to najczęściej komentowany wpis na blogu (78 komentarzy). Sam tekst nie stoi na wysokim poziomie, gdyż ma styl czysto „wikipedyjny”. Jednak przez sentyment wrzucam go do tego zacnego grona.

Zobacz Wpis

Muzyczne Podsumowanie Roku 2011: Listy Gości (publikacja 02.02.2012). Początek roku 2012 to gorący okres na blogu. Wpierw walczyłem o tytuł Bloga Roku 2011 w konkursie organizowanym przez Onet. Udało mi się załapać do finałowej 10 w kategorii Kultura, jednak do wygranej zabrakło mi uznania w oczach jurora – Michała Żebrowskiego. Michał, wstydź się! Jednak nie gniewam się, gdyż laureat z tamtego roku stał na dość wysokim poziomie. Druga sprawa to projekt do którego przymierzałem się od dłuższego czasu – podsumowanie roczne w oczach polskich muzyków. Do przemówienia udało mi się nakłonić Izę Lach, Microexpressions oraz The Kurws. Podsumowanie te realizowałem sukcesywnie do roku 2013. Kto wie, może jeszcze do tego wrócę?

Zobacz Wpis

Skuteczne strachaki, czyli 15 horrorów, które trzeba zobaczyć. (publikacja 30-31.05.2011). Pierwszy raz musiałem podzielić mój wpis na dwie części! Nie mniej od dawna kusiło mnie na stworzenie takiej listy, w końcu horror to mój ulubiony filmowy gatunek. Widziałem chyba wszystko. Swoją drogą, od jakiegoś czasu kusi mnie by zrobić taką listę, tylko, że TOP100!

Zobacz Wpis 1 / Zobacz Wpis 2

Zestawienie „10 najlepszych piosenek The Rolling Stones” (publikacja 22.12.2012). Z okazji 50-lecia istnienia Stonesów postanowiłem stworzyć ów zestawienie. Przyznam się szczerze, że nie przyłożyłem się do niego odpowiednio. Nie przesłuchałem całej dyskografii Jaggera i spółki. Obecnie ów lista wyglądała by inaczej, jednak jakimś dziwnym trafem to najpopularniejsza taka lista TOP10 na moim blogu.

Zobacz Wpis

Strona „O Autorze” (publikacja 11.04.2007). Niestety, ta publikacja już nie istnieje. Przynajmniej w takiej formie jak wtedy. Moje licealne przemyślenia na różne tematy cieszyły się ogromną popularnością ze względu na sporą dawkę ironii i humoru, który stał na dość fajnym poziomie. Trochę szkoda, ale w pewnym momencie chciałem by ten blog miał charakter stricte kulturalny i był bardziej poważny.

Zestawienie „50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90” (publikacja 18-20.09.2014). Mocno napracowałem się przy tym zestawieniu. Swoją drogą to chyba ostatni raz kiedy przyłożyłem się tak mocno do wpisu na blogu. Poznałem wtedy wiele dobrej muzyki i jestem dumny, że udało mi się wyselekcjonować tak solidną 50-tkę.

Zobacz Wpis 1 / Zobacz Wpis 2

Wpis „Video Killed the Radio Star?” (publikacja 17.09.2012). Nie chodzi o sam tekst czy też wpis. Chodzi o inicjatywę! Próbowałem wtedy stworzyć własną audycję radiową, która jest moim niespełnionym marzeniem od dawna. Co prawda pomysł był fajny, jednak zawiodło wykonanie. Zbyt skomplikowana procedura uruchomienia radia nie pozwoliła mi na zbyt dużą szerzę słuchaczy. Oprócz brata, który słuchał w pokoju obok i żony, która chyba nie słuchała na 100% to w porywach było jeszcze dwóch słuchaczy. No cóż…. Szkoda. P.S. Podczas mojej audycji swoją premierę miała piosenka „Za” zespołu Drekoty.

Zobacz Wpis

A jakie moje wpisy najbardziej wpadły Wam do pamięci? Czekam na komentarze.

 

Muzyczne podsumowanie roku 2016

Tytuł tego wpisu brzmi dość poważnie i może wprowadzać czytelnika w błąd. Nie będzie to obszerne podsumowanie roku, jak niegdyś miałem w zwyczaju. Zamiast tego zaserwuje krótką, zwięzłą listę 10 płyt, które najbardziej mi przypadły do gustu.

blood-orange10. Blood Orange – Freetown Sound. Nowy krążek Blood Orange to przede wszystkim majstersztyk produkcyjny. Jednak samo chwalenie produkcji brzmi dość banalnie. „Freetown Sound” to również perełka w morzu shitu jeżeli chodzi o alternatywne R’n’B. Angielski producent Dev Hynes ma nosa do tego typu muzyki i z albumu, na album brzmi coraz bardziej przekonywająco i lepiej, tak po prostu.

solange9. Solange – A Seat At The Table. Szkoda mi tej Solange. W momencie kiedy nagrywa swój album życia to ta jej bardziej znana siostra też nagrywa wielkie dzieło. Zawsze w cieniu. Na mojej liście też. Dość jednak tego współczującego bełkotu! Nowy Album Solange to rzecz wielka. Już w ostatnim wpisie zachwycałem się tak ujętą muzyką pop. Mam nadzieje, że w 2017 roku ten sposób nagrywania muzyki wciąż będzie na czasie. Natomiast sama Solange pokazuje coraz to większe ambicje, oby to nie był Mount Everest jej marzeń. Walk This Way!

8. Bon Iver, 22. A Million. Gdy sobie pomyślę, że takiej płyty jak „For Emma, Forever Ago” już nigdy nikt nie nagra to zbiera się we mnie smutek. Powiem wam szczerze, że rok 2007 był na prawdę SPOKO. Milan wygrał LM, życie było beztroskie a ile fajnych wtedy płyt wyszło. Przemawia przeze mnie starość. Może, ale jak dobry ten nowy krążek od Bon Ivera by nie był, to „For Emma, Forever Ago” nie przebije. Justin Vernon poszedł z duchem czasu, i udało mu się. Obecna młodzież to kupi, chociaż dla mnie te tytuły są trochę śmieszne. No, ale wiecie liczy się wnętrze, a to się potrafi obronić.

blakee7. James Blake – The Colour in Anything. W ostatnim wpisie na blogu obiecałem Panu Blake’owi umieszczenie na liście podsumowującej. By nie być gołosłownym – spełniam, to o czym wspominałem. Oczywiście ów „wyróżnienie” nie wynika wyłącznie z poczucia winy ze względu na brak osobną recenzję „The Color in Anything„. Głównym powodem jest fakt, że tą płytą Blake pozamiatał absolutnie. Z albumu na album Brytyjczyk jest dojrzalszy, lepszy i bardziej MAGICZNY. Ten krążek to kawał dobrej muzyki. Co prawda smutnej i depresyjnej, ale spójrzmy wprawdzie w oczy. Wesołe i wakacyjne piosenki zawsze będą gorsze od tych o nieszczęśliwej miłości.

frank-ocean-performs-ny-2012-billboard-15486. Frank Ocean – Blonde. Trochę mnie wymęczył ten Frank Ocean. Po „channel ORANGE” spodziewałem fajerwerków a tu nowy krążek strasznie na początku przynudzał. Jednak po iluś tam przesłuchaniach w końcu wychwytujemy smaczki i myślimy sobie: hmmmm w sumie to nie jest złe. Cytrusowe kolory wciąż są OK.

car-seat-headrest5. Car Seat Headrest – Teens of Denial. Top 10 bez indie szarpaniny? No way! Mało słuchałem indie rocka w zeszłym roku. Mac DeMarco nic nie wydał. Cloud Nothings też a u Wavves ciszaaa. Niemniej coś tam przesłuchałem i najbardziej do gustu przypadła mi, któraś już z kolei płyta Car Seat Headrest. Jest moc, dobre teksty i nie nudzi. A co najważniejsze, gdy tak posłuchamy tego krążka kilka razy to przekonamy się jednak, że to wyjątkowa rzecz.

beyonee4. Beyonce – Lemonade. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Na „Lemonade” znajdziemy sporo dobrej muzyki i odniesień do polityki USA i haseł feministycznych…. Kur*** nie wyszło.

chance-the-rapper3. Chance The Rapper – Coloring Book. Sporo czasu spędziłem z tym albumem w minionym roku. I to nie ze względu, że chciałem go zrecenzować. Głównie dlatego, że przypadł mi do gustu. Jeżeli chodzi o czarne klimaty, to w mojej ocenie nie było lepszej płyty we zeszłym roku. Oczywiście czuć tutaj wyraźny wpływ „To Pimp A Butterfly„, ale to nic dziwnego, gdyż zeszłoroczny krążek Lamara to dzieło przełomowe. Chance również na swoim krążku miesza gatunki, jak na imprezie trunki. Mamy tutaj sporo gospelu, nutkę jazzu a i też niepogardzono R’n’B. Lirycznie też daje radę, bo te wspominki były „so REAL”. Ja to kupuje.

radiohead2. Radiohead – A Moon Shaped Pool.  W sumie to nic nowego od Thome’a Yorke’a i spółki. Znaczna większość piosenek istniała już od lat 90 i gdzieś tam funkcjonowała w świadomości fanów grupy. Niemniej Radiohead w wyjątkowo dobrym stylu zebrali tą gromadę piosenek, odkurzyli, odświeżyli i połączyli w nowym album. Jak im to wyszło? REWELACYJNIE. Zachwycałem się nowym życiem danym „True Love Waits” a i też wciągnąłem się w piękno „Daydreaming” i „Burn The Witch„. Jeżeli mają być nagrywane płyty z b-side’ami – to tylko w takim stylu jak robi to grupa z Oxfordu.

david-bowie-press-photo-2016-billboard-650-15481. David Bowie – Black Star. Można by się przyczepić, że Bowie dostał jedynkę za kontekst w jakim ukazał się ten album. A powiem wam, że GÓWNO PRAWDA. To absolutnie wybitny krążek. Może nie doskonały, ale na tyle dobry by przyznać mu to zaszczytne miejsce. Co prawda okoliczności śmierci artysty zaraz po wydaniu płyty miały nie mały wpływ na odbiór tego albumu, ale spójrzmy prawdzie w oczy – znaczna liczba muzycznych wydawnictw zawdzięcza swoje miejsce w historii, dzięki kontekstowi. Większość serwisów muzycznych olała „Black Star” na swoich listach. Znalazły lepsze pozycje typu: „Life of Pablo” czy też „Atrocity Exibition”. W moim odczuciu tylko po to by pokazać, że są „ponadto”. Uwierzcie, że za 10, 15, 20 lat o „Black Star” będzie się mówić a o wątpliwej innowacyjności Westa nikt nie będzie pamiętać. Mówię to wam Ja, Jarząbek. Bez odbioru.